Rozluźnienie jeźdźca a dobrobyt konia

Ostatnio, gdy wracałam z weekendu z jogą, koleżanka zapytała mnie: „Ela, a co było pierwsze? Joga czy konie?”. Odpowiedziałam „Konie”. Potrzeba jogi „jakoś tak” pojawiła się sama, wręcz automatycznie, gdy zaczęłam już BARDZIEJ ŚWIADOMIE jeździć konno. Na koniach zaczęłam jeździć, gdy miałam 35 lat, jogę (wcześniej pilates) ćwiczę od 39. roku życia.

Powyższe pytanie koleżanki stało się inspiracją do napisania tego postu. Postu wcale nie o tym, jak to joga świetnie wpływa na rozciągnięcie całego ciała, na gibkość, na elastyczność, co jest oczywiście podstawą w jeździe konnej. I nie o tym, jak mnie kiedyś bolał kręgosłup po jeździe, a gdy zaczęłam ćwiczyć jogę, to wszelkie dolegliwości minęły. O takim działaniu jogi – czy innych ćwiczeń (bo nie musi być to koniecznie joga) – dobrze wiecie. Nie trzeba o tym pisać.

Zanim przejdę do sedna, zadam Ci pytanie: co wpływa na DOBROSTAN koni?

Odpowiedzi będą różne: na dobrostan koni wpływa to, w jakich warunkach są chowane, jak są karmione, czy mają zapewnioną opiekę weterynaryjną itp., itd.

A wiecie, od czego jeszcze w OGROMNEJ MIERZE zależy dobrostan koni? Od jeźdźca, od Ciebie i ode mnie 😊 A konkretnie od stanu jeźdźca 😊  Od tego, jak jeździec traktuje konia, ale też od tego, jak po prostu na nim jeździ, jak sam się CZUJE na koniu. Pospinany jeździec bardzo źle wpływa na konia. Nawet lekko niepewny, zestresowany jeździć źle wpływa na końską psychikę.

Jeździec, który nie umie jeszcze jeździć w harmonii z koniem, w PEŁNYM ROZLUŹNIENIU, będzie obijał grzbiet konia. Uwierzcie mi, siła klapiącej w grzbiet konia – nawet młodej i lekkiej – pupy jest ogromna! Jeździec, który jeszcze nie umie jeździć w spokoju, szczęściu, będzie przekazywał koniowi swój lęk, strach, będzie wpływał na samopoczucie konia. Mamy więc tu dwa aspekty – fizyczny i psychiczny.

Nie jest łatwo w to uwierzyć, patrząc na wielkie, silne zwierzę! Taki człowiek może tak oddziaływać na konia?? Tak. Widać to po zwiększającej się liczbie koni w złym stanie. Kupić obecnie konia w dojrzałym wieku, ujeżdżonego, bez chorób czy narowów to nieomal cud… Konie to bardzo wrażliwe stworzenia i naprawdę czują o wiele mocniej niż TY i JA, niż to sobie wyobrażamy.

Więc jeśli kochamy konie, to musimy się starać jak najlepiej jeździć, pracować nad swoim jak najlepszym dosiadem (to pojęcie rozbiłam na czynniki pierwsze tu: Dosiad – nauka na całe życie 🙂). A w tym dosiadzie jedną z głównych ról odgrywa ROZLUŹNIENIE, świadomość własnego ciała (brak blokad i spięć w ciele).

A aby osiągnąć rozluźnienie na koniu, musimy dokładnie poznać konia (by nie bać się jego reakcji, by nie bać się samego KONIA, by rozumieć, co z czego się bierze, by umieć odpowiednio reagować. Po to napisałam dla Ciebie książkę O książce ) i musimy dokładnie poznać… SIEBIE – swoje ciało i swój umysł. Wiem, że wydaje się to górnolotne i przesadzone. Ale uwierzcie mi – to prawda. Poczułam to na sobie, na własnej skórze.

