Wyprawa konna do Gruzji – relacja

W październiku tego roku (dokładnie od 21 do 25) miałam ogromną przyjemność brać udział w wyprawie do Gruzji, do Parku Narodowego Waszlowanii z Nomadic Life, z Jackiem Jasińskim (http://nomadiclife.eu/pl/)

Jak było? Fantastycznie! Co to za region? Czym się charakteryzuje, jak wygląda? Możecie podejrzeć na moim Videoblog

Podsumuję tylko w  kilku słowach:

Były stepy, ogromne, niekończące się, płaskie przestrzenie,

 

były pagórki

były przepiękne góry

i długie wąwozy.

DCIM100GOPROGOPR4666.JPG

W tym poście skupiam się na informacjach praktycznych. Czyli jak się spało, myło, jadło i jeździło 🙂

Po pierwsze

Śpi się w namiotach, które sam rozkładasz i składasz. Jeśli zadźwigałeś sobie jedynkę, masz jedynkę, jeśli nie, dostaniesz od organizatora dwójkę lub trójkę i śpisz z kompanem w podróży (czasem wybranym losowo 🙂 Mi przypadła do namiotu świeżo poznana Marta i było nam bardzo dobrze 🙂

Po drugie

Myjesz się (rajd trwał 5 dni) w łyżce wody. Waszlowanii to teren ciągle dziewiczy (dzięki Bogu!). W ciągu 5 dni raz mieliśmy dostęp do bieżącej wody. Kran ustawiony był na otwartej przestrzeni , przy stołach, więc co najwyżej „nadawał” się do swobodnego umycia rąk, nóg.  W pozostałe dni korzystaliśmy z 10 l butli wiezionych za nami autem terenowym. Ta woda to była woda do picia, jedzenia , więc żadna rozrzutność w postaci użycia jej „na prysznic” nie była akceptowana. Mogłeś przemyć jedynie twarz i ręce.

Raz spaliśmy przy rzece. Jakie to było wspaniałe zanurzyć się w niej po 3 dniach jazdy w kurzu! Jak fajnie było umyć włosy, umyć ciało. Ale to rzeka tylko dla tych, których nie obrzydza mułowate dno wsysające nogi do kostek 🙂 Dla mnie nie było problemu. Nie było też problemu z tym, że woda nie jest krystaliczna (unoszący się muł „zanieczyszczał” rzekę).

Takie widoki wynagradzają wszystko. Taka miejscówka na nocleg zapiera dech w piersiach.

Na takiej wyprawie świetnie sprawdzają się mokre chusteczki (są już w sprzedaży ekologiczne, biodegradowalne, rozkładające się bardzo szybko). Podsumowując: nie wyjdziesz z domu w tłustych włosach? Nie wytrzymasz 4 dni bez prysznica? No to musisz przemyśleć wyjazd na tą wyprawę 🙂

Po trzecie

Kibelek. Czasem był. A jak był to taki 🙂

Czasem nie było. Więcej nie muszę dodawać 🙂

Po czwarte

Jesz to co wszyscy, i to co wspólnie ugotujecie. Przed wjazdem do Parku Narodowego, w ostatniej wiosce, zrobiliśmy wielkie zakupy: 10 kg pomidorów, 10 kg ziemniaków, 4 kg papryki, czosnki, cebule, 3 kg różnych gruzińskich serów, 40 jaj, miejscowe zioła (przecudowna kolendra!!), oliwy, przyprawy…końca nie było widać. Codziennie rano i pod wieczór (docieraliśmy na miejsce nocowania z reguły koło godziny 16-17.00) wszyscy razem zabieraliśmy się do robienia posiłku. Siadaliśmy, kroiliśmy, a potem wszystko siup do gara!

Palce lizać! (a może nie…bo trochę niedomyte)

I jak …? I ktoś miał problemy z żołądkiem? Cóż – tak. Z 16 osób, 3 osoby  w czasie wyjazdu zanotowały rewolucje żołądkowe . Ale tu niespodzianka! Nie zdarzyło się to na terenie Parku, po zjedzeniu naszych dań jednogarnkowych, ale w Tbilisi, po restauracjach. Ja jadłam dużo, i wszystko, i nic mi nie było. I co ważne – nie zawsze się „odkażałam” łykając na pusty żołądek ciutkę „czaczy” (podobno pomaga).

