Wyprawa konna do Maroka – relacja (24-31 października 2021)

Tak już się jakoś utarło, że w październiku wyruszam na wyprawy konne gdzieś dalej w Świat – rok temu byłam na Ukrainie Część I – fotorelacja z rajdu konnego na Ukrainę, Bukowina Północna (17-24 października 2020) dwa lata temu w Gruzji Wyprawa konna do Gruzji, Waszlowanii – relacja (21-25 października 2019) a w tym roku przyszedł czas na Maroko. Wszystko w październiku i to prawie w tych samych datach. To znaczy, że to dobry czas…

Zatem od 24 października do 31 października miałam przyjemność wziąć udział w rajdzie gwiaździstym nad Atlantykiem (okolice Essaouiry) z organizatorem Maroc a cheval. Co to znaczy gwiaździsty? To znaczy, że spaliśmy w jednym miejscu i codziennie wyruszaliśmy w innym kierunku świata. Zawsze, zawsze marzyły mi się cwały po plaży. Przyszedł moment, gdy wiedziałam, że jestem już gotowa na taką przygodę. Wybór organizatora był dość spontaniczny. Ofertę zobaczyłam w środku kolejnej fali pandemii w lutym 2021. Cieszyłam się, że ktoś, coś, gdzieś jeszcze organizuje! Miałam już dość pandemii. Chciałam wyjechać, chciałam wolności, chciałam czasu z końmi. Wyjazd miał być w marcu. W marcu loty odwołali. Wyprawę przełożyliśmy na październik. Widocznie ten październik ma coś w sobie 🙂 Na wyprawę musiałam poczekać do jesieni.

Wybór organizatora Maroc a cheval był spontaniczny, ale trafiony! Po pierwsze – Magda (współwłaścicielka) niesamowicie pomaga w zakupie biletu, wyszukaniu optymalnego połączenia. ONA NAPRAWDĘ ZNA KAŻDĄ OPCJĘ. Okazuje się, że do Maroka można bardzo tanio dolecieć. Maroc a cheval zapewnia odbiór z różnych lotnisk (Agadir, Marrakesz) i zapewnia transfer. Kupienie biletów tam i z powrotem za 500 zł wcale nie jest czymś wyjątkowym. My zapłaciliśmy jedyne 350 zł na głowę… (byłam z dwójką przyjaciół). Magda poleciła mi wyszukiwarkę www.kayak.pl. Bilety radzę kupować bezpośrednio na stronie linii lotniczych (o wiele prościej przebukować w razie zmian).

Po drugie – warunki w jakich przebywaliśmy przerosły o stokroć moje oczekiwania (rezerwując tą wyprawę kompletnie nie zwracałam uwagi, gdzie będziemy spać. Nie dopytywałam).

Willa z basenem 🙂 Z zachodem słońca.

Co prawda woda w basenie zimna (noce są pod koniec października już chłodniejsze, a dni nieupalne – około 25 stopni) więc nie ukrywam, że nie pływałam w nim dla przyjemności (ha, ha, ha!) ale przydał się „ku zdrowotności”. Co rano wskakiwałam do basenu, by hartować ciało (i duszę 🙂 ) i wspomagać układ odpornościowy. Potem gorący prysznic i można siadać do marokańskiego śniadania.

Pokoje w willi były bardzo komfortowe – z prywatnymi łazienkami. Samo miejsce ciche, zadbane, z zielenią, no i z tarasem wychodzącym na zachód słońca! Nie ma nic wspanialszego niż posiedzieć na tarasie, w słońcu, po całym dniu na koniu. Dla mnie jest to jeden z największych luksusów. Nic mi więcej do szczęścia nie potrzeba.

Generalnie uważam, że byliśmy (grupa liczyła 12 osób) rozpieszczani do granic możliwości. Po powrocie z koni czekała na nas marokańska herbata i przekąski.

A wieczorem uczta zgotowana przez kucharza Husajna.

Jestem absolutną wielbicielką Husajna. Wszystko smakowało tak wyśmienicie i było tak pięknie podane, że oczy mówiły „mogę więcej zjeść, mogę więcej!” 🙂 Husajn gotuje naprawdę z serca – i to czuć i widać!