Trzeba umieć zauważać, kiedy jestem myślami nieobecna a moje ruchy przez to niespójne (KOŃ O TYM BĘDZIE WIEDZIAŁ). Kiedy jestem spięta? Kiedy JAKAŚ CZĘŚĆ mojego ciała jest spięta? Która? Jak to „wychwytywać”? Zauważać? Jak, siedząc na koniu, myśleć o sobie, swoich reakcjach, swojej zaciśniętej żuchwie, przykurczonych nogach, zgarbionych plecach, zaciśniętych palcach? Uwierz mi – koń to czuje. I koń się nie rozluźni, jeśli człowiek się nie rozluźni. A pospinany koń to koń na drodze do kontuzji.

Droga do rozluźnienia jeźdźca jest bardzo długa. To bardzo trudne. Ja po kawałeczku się uczyłam. Wiele lat. I wciąż się uczę.

I joga właśnie w tym bardzo mi pomogła. Staję na macie i czuję swoje ciało. Obserwuję swój oddech. To, czy jestem spokojna, w równowadze. Obserwuję, co myśli moja głowa. Uczę się uważności. Bycia we własnym ciele. Umiem zauważyć, kiedy wstrzymuję oddech, kiedy oddech przyspiesza. Umiem wrócić do spokojnego oddechu, do napięcia lub puszczenia napięcia mięśni. Lepiej ćwiczyć to najpierw na macie, a potem przenieść na konia 😊 Dla jego dobra.

W jeździectwie nie ma drogi na skróty. Jeśli myślimy o dobrostanie konia. Czy pomoże Ci w tym joga, czy coś innego – nie ma to znaczenia. Ważne, by widzieć tę wielką zależność między swoim stanem fizycznym i psychicznym a dobrostanem konia. By powoli dążyć w tym kierunku. W kierunku świadomego jeździectwa 😊

PS W tym kontekście polecam szkolenia Natalii Jasickiej-Krugiołek „Sprawność psychofizyczna jeźdźca” (info znajdziecie na Facebooku na „Treningi dosiadowe. Sprawność psychofizyczna jeźdźca”). Na tym szkoleniu byłam gdy dopiero moja droga jeździecka nabierała barw. Byłam początkująca (mimo, że jeździłam już 2-3 lata!) i to od Natalii po raz pierwszy usłyszałam o PRZEPUSZCZALNOŚCI jeźdźca, o blokadach w ciele, z których w ogóle nie zdajemy sobie sprawy, o tym jak nasze ciało oddziałuje na konia. Na tym szkoleniu Natalia zasiała ziarno. I za to bardzo, bardzo jej dziękuję.

Dziękuję też „Karma – pracownia jogi i psychosomatyki” za każdą lekcję na macie.

Instynkt „uciekam!”

System komunikacji koni jest niesamowity. Szybkość przekazywanych informacji między osobnikami oraz natychmiastowa ich reakcja są godne podziwu. Konie żyją w stadzie. Dzięki temu mają nie jedną parę oczu, ale kilkanaście. Gdy jeden koń zauważy coś niepokojącego, od razu informuje inne. Ale jak? BEZGŁOŚNIE. Bezszelestnie. Tylko swoim ciałem, energią, mikrosygnałami. Tak, by potencjalny drapieżca nie widział tego. Inne konie – po takim ostrzeżeniu – są gotowe, w jednej sekundzie, do działania. Jeden ruch i całe stado rzuca się do ucieczki. Tu nie ma czasu na rozważania „Czy warto uciekać?”, tu chodzi o życie. Dopiero po chwili biegu (a przyjęło się, że maksymalnie po 500 metrach) koń zatrzymuje się i „sprawdza”, czy alarm był fałszywy, czy prawdziwy. Czy jego życie było narażone, czy nie.

Ten instynkt działa zawsze. I nieważne, że w Twojej stajni jest bezpiecznie. Ze przecież nie ma tam wilków ani krokodyli. Ta reakcja jest zapisana w genach koni tak mocno, że włącza się automatycznie. Dokładnie tak samo jak włączyła się moja reakcja na spadanie z konia – wysunęłam rękę i podparłam się nią, by chronić głowę. I ręka złamana. A przecież wiedziałam, że jest to beznadziejny sposób „ratowania” się z upadku… odruch, instynkt zadziałał.