We wspólnej integracji przy przygotowywaniu posiłków pomagał kompletny brak wifi i zasięgu. Telefon może Ci tu posłużyć tylko do robienia fotek (i to do momentu jak nie padnie Ci bateria pierwszego dnia). Nie możesz żyć bez telefonu? Będziesz mieć problem. Dla mnie to był raj. Taka cisza! Cały dzień. Nic i nikt nie odrywa Cię od podziwiania widoków, bycia z końmi, bycia z ludźmi.

Uwaga – masz kamerkę? Chcesz nagrywać? Weź powerbanka. Ja nie wzięłam, ale z opresji wyratował mnie przezorny Remek (ufff, dzięki Remku! – zwany na wyjeździe Rene, Renoir  🙂 ). Gdyby nie Remek nie było by ani zdjęć, ani filmików. Nie ma prądu, nie ma nic.

A jak komfort jazdy w gruzińskich siodłach? Wbrew pozorom siodła gruzińskie (czasem nie pierwszej młodości) są idealne do wypraw konnych. Są miękkie i po prostu wygodne. Mają też na przodzie metalowe „ucho”, za które można chwycić się, w razie chwilowej utraty równowagi.

Konie gruzińskie gabarytem przypominają nasze hucułki (są tylko chudsze). Wspaniale, że cały bagaż był wieziony za nami samochodem terenowych, a my braliśmy do sakw tylko wodę i coś na przekąskę. Każdy kilogram mniej do dźwigania był ulgą dla tych niedużych koni.

Waszlowanii to wymagający teren. Wymaga od jeźdźca dobrych umiejętności we wszystkich 3 chodach, a zatem umiejętności jazdy galopem (i bardzo szybkim, i pod górę, i z góry), kłusem (zarówno anglezowanym jak i ćwiczebnym), jazdy bez strzemion, jazdy w stój, półsiadzie. Tylko wtedy można naprawdę czerpać przyjemność z każdej chwili, z każdego momentu na koniu i docierać do obozowiska bez otarć, bólu różnych części ciała 🙂 Czasem jechałam w półsiadzie, czasem w ćwiczebnym, czasem prostowałam nogi w stój, czy rozluźniałam w jeździe bez strzemion. Dzięki temu, dzięki tej „żonglerce” , nic mnie nie bolało, nic nie otarłam. A nie jest to trudne przy 4-5 godzinach w siodle.

Swobodna, pewna jazda, brak lęku przed szybkością, czy poniesieniem zapewni czerpanie pełną piersią z uroków jazdy konnej w tej pięknej krainie.

Czy było bezpiecznie? Ależ tak! Oczywiście! Ale konie to konie. Zdarzyło się  zatem jedno kopnięcie konia w kolano jeźdźca, zdarzyły się 3 upadki z konia, zdarzyły się poniesienia. Warto zatem, po pierwsze: mieć kask (i wg mnie kamizelkę), a po drugie: nie bać się takich sytuacji, porajdować, pojeździć trochę w tereny po Polsce, przygotować się do takiej wyprawy.  Waszlowanii jest za piękne, by strach, lęk miał zepsuć czerpanie radości!

Oczywiście, jeśli nie masz wystarczających umiejętności, to organizator zawsze może ograniczyć jazdę do stępa i kłusa. Ale… osobiście, w takim wypadku, polecałabym wyprawę w góry Kaukaz. Waszlowanii jest po to, by poczuć wiatr we włosach, pościgać się, pognać przed siebie  🙂 (to moja subiektywna opinia).

Jakie jeszcze są konie w Gruzji? Są bardzo wytrwałe, mają świetną kondycję, są szybkie. Gruzin jak wsiada na konia to WIO!! I już go nie ma. Tego są nauczone. Kłus był zatem momentami bardzo szybki, niecierpliwy, konie naprawdę chciały już przejść do galopów. A gruziński styl jazdy konnej? Nie jest to mój styl. Dużo tu „pracy” na pysku, pociągnięć, gwałtownych ruchów. Nie jest to kraj „lekkiej ręki”. Ale nie mnie oceniać. Taki styl jazdy jest przekazywany z pokolenia na pokolenie od wielu, wielu lat. Gruzini uwielbiają wyścigi, prędkość. Koń służy do szybkiego przemieszczania się, pracy lub do dobrej zabawy (podczas wyścigów). Mam wielki szacunek do Gruzinów – żyją w skromnych warunkach, są pracowici i na pewno w sercu mają dobre intencje.