A jak wyglądał nasz dzień? Śniadanie było o 9.00 (to było wspaniałe, bo miałam z rana czas tylko dla siebie). Oczywiście nie muszę dodawać, że było PYSZNE (jak to u Husajna) – ale może nie wszystko będę Wam zdradzać 🙂

Po śniadaniu jechaliśmy do stajni.

W stajni wyglądały już na nas głowy koni (zdjęcie akurat zrobiłam wieczorem, ale rano wyglądało to podobnie)

Od 10.30 wyruszaliśmy w drogę. W połowie dnia zatrzymywaliśmy się na odpoczynek, lunch pod gołym niebem. Lunch woziliśmy w sakwach i nie muszę dodawać, że był pyszny i bardzo urozmaicony (sałatki, jajka, ryby, surówki). Raz też lunch „przyjechał” samochodem i był „na ciepło”.

Czasem jedliśmy i odpoczywaliśmy pod drzewami arganowców…

…a czasem na plaży z widokiem na bezkresny ocean.

Odpoczywaliśmy my, odpoczywały konie…

…i towarzyszący nam KAŻDEGO dnia pies Tischka 🙂

Po odpoczynku druga część rajdu i koło 17.00 byliśmy z powrotem w stajni.

Trasy każdego dnia były inne. Każda wyjątkowa. Każda zapierająca dech w piersi.

Pierwszego dnia jechaliśmy przez las tamaryszkowy, sady arganowe, by zatrzymać się w sklepie, spółdzielni, gdzie wytwarza się produkty z owoców drzewa arganowego (argania żelazodrzew, drzewo arganowe[4] (Argania spinosa (L.) Skeels) – gatunek drzewa z monotypowego rodzaju Argania z rodziny sączyńcowatych. Endemit występujący wyłącznie w regionie Sus w południowym Maroku, pomiędzy As-Sawirą, a Agadirem na terenach obejmujących 700-800 tys. hektarów. Ocenia się, że na terenie tym występuje około 21 milionów drzew arganowych, odgrywających ważną rolę w funkcjonowaniu tego środowiska. Źródło: Wikipedia)

W tym okresie – październik – wszystkie drzewa arganowe wyglądały jeszcze jakby uschły:

Ale podobno już w listopadzie, kiedy to robi się deszczowo, wszystko się zazielenia i drzewa arganowe wyglądają tak:

Z nasion argonowców wywarza się wiele kosmetyków (mydła, olejki, kremy) i PRZEPYSZNE AMLOU (zjadaliśmy tego tonę na śniadanie! To mielone migdały, czy orzeszki połączone z olejem arganowym w pastę. WSZYSCY kupiliśmy AMLOU na wynos do Polski 🙂 )

Koleżanka Gosia „wyciskająca” nasiona arganowców.

Że tak powiem…z tej kupy robi się cudne mydła i kosmetyki.

Rozpisałam się trochę o arganowcach, ale uważam, że należy im się dużo uwagi. Rosną tylko w tym regionie świata i są naprawdę wyjątkowe.

Innego dnia dojechaliśmy do pięknej, małej oazy.

Co jeszcze widzieliśmy? Co mijaliśmy? Podziwialiśmy? Niech zdjęcia mówią same za siebie.

Wędrowaliśmy w różnych kierunkach, ale (ku naszej wielkiej radości) codziennie w jakimś punkcie dnia lądowaliśmy na plażach Atlantyku. Wielkich, szerokich, PUSTYCH, z niespokojnym oceanem.

I na tych plażach cwałowaliśmy ile sił w kopytach! To było naprawdę niesamowite. Przy pierwszym galopie po prostu popłakałam się z emocji, z wrażenia, a przy kolejnych śmiałam się ze szczęścia. Kocham oddać wodze i pozwolić koniowi wyciągnąć się w galopie, cwale. Jechaliśmy „ławą”, konie ścigały się. Miejsca było na tyle, by wszystko było bezpieczne.