Nie wiem, czy miałeś okazję obserwować tę „reakcję łańcuchową” u koni w praktyce, na przykład podczas terenu? Ja miałam. Jeden koń zerwał się w pęd i… cała reszta nas – jeźdźców – została „zabrana” przez pozostałe konie na dziki galop. Gdy jeden koń zrywa się do biegu, reszta też się zrywa. Tak działa stado. Być może ten pierwszy koń miał powód do ucieczki? Zobaczył coś, czego inne konie nie zauważyły? Zatem pędziłam na grzbiecie konia gdzieś tam w górę… jak worek ziemniaków (więcej przeczytasz tu: Pełny cwał na ścierniskach? Jak?). Na dole została tylko nasza przewodniczka. Była w stanie „przetłumaczyć” swojemu koniowi (którego z pewnością była członkiem stada), że „naprawdę nie ma zagrożenia i nie ma po co biec. Możesz zostań ze mną”.

Ostatnio miałam okazję zaobserwować ten instynkt ponownie 😊 Byłam w lesie z Larmandem, a za mną Julia (córka) z Ariką. W pewnym momencie rozdzieliłyśmy się. Ja zaczęłam już wracać do stajni. Julia z Ariką spacerowały jeszcze „z ręki” po lasku. W pewnym momencie słyszę za sobą ostrzeżenie Julii: „Uwaga! Koń biegnie”. Obejrzałam się za siebie i zobaczyłam Arikę biegnącą w naszą stronę. Dyndający uwiąż między nogami konia zrobił swoje. Arika w pełnym popłochu biegła do stajni. Powiedziałam do Larmanda: „Spokojnie, spokojnie, nic się nie dzieje”, wzięłam oddech i czekałam. Arika lekko przyhamowała przy zadzie Larmanda, by nie wlecieć w niego, wyprzedziła nas i pełnym galopem poleciała dalej. Larmand, oczywiście, odebrał sygnał i chciał rzucić się za nią pędem. Ugięłam mu łeb, poprosiłam o odangażowanie zadu (noga za popręg). Wykonaliśmy kółko wokół własnej osi. Poprosiłam o cofnięcie. I jeszcze raz, i jeszcze… aż do wyciszenia. Łeb Larmanda ustawiłam tyłem do stajni, blisko pastucha. I znów cofnięcie. Larmand kojarzy cofnięcia z czymś miłym (ćwiczymy to od samego początku naszych spotkań. Za każde cofnięcie Larmand jest szczodrze nagradzany). W całym tym procesie starałam się jak najmniej używać wodzy – wykorzystywałam je do ugięć łba, a nie do „zaciśnięcia” ich na pysku. Wędzidło, zaciągnięte wodze wywołują tylko większą panikę u konia i są bardzo bolesne (dużo o tym, jak działa wędzidło, pisałam tu: Koń pędzi? Popuść wodze! )

Gdy tylko Larmand uspokoił się, przestał dreptać, kręcić się, gdy ustaliśmy kilka sekund bez ruchu, zeszłam z niego. ZEJŚCIE Z KONIA TO NAJWIĘKSZA DLA NIEGO NAGRODA. To zdjęcie presji, to danie „wolnego”. Larmand za to, że się uspokoił, został ze mną, został szczodrze nagrodzony. Wygłaskałam go z ziemi, pogadałam z nim jeszcze chwilkę i na niższych emocjach poszliśmy do stajni.

Emocje konia opadają bardzo powoli. Nie tak jak u ludzi. Jeździec dawno już nie pamięta, że coś się wydarzyło, a koń dalej ma we krwi wysoki poziom hormonu odpowiadającego za „UCIEKAĆ”. Trzeba mieć to w świadomości. Po zdarzeniu pełnym paniki trzeba dołożyć starań, by reszta czasu spędzona z koniem odbywała się już na niskiej energii. By koń ponownie nie „odpalił” – wg nas z błahego powodu. Trzeba pamiętać, że hormony działają dalej, „nastrój” z poprzedniego wydarzenia dalej jest obecny.