Tu, na tych terenach, konie po pracy mogą liczyć na bycie w stadzie, odpoczynek na łonie natury, w ich naturalnych warunkach, a nie w boksach.

Szkoda, że nasi przewodnicy nie mówili ani po angielsku, ani po rosyjsku.  Uniemożliwiło to wymianę zdań, opinii, doświadczeń.

Tu ja z naszym końskim przewodnikiem i przekochanym wałachem Karia (zdjęcie Kinga Karwacka)

Do zobaczenia na następnej wyprawie!

PS Zainteresowany innymi relacjami z rajdów, terenów w Polsce?

Kliknij tutaj Rajd konny część I Wrażenia

Rajd z komarami w plażową pogodę 🙂 Porady rajdowe

Rajd z pławieniem koni

Co nieco o wiosennych terenach

Kontrolowany galop w terenie i… zderzenie twarzą w twarz z drapieżcą dinozaurem

Lub poprostu w pole „Szukaj” wpisz „rajd”, „teren”

 

Książka „Jazda konna naturalnie! Co ten koń sobie myśli?” – spotkanie autorskie

10 października – wczoraj, po raz kolejny, miałam przyjemność opowiadać o swojej książce „Jazda konna naturalnie! Co tej koń sobie myśli?”(więcej tu: O książce ) o koniach, o pasji, na spotkaniu autorski. Tym razem w Bibliotece Publicznej w Krakowie.

Biblioteka to dla mnie szczególne miejsce. Uwielbiam czytać. Książki mają moc. Wielką MOC. Wiele zmian zachodziło w moim życiu po lekturze książek. Zmiana stylu życia, większa uważność w stosunku do przyrody, Matki Ziemi, do tego co kupuję, jak kupuję, co jem, co myślę, jak myślę… Przykłady mogę mnożyć w nieskończoność. Była też jedna książka, która spowodowała, że… napisałam książkę! Nie wiedziałam, że mogę napisać książkę (w końcu jestem ekonomistką, nie humanistką). Autor tej magicznej książki – Jakub Bączek – przekonał mnie, że jeśli mam coś ważnego do powiedzenia, że jeśli w coś bardzo mocno wierzę, że jeśli nie ma drugiej takiej książki, to mogę siąść i ją po prostu napisać 🙂

I miał rację.

Wiedza o koniach odwróciła moje jeździectwo o 180 stopni (wiedza wyczytana z książek i nabyta na szkoleniach). Zmieniła perspektywę patrzenia na konia, zmieniła mnie z jeźdźca w „Prawdziwego Koniarza”. Koń stał się ważny, jego samopoczucie stało się równie ważne jak moje. Wiedza o tym jak koń myśli, jak patrzy, jak słyszy, jak się komunikuje, jak może nas postrzegać (i DLACZEGO !) bardzo pomogła mi w postępach w jeździe konnej i w pracy nad samą sobą. Bez tego nie poszłabym dalej. Było to tak ważne, że postanowiłam „powiedzieć” o tym innym, w książce – szczególnie młodym jeźdźcom, by w przeciwieństwie do mnie (i moich córek) mogli o wiele lepiej zacząć swoją przygodę z jeździectwem (zacząć lub kontynuować! Czasem jeździec jeździ kilka lat i dalej nie ma pojęcia o tak wielu istotnych rzeczach).

Więcej na temat książki? Co ważnego miałam do powiedzenia? Dlaczego warto po nią sięgnąć przeczytacie tutaj : Historia książki po co to wszystko?

Lubię spotkania z dziećmi czy z młodzieżą. Wiesz dlaczego? Bo oni pytają? Dla nich nie ma głupich pytań. Chcą wiedzieć DLACZEGO? I dzielą się. Dzielą się swoimi doświadczeniami, przeżyciami. Lubię patrzeć na te zaangażowane twarze, na twarze, czasem pełne zdziwienia (kto by przypuścił, że ten koń…etc), czasem rozbawione, zasłuchane.