W tym miejscu warto dodać, że dobór koni u Brahima nie jest przypadkowy. Pierwszego dnia każdy z nas określił się na co jest gotowy. Brahim i Magda mają różne konie: i szybsze, i wolniejsze, i spokojniejsze i z wyższym temperamentem, i z mniejszym i większym rajdowym doświadczeniem, zatem i dla mniej i bardziej doświadczonych jeźdźców. Oczywiście jadąc na taki rajd powinniśmy naprawdę dobrze czuć się w siodle (i fizycznie i psychicznie!). Nie polecam wypraw konnych początkującym jeźdźcom. Jeździec musi być spokojny i nie bać się prędkości, wyścigów. Musi być pewny siebie. Musi wiedzieć jak zareagować w razie nieprzewidzianej sytuacji. Nasze emocje przenoszą się na konie. KOŃ NAPRAWDĘ WSZYSTKO WIDZI I CZUJE. Jeśli taka wyprawa ma być przyjemnością i dla konia i dla jeźdźca, jeździec musi mieć dobre podstawy, dobry dosiad i głowę gotową do takich cwałów, galopów. Początkującym jeźdźcom polecam najpierw krótsze tereny, potem całodzienne rajdy, gdzieś w sprawdzonym miejscu w Polce, z cwałami na ścierniskach. Jeśli tam będziesz czuł się bezpieczne, spokojnie – jesteś gotowy na Maroko. Poprzeczkę powinniśmy podnosić sobie powoli i z pełną świadomością. I żeby było jasne. Owszem, niejeden początkujący, czy średniozaawansowany jeździec, poradził sobie na tego typu wyprawie. Ale czy o „poradził sobie” nam chodzi? Czy o dziką radość i spokój w sercu?

Poniżej zdjęcia plaż. Obłęd prawda? 🙂

Ja i mój Prince i bezkres

W takich miejscach joga ma wyjątkowy wymiar.

Chcecie jeszcze??? Sorry – musicie pojechać i sami to zobaczyć.

O samych koniach (cudnych!) napisałam oddzielny post: Konie arabsko-berberyjskie w Maroko. W poście jest też filmik jak się galopowało po tych WIELKICH< DŁUGICH<PUSTYCH<OBŁĘDNYCH PLAŻACH.

Ostatniego dnia był czas na pławienie koni oraz na teren przy zachodzie słońca. Zdjęcia z pławienia (i przy okazji krótkiej sesji zdjęciowej) znajdziecie również w powyższym linku-poście. A zachód słońca? Piękny był 🙂

Organizatorem całego tego zamieszania byli Magda i Brahim z Maroc a cheval.

Bardzo polecam. Szczegóły: zdjęcia koni, trasy, terminy, ceny, znajdziecie tu https://marocacheval.com/

A ja i nasza skromna ekipa (dziękuję Wam Kochani za cudny, wspólny czas i użyczenie niektórych zdjęć!) żegnamy Was.

PS Dodam tylko, że podczas tego rajdu miały miejsce jeszcze 2 atrakcje: wizyta w pięknym mieście Essaouira (As-Suwajra) wpisanym na listę światowego dziedzictwa UNESCO oraz wizyta w Hammam. To byłby świetny materiał na blog podróżniczy. Niezapomniane wrażenia!

PS II Pozwolę sobie w tym miejscu na ważną uwagę i prośbę.

Niestety Maroka, jak i wielu przecudownych zakątków świata, nie omijają skutki działalności i obecności człowieka. Plaże są generalnie czyste. Ale ocean wypluwa to tu to tam…plastik, który wraz z roślinnością „wtapia się” w krajobraz. Serce boli. Proszę, używajcie jak najmniej jednorazowego plastiku, zbierajcie zakrętki, unikajcie foliówek jak ognia. W Maroku, podobnie jak w wielu innych afrykańskich państwach, jest zakaz używania jednorazowych toreb foliowych. My w Polsce – takim „świadomym” państwie – dalej rozdajemy je na każdym rogu. Nie miejcie wątpliwości, że Ziemia jest okrągła, że wszystko wpada i miesza się w naszych wspólnych oceanach. ZIEMIA nie wie co to granice…Świat można ratować małymi kroczkami – moimi i Twoimi.

Ela Gródek

Chciałbyś coś jeszcze wiedzieć? Zostaw komentarz – odpiszę.