Czułam się, jakbym zdobyła srebrną odznakę. Wszystko to, czego uczyłam się w teorii, zdałam w praktyce. Byłam szczęśliwa, że dogadałam się z Larmandem. Koń to niesamowicie silne zwierzę. Gdyby Larmand nie chciał ze mną gadać, wylądowałabym z nim pod stajnią – pewnie w mało bezpieczny sposób 😊 Nauka jazdy konnej i psychologii konia jest trudna. Łączy się ściśle i nierozerwalnie z psychiką jeźdźca. Gdyby mało było we mnie spokoju, opanowania, gdybym nie była sama psychicznie przygotowana na tę sytuację, stałoby się to, co kilka lat wcześniej: byłabym tylko workiem ziemniaków pędzącym na grzbiecie Larmanda tam, gdzie Larmand chce 😊

PS Polecam Wam książkę „Od człowieka do koniarza” Rick’a Lamb’a – jest tam między innymi opis takiej sceny: obok Ricka siedzącego na koniu, wybuchają petardy. Potem następuje opis co robi Rick, jak sobie radzi, co czuje, co myśli. Gdy to czytałam myślałam: „O cholera! Ja bym chyba umarła ze strachu…”. Ale dzięki Bogu jeszcze żyję i mam się dobrze😊

Z wizytą u Wacława

Ponad tydzień temu byłyśmy w odwiedzinach u Wacława (teraz Wacco) – kucyka, który pracował w rekreacji w Stajnia Na Zielonej -BFD ZAZ Konary a potem „zasilał” mini zoo razem z kozami. Wacław nie sprawdził się w roli konia rekreacyjnego, ale za to okazał się dobrym koniem „jednego jeźdźca”.

Zanim Wacław trafił do Natalii (nowej właścicielki), Julka (córka) urozmaicała mu czas ćwicząc z nimi od czasu do czasu – na ujeżdżalni, w terenie, z ziemi, z siodła.
Wynik tej przyjaźni i postępów w jeździe, relacjach z człowiekiem, uwieczniłam we wpisie z 11 czerwca 2020: Kucyk Wacław i Julia

Co potem się działo? Mieliście okazję przeczytać tu: Cd. historii Wacława – kucyka „jednego jeźdźca”

Nowa właścicielka zaprosiła nas z wizytą. Nie mogłyśmy oczywiście odmówić! Chciałyśmy na własne oczy zobaczyć jak zmienił się Wacław – i fizycznie (teraz jest naprawdę fit!) i psychicznie. Chciałyśmy go uścisnąć, przytulić, pobyć z nim. Tak wiecie – jak to my baby 🙂

Wsiadłyśmy do samochodu i po 40 minutach byłyśmy pod Bochnią. Przy swojej otwartej stajence stał sobie Wacco, Jagna i Sky. Jagna to przyjaciółka Wacco, która przyjechała tu razem z nim. Sky to 2-letni kucyk, który dołączył do paczki kilka tygodni temu. Chłopaki już zdążyli się polubić chociaż…O ile Jagda może podjadać z wiaderka Wacco, to Sky już nie 🙂 Hierarchia w tym małym stadzie została ustalona i jest niepodważalna (na razie póki Sky nie podrośnie) 🙂

Cała trójka przywitała nas z wielkim zaciekawieniem, domagając się jednocześnie pieszczot. Ucieszyłam się, że zabrałam wszystkie córki – rąk do głaskania, czyszczenia nie brakowało. Kontakt ze zwierzętami jest tak niesamowity. Przebywanie z nimi tak magiczne. Mogłyśmy tam tylko stać i po prostu być 🙂 Tak bardzo się cieszę, że każda z moich córek (a mam ich 3) zaraziła się pasją do zwierząt, że czerpią radość z przebywania z nimi.

Filmik z pierwszych minut spotkania znajdziecie na Videoblog.

Czy to przelizanie Wacco oznaczało „Poznaję Cię Julka! To ty!”?

Wacco nas oczywiście oczarował. Z tego grubaska zrobił się super fit facet!