Fajna mnie przygoda w życiu spotkała 🙂

zdjęcie: Ula Waszkiewicz (instagram: truskawkowepole)

szkolenie z Adamem Susłowskim – czy dla Ciebie rekreancie?

Dzisiaj dzielę się z wami wrażeniami po 2-dniowym szkoleniu z Adamem Susłowskim (Akademia Jeździecka A.A Susłowscy). Adam to mistrz woltyżerki, mający za sobą wiele sukcesów na arenie międzynarodowej, oraz trener i sędzia (np. w jeździe bez ogłowia)  – info  dla tych, co nie są w temacie 🙂

Z Adamem pierwszy raz spotkałam się na prowadzonym przez niego szkoleniu dosiadowym (kliknij tu, by zobaczyć krótki filmik i moje wrażenia po szkoleniu Dosiad nauka na całe życie 🙂). Jednak szkolenie z poprzedniego weekendu było zupełnie inne. Polegało na obserwowaniu koni i jeźdźców oraz na wsłuchiwaniu się w rady, komentarze i wskazówki prowadzącego. Innymi słowy, było to studium przypadków.

Jak wiecie, bardzo zachęcam wszystkich, również osoby z rekreacji, które nie mają własnych koni, do szkolenia się. Wiedza na temat koni, pracy z nimi jest bardzo szeroka. Tak szeroka, że czasem przytłaczająca 🙂 I co ważne – zmienna. Warto się szkolić i poszerzać swoje horyzonty. W imię i dla dobra koni 🙂

Co działo się na szkoleniu? W czym takie szkolenie może przydać się Tobie czy mnie?

Jak wspomniałam, na szkoleniu byli jeźdźcy pracujący z końmi (własnymi lub stajennymi, szkółkowymi). Ku mojej wielkiej uciesze konie były różne. A cieszę się, bo jeżdżę na różnych koniach i obserwuję różne z nimi „problemy”. Był hucuł, konik polski, arab, ślązak, tinker i parę innych ras. Był koń 3-letni, 1,5-letni, 5-letni, 10-letni i 20-letni (był nawet 6-miesięczny źrebaczek 🙂 ). Mogłam więc obserwować pracę z końmi o różnym temperamencie i w różnym wieku, a zatem w różnym momencie rozwoju, wyszkolenia, ujeżdżenia. Adam pokazywał, jak można z nimi ćwiczyć, co wprowadzać do treningu, na co zwracać uwagę.

Oczywiście, wiele rzeczy wiedziałam, o wielu słyszałam „coś tam gdzieś tam” , w wielu miałam braki (np. w pracy na dwóch lonżach). Wiele informacji się usystematyzowało, „uklepało”, te „coś tam, gdzieś tam” się zakotwiczyło. Człowiek ma tendencję do wracania do starych wzorców, robienia tego co się kiedyś nauczył (szerzej o tym tu: Co jest motorem coraz lepszej jazdy konnej? ) dlatego warto ciągle weryfikować naszą „wiedzę”.

Na szkoleniu jeźdźcy przedstawiali różne „problemy” z końmi, które chcieli wspólnie z Adamem rozpracować, poszukać na nie rozwiązania *(czytaj na końcu tekstu komentarz). I, oczywiście, jakżeż typowe to były „problemy”! Na przykład, jeden koń był za szybki, drugi i trzeci za wolny 🙂 Czyż nie są to problemy obecne niemalże w każdej stajni? Problemy Twoje i moje 🙂 ? W tym momencie muszę powiedzieć, że Adam odczarował bacik w moich oczach. Bacik to świetne narzędzie do aktywizowania konia (mówię teraz o przypadku konia-leniucha). Zamachania, świsty w powietrzu, dotykanie bacikiem z boku, z tyłu, za zadem – to wszystko jest lepsze niż „łyda, łyda, łyda”. Na łydkę łatwo konia znieczulić – a tego zawsze chcemy uniknąć. Niby o tym wiedziałam, ale… Mogliśmy obserwować, jak „uparte konie” nagle się ożywiały i zaczynały chodzić dobrym tempem. Oczywiście – zawsze będę to powtarzać – bacik to narzędzie dla osoby, która naprawdę umie go używać. Może dlatego wcześniej nie do końca dobrze się z nim czułam??? (hi, hi, hi!). Świetnie było poobserwować, jak baciki (różne baty – krótkie, długie, ujeżdżeniowe, do lonżowania) działają na różne konie, w różnych sytuacjach.