Regularny ruch zrobił swoje. Wystarczyła godzina dziennie, by Wacco zrzucił zbędne kilogramy i nabrał świetnej kondycji. A że kondycję ma przekonałyśmy się na własnej skórze. To znaczy Julka, nie ja 🙂

Natalia, nowa właścicielka, poprowadziła Julce i Wacco godzinny trening. Taki sam, jaki ona ma 2 razy w tygodniu ze swoim trenerem. Najpierw była porządna rozgrzewka, przypomnienie sobie kto to Julka i kto to Wacco – praca nad wspólną komunikacją (koła, przejścia, zmiany kierunków, zatrzymania i dużżżżżoooo pochwał). Potem więcej kłusa i drążki, aż na końcu galopy i skoki. Wacco pięknie reagował i naprawdę pokazał swoją kondycję!

Gdy Julka ćwiczyła z Wacco (wtedy Wacławem) taki trening nie wchodził w grę. Oprócz nadwagi Wacław miał też problemy oddechowe. Intensywne treningi były niezalecane. Odkąd zmienił sposób życia, problemy oddechowe zniknęły. Odkąd więcej ćwiczy, zrzucił nadwagę i można od niego więcej wymagać. Wacco teraz żyje w otwartej stajni – nie jest zamykany na noc. Jest to chów bezstajenny. Poza tym ćwiczy na niepiaskowym podłożu, co być może również nie było bez znaczenia (udowodniono, że niektóre konie źle reagują na piaskową, pełną pyłu ujeżdżalnie). Czy zmienił dietę? Nie – zarówno w stajni na Zielonej, jak i tu, dostaje tylko siano – do woli. Natalia rozpieszcza go dodatkowo ziółkami i smakołykami, ale podstawa żywienia została taka sama. Więcej o chowie bezstajennym i jego wielkich zaletach przeczytasz tu: Dlaczego chów bezstajenny?

Jak widzicie Jagna towarzyszy Wacco na każdym kroku. No dobra – czasem zapuszcza się do sąsiadów na piknik (wszak trawa u sąsiada zawsze lepsza! :)). Jagna to piękny i niepodważalny dowód na to co opisuję w książce „Jazda konna? Naturalnie! Co ten koń sobie myśli?” (więcej tu: O książce ) – konie to zwierzęta niezwykle towarzyskie i POTRZEBUJĄCE przyjaciela, bratniej duszy. Wspaniale, że Jagna przyjechała tu razem z Wacco, że nie rozdzielono ich. To była najlepsza decyzja jaką można było podjąć.

Może Jagna też nauczy się skakać na polecenie? 🙂

I pomyśleć, że Wacco kiedyś nie chciał nawet myśleć o jeździe pod jeźdźcem!

Podczas spotkania dzieliłyśmy się z Natalią swoimi wspomnieniami z pracy z Wacławem. Zarówno Julka, jak i potem Natalia musiały „odrobić” to samo. Zapracować na zaufanie Wacco, na jego współpracę. Wacco na początku nie słuchał, chciał wszystko robić po swojemu, buntował się, uciekał, lub decydował, że on „właśnie się nigdzie nie ruszy!”.

Gdy po treningu Ala wsiadła na Wacco, by go rozkłusować i rozstępować, ten nagle stwierdził „Ja już się napracowałem, nigdzie się nie ruszam z tą nową osobą na moim grzbiecie!”. Wacco zauważył zmianę jeźdźca i mimo wielu próśb Ali i jasnych komunikatów do kłusa, stał jakby wrósł kopytami w ziemie 🙂 Wsiadła Natalia i Wacco ruszył. Czy konia „jednego jeźdźca” da się „przerobić”? Macie odpowiedź. Nie. Konie są za mądre i mają za dobrą pamięć 🙂

A po jeździe czas na wyczesanie, wymalowanie kopytek i…

..małe co nieco. Zgadnijcie co dostały konie do jedzenia? 🙂

A po deserze spacer i mały popas na łączce. I wspólne pamiątkowe zdjęcia

Zgadnijcie kto chciał być na pierwszym planie???

No kto??? Ach ta Jagna…

Udało się! Wacco na pierwszym planie 🙂

Szczęśliwe – Julia i Natalia

Filmiki ze spotkania i treningu znajdziecie na vblogu z 9 kwietnia 2021 Videoblog

Natalio! Dziękujemy! Za zaproszenie, za spotkanie, i za wielkie serce dla Wacco!

Stajni „Na Zielonej” dziękujemy za dobre decyzje 🙂

Ela i Julka

Cd. „Koń pędzi? Popuść wodze!”

Dzisiaj ciąg dalszy bardzo trudnego i jednocześnie niesamowicie ważnego tematu. Tematu o zatrzymywaniu koni (w sposób „humanitarny”, dobry dla końskiego pyska i psychiki). Ciąg dalszy wpisu „Koń pędzi? Popuść wodze!” (jeśli nie czytałeś, kliknij tu: Koń pędzi? Popuść wodze!).

Jak ja zaczęłam NIE reagować paniką na panikę konia? Jak nauczyłam się reagować miękką ręką, luźnymi nogami, głębokim oddechem na poniesienie konia, szybki galop?

Po pierwsze – uczyłam się tego stopniowo, latami. Najpierw oswajałam SIEBIE z myślą, że koń może ponieść. Dużo czytałam o psychice koni, jego motywacjach, instynktach. Chciałam wiedzieć, dlaczego koń chce pędzić, gdy my sobie tego nie życzymy?. W jakich sytuacjach może chcieć ponieść? Jakie emocje, sytuacje prowokują go do takiego zachowania? I kiedy chce przestać? To kluczowe pytania.

Jeździłam najpierw na spokojnych, „pewnych” koniach. I czekałam na moment, gdy to JA będę gotowa „znieść” bez paniki taką nieoczekiwaną sytuację (poniesienie przez konia). Wiedziałam, że koń będzie wiedział, co czuję, wiedziałam, że jeśli będę spanikowana, to te emocje przeniosą się na konia i na pewno nie pomogą w zatrzymaniu, wyciszeniu. Więc nie rzucałam się z motyka na słońce tylko czekałam… Stopniowo podnosiłam SOBIE poprzeczkę. Pod okiem dobrych instruktorów, w sprawdzonych stajniach, jeździłam na coraz szybszych, energiczniejszych, „trudniejszych” koniach. Uczyłam się oswajać z dzikim pędem, z szybkim galopem, z gwałtownymi reakcjami. Nie było to proste. Ale dawałam sobie czas. Nie próbowałam przyspieszać tego procesu. Cierpliwie dojrzewałam…

Po drugie – pracowałam nad WYROBIENIEM sobie dobrego nawyku zatrzymywania konia. Jak powinniśmy zatrzymywać rozpędzonego konia? Przez ugięcie łba, przez wprowadzanie na koło (i oczywiście dosiadem, naszą energią, spokojem). Koń nie jest w stanie biec, przyspieszać z ugiętym w bok łbem. Uginając łeb i jednocześnie prosząc o odangażowanie zadu (chcemy, by koń krzyżował tylne nogi), uniemożliwiamy mu ruch do przodu, „wyłączamy napęd”. Pomału oduczałam się naszego – ludzkiego – instynktownego sposobu szarpania za wodzie, ciągnięcia. Uczyłam się – w bezpiecznych warunkach – ODDAWAĆ wodze, popuszczać je, obserwować zachowanie konia. Uczyłam się mówić do niego z grzbietu, głaskać, uspokajać. Ćwiczyłam dosiad (o dosiadzie przeczytasz tu: Dosiad – nauka na całe życie 🙂). Poćwicz to na ujeżdżalni!

Po trzecie – pracowałam nad WYCZUCIEM momentu, kiedy to koń chce rzucić się do biegu. Ba! Gdy próbuje POMYŚLEĆ o tym! O wiele prościej zatrzymać konia, który jeszcze się nie rozpędził, nie wystartował. Generalnie dążymy właśnie do opanowania tej umiejętności. Ale wiem – to bardzo trudne na początku (początek może oznaczać kilka lat 😊 ). To wymaga już sporego doświadczenia z pracą z końmi, ze świadomym obserwowaniem ich emocji, ich zachowań, empatii. Mnie obserwacja koni fascynuje. Wczucie się w ich emocje to jedna z najcudowniejszych rzeczy w jeździectwie. Mam nadzieję, że uważasz podobnie 😊