Adam zadawał też zadania dla jeźdźców. Na przykład, by odstawiali łydkę. Takie proste ćwiczenie a takie trudne! „Jedź z łydką odstawioną. Chcę to widzieć!”. Prawie wszyscy mamy tendencję do przesadzania z łydką, znieczulamy konia na łydkę.

Adam podkreślał jak ważne jest rozluźnienie na koniu. Wspaniale było obserwować jak jeźdźcy „zmieniają” się na koniu! My jeźdźcy myślimy, że jeździmy luźno, a tak naprawdę spinamy się jak nie tu, to tam. Lepiej jest jeździć „brzydko” ale w ROZLUŹNIENIU. „Zapomnijcie, że macie dobrze wyglądać na koniu!”. Ważniejsze jest, by jeździć lekko, z rozluźnieniem, z nogą może trochę za bardzo do przodu, z sylwetką może za bardzo zgarbioną, ale w przepuszczalnym dosiadzie (co to dosiad? Wróć do wpisu na blogu o dosiadzie). Podkreślam to, bo ja też ciągle nad tym pracuję i wiem, że jest to trudne. Mocno wiąże się to z naszą pewnością siebie na koniu i naszym zaufaniem do konia i siebie 🙂

Tak na zakończenie (bo nie sposób wypisać wszystkiego – ten wpis ma Ciebie tylko zachęcić do udziału w takim szkoleniu). Ważne było zdanie, a tak naprawdę cytat z rozmowy z Wojciechem Mickunasem, że najpierw człowiek wszystko robi, by zgasić konia, spowodować, by był grzeczny i potulny, a potem robimy wszystko, by go ożywić… Wielka to prawda 🙂 No nie?

PS * i tu ważny komentarz! Adam nie narzuca swoich rozwiązań. Jeźdźcy są przecież różni, w różnym stopniu zaawansowania, z rożnymi charakterami. Dla Adama – co  jest uważam genialne -ważne jest to, by nowe rozwiązanie było w pełni zaakceptowane przez jeźdźca, by jeździec po prostu dobrze się z nim czuł. Jeden lubi szybkie galopy, a inny się ich boi prawda? Rozwiązanie ma wspólnie wypłynąć.

PS I jeszcze dodam jedno – Adam to świetny nauczyciel. Wspaniale przekazuje swoją wiedzę. Do tego jest serdecznym, pełnym empatii człowiekiem, który chce bardzo pomóc nam – jeźdźcom. To się czuje! Do tego jest autentyczny i z poczuciem humoru 🙂

W waszej stajni też można zorganizować szkolenie z Akadamią A.A Susłowscy, lub można jechać na szkolenie organizowane u nich w Lutomii.

PS II A wszystko to działo się pod Krakowem, w Wiatowicach, w prześlicznym miejscu, w stajni z duszą, w „Stajni na Dębinie”.

Co jest motorem coraz lepszej jazdy konnej?

ZMIANY. Okazuje się, że są one trudniejsze niż nam się wydaje. Człowiek nie lubi zmian. Żaden człowiek nie lubi zmian. Nawet ten, co mówi, że lubi (mam namyśli również siebie). To leży w naturze człowieka. Oczywiście, jeden szybciej je akceptuje (i to o tym człowieku mówimy, że lubi zmiany), szybciej się do nich przyzwyczaja, a inny wolniej, ale każdy czuje opór przed nowym, przed zmianą. Są o tym setki książek, setki badań.

Nauczono nas ABC, to nieświadomie chcemy zostać przy ABC. Tak jest łatwiej (dla naszego mózgu).

W dzieciństwie nauczono mnie, że nie należy długo wisieć do góry nogami na trzepaku, „bo krew spływa do mózgu i jest to bardzo niezdrowe”. Całe życie byłam przekonana, że jest to jedyna słuszna prawda. Unikałam zbyt długiego stania na rękach czy jakiejkolwiek innej pozycji do góry nogami. Przyjęłam tę informację bezkrytycznie w dzieciństwie, zakodowałam. Koniec, kropka. Nauczone, odhaczone, nie ma co drążyć.