Najważniejszą lekcję: „odpuść wodze!” dostałam od Larmanda (kto to jest Larmand, przeczytasz tu: Larmand i ja i rok 2020). Gdy Larmand pierwszy raz poniósł (na środku łąki zdecydował, że szybciutko wracamy do stajni), spięłam się, zaczęłam przytrzymywać wodze. Larmand zaczął „walczyć” ze mną i z wędzidłem, a ja z nim. Wpadł w emocje, w stan walki i pobudzenia. A ja razem z nim. Długo ta łąka kojarzyła mi się z bijącym sercem, ze strachem. Ale pomału wracaliśmy na nią, „ćwicząc” emocje w stępie i w kłusie oraz ćwicząc wyczuwanie momentu „chciałbym biec”.

Tam z boku jest nasza łąka 🙂
Larmand w całej krasie

Po jakimś czasie – gdy już byłam gotowa – sprowokowałam „poniesienie”, czyli szybki powrót w stronę stajni 😊 Tym razem zareagowałam kompletnie odwrotnie: oddałam wodze, rozluźniłam się, uśmiechnęłam pod nosem, oddychałam i… poczułam tę magię, tę potężną różnicę. Larmand sam w połowie łąki przeszedł do kłusa. Bez walki, bez napięcia, bez emocji „PANIC” (co to jest? Przeczytaj tu Nauka koni przez ciekawość i zabawę). Oddanie wodzy czyni cuda!

To działa. Polecam! Tylko pamiętaj – wszystko w swoim czasie, zgodnie z TWOIMI emocjami i TWOJĄ psychiczną gotowością 😊

PS Pamiętaj, że są konie, które o wiele lepiej zachowują się bez wędzidła. To konie, które mają złe doświadczenie z wędzidłem. To konie, które są spokojniejsze, łatwiejsze do opanowania na kantarku. Tu chodzi o psychikę konia, o wyciszenie jego złych doświadczeń, odbudowanie zaufania do człowieka. Dokładnie takie zachowanie obserwujemy u Ariki (czyli u konia, z którym ćwiczy moja córka Julia, a której historii nikt nie zna, wiem tylko jedno, że nie była to łatwa historia). Przy wyższych chodach (kłus, galop), przy większych emocjach, jakakolwiek presja na pysku wywołuje w Arice strach, panikę i chęć ucieczki. Tylko kantarek na tym etapie ich relacji jest możliwy.

Larmand i ja i rok 2020

Dokładnie rok temu podsumowywałam rok 2019. Za mną kolejny rok – rok 2020. Równie cudny.

Rok 2020 nie miał być tak „końskim”, jakim się okazał. Miał być bardziej podróżniczy. Podróże po Polsce i świecie to moje równorzędne do jeździectwa hobby. Miały być kolejne wyjazdy służbowe w nowe zakątki Ziemi, miały być podróże z rodziną i bez – na koniec świata. COVID sprawił, że zostałam „uziemiona” i tym sposobem pustka w hobby „podróże” została szybko wypełniona przez hobby „jeździectwo”. Dobrze mieć więcej niż tylko jedno hobby 🙂

Były zatem liczniejsze (szczególnie w marcu i kwietniu) spotkania z Larmandem, liczniejsze rajdy, tereny, warsztaty online. Podczas rajdów „liznęłam” z końskiego grzbietu, razem z córkami, trochę okolic Pogórza Izerskiego, dawno wyczekiwaną Jurę Krakowsko-Częstochowską, okolice Lanckorony. Udało się też złapać ofertę „last minute” i wyjechać gdzieś dalej, na Ukrainę, by pojeździć po Bukowinie Północnej.

Wrażeniami z tych wszystkich wydarzeń podzieliłam się z Wami we wpisach ( Część I – fotorelacja z rajdu konnego na Ukrainę (Bukowina Północna) – 17-24 października, Porady rajdowe – część IV (co gdy leje 6 godzin?); Zmiana „oczekiwań” końskich, zmiana zachowań końskich; O terenach część I; i potem część II i III) i filmikach wideo (Videoblog) . Kto nie czytał – polecam.

Tak siedząc i wspominając rok 2020, naszła mnie ochota, by podsumować nie sam rok 2020, ale moją znajomość z Larmandem. Koniem prywatny (ale nie moim), z którym mam możliwość „spotykania się” raz w tygodniu (czasem częściej, czasem rzadziej).

Kiedyś, rozmawiając z Ewą (moją prywatną „doradczynią” od jeździectwa 🙂 ), o różnych koniach, z którymi obie miałyśmy (czy mamy) do czynienia, usłyszałam od niej: „W naszym życiu pojawiają się takie konie, jakie powinny, jakich »potrzebujemy«, nie ma przypadków”. Tak myślę o Larmandzie i o sobie…

Larmand nie jest koniem uległym, podporządkowanym. 11-letni Larmand już niejedno widział. Ma swoje doświadczenia, swoje zdanie, wie, czego chce. Larmand był już na niejednej „wojnie” (wszak to koń biorący udział w rekonstrukcjach husarskich!), niejednego wroga musiał pokonać 😉  Praca z Larmandem to dialog, to przekonywanie siebie nawzajem do swoich racji. Nie raz Larmand powiedział mi wprost: „co mi tam będzie ta blondyna mówiła, co mam robić!”. Każdą lekcję przyjęłam z pokorą.

Larmand niejednego mnie nauczył. A raczej niejedno pomógł przejść, przepracować, przezwyciężyć. Nie – to nie my pracujemy z końmi, to one pracują z nami…Za wyjątkiem prawdziwych, utalentowanych trenerów końskich. Taka jest moja opinia. Im prędzej to zrozumiemy, tym…długo by pisać. Mam nadzieję, że poczujecie sami.

Wiele było i jest blokad w mojej głowie, wiele obaw. Znacie je z wcześniejszych wpisów ( Jeździectwo jest trudne – daj sobie czas; Chłopczyk i koń; Rozważania z leżaka o Lorenzo; Mam pomysł! Nauka spadania i woltyżerka dla początkujących; Nigdy, przenigdy nie będę… ) Przed Larmandem nie miałam okazji ćwiczyć z koniem z ziemi. Wiedziałam tylko, po kursach, że jest to genialne. Wiedziałam, jak do tego się zabrać (ćwiczyłam tylko podczas warsztatów). To z Larmandem miałam przyjemność po raz pierwszy pracować z ziemi. To z nim przeprowadzałam pierwsze sesje habituacyjne, zabawy z ziemi. Lubię być na koniu, ale lubię też być obok konia. To dzięki Larmandowi to odkryłam J

Z Larmandem po raz pierwszy też:

  • poszłam sama do lasu na spacer (bez innych koni i jeźdźców),
  • pojechałam na jego grzbiecie sama do lasu,
  • pojechałam na wielką, otwartą łąkę (oczywiście sama)
  • galopowałam na wielkiej łące (ooo, jakie to były emocje!),
  • galopowałam na oklep,
  • skakałam na oklep.

Tak, wiele lęków pokonywałam razem z Larmandem… Co ważne – w odpowiednim czasie. Wtedy, gdy czułam, że jestem na to gotowa. Gdy czułam, że Larmand ze mną się zgodzi. To dzięki niemu nabrałam pewności siebie, szybkości, zdecydowania, ale też pokory.

Dziękuję Ci Larmand!

PS Oprócz dalszej, intensywnej nauki jazdy konnej rok 2020 przyniósł:

  • kolejne 18 wpisów na blogu,
  • kolejne filmiki na vblogu,
  • drugie wydanie książki „Jazda konna? Naturalnie! Co ten koń sobie myśli?”,
  • pierwszy przekład książki na język obcy – j. czeski.

Rok 2021 uznaję za otwarty!

A poniżej kilka zdjęć z Larmandem – z pracy z ziemi, ze wspólnego leżakowania na łące, ze wspólnych zabaw, z habituacji, z pracy na kawecanie, kantarku, wędzidle…z siodła, z ziemi. Nigdy nie było nam nudno!

dav