Po czterdziestce los (czyli różny, dziwny splot okoliczności) chciał, że zaczęłam interesować się jogą, ćwiczyć jogę (mniej lub bardziej regularnie), pobierać nauki. Dowiedziałam się (po tylu latach!!!!), że pozycje odwrócone (do góry nogami) są bardzo zdrowe. Teraz regularnie staję na rękach, na głowie. Stoję długo. Zwisam głową w dół w ogrodzie. Długo. Czuję się wspaniale. Krew spływa mi do mózgu, ale o dziwo… nie zabija, nie osłabia (a co dobrego robi doczytacie na blogach jogicznych 🙂 ). Do licha jasnego! Po czterdziestce się o tym dowiedziałam!

No dobra – ale do rzeczy! Przecież to blog o koniach, nie o jodze! Halo, halo!

Zatem chodzi o to, że nasz mózg ma tendencję do: „to już wiem”, „już się tego nauczyłem”, „nie muszę poszukiwać dalszej wiedzy”, „na pewno tak jest”. A ja Ci mówię, że jest to myślenie bardzo zdradliwe, często prowadzące na manowce… O koniach i nauce jazdy konnej takich „pewników”, mitów, w mojej głowie było mnóstwo. Takiej „wiedzy”, która okazywała się błędna. Dzięki Bogu, tym razem dziwny splot okoliczności przyszedł o wiele wcześniej i o wiele wcześniej zaczęłam podważać słuszność swoich sądów. O wiele wcześniej zaczęłam odkrywać inne prawdy. I zapewne na tym nie koniec.

Rozumiem głęboki sens słów „Człowiek uczy się przez całe życie”. Od siebie dodam – szczególnie w jeździe konnej 🙂

Miej oczy i uszy otwarte 🙂 Bądź otwarty na nowe „prawdy”. Bądź gotowy na zmiany. Chciej zmian. Eksperymentuj! Podglądaj, bądź ciekaw „a co jeśli …”. Czytaj, odwiedzaj różne stajnie, chodź na szkolenia, warsztaty i odkrywaj garściami, dostrzegaj nowe drogi.

Post z dedykacją dla „Karma Joga” – pracowni jogi i psychosomatyki  🙂

PS A tak w ogóle to byłam pewna, że już nie umiem stać na rękach i na głowie, ani wisieć w powietrzu ! Ile fałszywych przekonań jeszcze we mnie tkwi?

Chłopczyk i koń

Byłam ostatnio z Olgą i Julią w naszej zaprzyjaźnionej „Stajni na Zielonej”. Tam mam mojego-nie mojego konia Larmanda. Nie jest mój, ale mogę przychodzić i ćwiczyć z nim, kiedy chcę (oczywiście, poza godzinami, kiedy jest z właścicielem). Mogę też wyjść z nim na spacer i nie robić nic 🙂
Z reguły idę sama do Larmanda, a czasem z Julą, Alą czy Olgą. Olga „rozstępowuje” Larmanda. Przy okazji oswajam ją z końmi. Nie jest odważną dziewczynką, nie ma we krwi „kocham konie i się ich nie boję”. Pomaga mi go czyścić, przytula się do niego, skraca dystans z tym wielkim zwierzęciem 🙂 Jula wytyka mi błędy jeździeckie, pokazuje nowe rzeczy, których nauczyła się w Szkole dla Prawdziwych Koniarzy, wymienia obserwacje, doświadczenia. A Ala z reguły kicha 🙂
Ala i Olga mają alergię na kurz i trawy. Czasem wracają ze stajni z wielkim katarem i szczypiącymi oczami. Nie mogą za dużo przebywać w stajni, za długo czyścić konia, być z koniem. Szkoda. To trochę hamuje je w jeździectwie. Bo jeździectwo to, w mojej opinii, bycie z koniem, przebywanie z nim, uczenie się jego samego. Może z wiekiem alergia minie?
Wracając do tej ostatniej wizyty u Larmanda. Jula siedziała na Larmandzie, pokazywała mi nowe ćwiczenie. Nagle słyszymy: „Proszę Pani! Czy można zrobić sobie zdjęcie na koniu?” – pyta może 10-letni chłopczyk z szerokim uśmiechem na twarzy. Pomyślałam: „Oczywiście, dlaczego by nie zrobić przyjemność dziecku”. Razem z wujkiem chłopczyka „zapakowaliśmy” go na Larmanda. Zadanie nie było łatwe, bo chłopczyk swoje ważył (kilka konkretnych kilogramów nadwagi), a na dodatek zrobił się sztywny z nadmiaru emocji. Zaproponowałam, by rozluźnił nogi, poprawił się w siodle i zapozował do zdjęcia. Ale chłopczyk nie odważył się nawet drgnąć w siodle. Cały był spięty, zestresowany. Mimo to z twarzy nie schodził mu uśmiech (nieco krzywy, ale jednak uśmiech 🙂 ). Znacie to uczycie? „Chcę, cieszę się, czuję się wspaniale i jednocześnie boję się”. Ostatnio taką chwilę przeżywałam, jadąc na tyrolce nad przepaścią… „Chcę, pragnę i jednocześnie tak się boję!!!”.
Chłopczyk z wujem poszli. Olga zajęta była chodzeniem po kałużach na ujeżdżalni, sprawdzaniem, która kałuża głębsza, a my z Julką wróciłyśmy do ćwiczeń. Za 10 minut słyszę: „Proszę Pani! A mogę pogłaskać konia?”. Odwracam się. Za mną stoi ten sam chłopczyk – z jeszcze szerszym uśmiechem na twarzy. Myślę: „Łał! Jednak strach został pokonany i koński bakcyl złapany 🙂 ”. Chłopczyk z nieco trzęsącymi się dłońmi podszedł do Larmanda, zaczął go głaskać, nawet na chwilę przytulił do niego głowę. Wujek szybko strzelał fotki, cały dumny komentował: „Pokażemy Babci, pokażemy Mamie! Ja to koni się nie boję, wychowałem się przy nich. Ale te dzisiejsze dzieci… za chwilę nie będą wiedzieć, co to koń”.
Wróciłam myślami do swoich początków. Do tego, jak ja bałam się koni. Jak były mi one obce. Niby z pozoru się nie bałam, ale jednak –jeden ich „dziwny” ruch, a serce zaczynało gwałtownie bić. Nie ma co się oszukiwać – to był strach. Parę razy przemknęła mi nawet myśl: „A może powinnam z tym skończyć, zrezygnować z jazdy konnej, może to nie dla mnie?”. Ale jak mogłam skończyć, skoro Ala i Jula nie chciały się poddać? Z drugiej strony konie wciągały. To coś odzywało się we mnie: „Boję się, ale chcę, boję się, ale…”.
I tak myślę o tym chłopcu. Jeśli zacznie naukę jazdy konnej – czy podda się? Czy przetrzyma ten pierwszy okres? Czy pokona strach? Czy instruktor dostatecznie go wesprze? Czy pomoże mu oswoić obawy – jedna po drugiej? Powoli. Czy wujek/mama dadzą mu szansę? A może po paru lekcjach stwierdzą, że to totalne beztalencie i nie warto płacić? Rodzice czasem nie są w stanie dostrzec tego, co pod spodem, tego, co NAJWAŻNIEJSZE – relacji, więzi między dzieckiem i koniem.
Koń w życiu tego chłopca może wiele zmienić. Może pomóc mu nabrać pewności siebie. Zachęcić do pracy nad własnym ciałem, kondycją. Może stać się prawdziwym Przyjacielem. Trzymam za Ciebie kciuki, chłopczyku!
PS Nie każde dziecko złapie końskiego bakcyla, poczuje tę bliskość z koniem. Nie każde dziecko chce jeździć konno. Trzeba to uszanować. Ale jeśli złapie, jeśli chce, to wspierajmy to, wspierajmy najmniejsze postępy 🙂 I nie oczekujmy „sukcesów”. Największym sukcesem jest nić porozumienia między dzieckiem a zwierzęciem.

I między dorosłym i zwierzęciem też 🙂 Mówię to z własnego doświadczenia. Uczucie nie do opisania.

PS II Na zdjęciu Larmand