Z wizytą u Wacława

Ponad tydzień temu byłyśmy w odwiedzinach u Wacława (teraz Wacco) – kucyka, który pracował w rekreacji w Stajnia Na Zielonej -BFD ZAZ Konary a potem „zasilał” mini zoo razem z kozami. Wacław nie sprawdził się w roli konia rekreacyjnego, ale za to okazał się dobrym koniem „jednego jeźdźca”.

Zanim Wacław trafił do Natalii (nowej właścicielki), Julka (córka) urozmaicała mu czas ćwicząc z nimi od czasu do czasu – na ujeżdżalni, w terenie, z ziemi, z siodła.
Wynik tej przyjaźni i postępów w jeździe, relacjach z człowiekiem, uwieczniłam we wpisie z 11 czerwca 2020: Kucyk Wacław i Julia

Co potem się działo? Mieliście okazję przeczytać tu: Cd. historii Wacława – kucyka „jednego jeźdźca”

Nowa właścicielka zaprosiła nas z wizytą. Nie mogłyśmy oczywiście odmówić! Chciałyśmy na własne oczy zobaczyć jak zmienił się Wacław – i fizycznie (teraz jest naprawdę fit!) i psychicznie. Chciałyśmy go uścisnąć, przytulić, pobyć z nim. Tak wiecie – jak to my baby 🙂

Wsiadłyśmy do samochodu i po 40 minutach byłyśmy pod Bochnią. Przy swojej otwartej stajence stał sobie Wacco, Jagna i Sky. Jagna to przyjaciółka Wacco, która przyjechała tu razem z nim. Sky to 2-letni kucyk, który dołączył do paczki kilka tygodni temu. Chłopaki już zdążyli się polubić chociaż…O ile Jagda może podjadać z wiaderka Wacco, to Sky już nie 🙂 Hierarchia w tym małym stadzie została ustalona i jest niepodważalna (na razie póki Sky nie podrośnie) 🙂

Cała trójka przywitała nas z wielkim zaciekawieniem, domagając się jednocześnie pieszczot. Ucieszyłam się, że zabrałam wszystkie córki – rąk do głaskania, czyszczenia nie brakowało. Kontakt ze zwierzętami jest tak niesamowity. Przebywanie z nimi tak magiczne. Mogłyśmy tam tylko stać i po prostu być 🙂 Tak bardzo się cieszę, że każda z moich córek (a mam ich 3) zaraziła się pasją do zwierząt, że czerpią radość z przebywania z nimi.

Filmik z pierwszych minut spotkania znajdziecie na Videoblog.

Czy to przelizanie Wacco oznaczało „Poznaję Cię Julka! To ty!”?

Wacco nas oczywiście oczarował. Z tego grubaska zrobił się super fit facet!

Regularny ruch zrobił swoje. Wystarczyła godzina dziennie, by Wacco zrzucił zbędne kilogramy i nabrał świetnej kondycji. A że kondycję ma przekonałyśmy się na własnej skórze. To znaczy Julka, nie ja 🙂

Natalia, nowa właścicielka, poprowadziła Julce i Wacco godzinny trening. Taki sam, jaki ona ma 2 razy w tygodniu ze swoim trenerem. Najpierw była porządna rozgrzewka, przypomnienie sobie kto to Julka i kto to Wacco – praca nad wspólną komunikacją (koła, przejścia, zmiany kierunków, zatrzymania i dużżżżżoooo pochwał). Potem więcej kłusa i drążki, aż na końcu galopy i skoki. Wacco pięknie reagował i naprawdę pokazał swoją kondycję!

Gdy Julka ćwiczyła z Wacco (wtedy Wacławem) taki trening nie wchodził w grę. Oprócz nadwagi Wacław miał też problemy oddechowe. Intensywne treningi były niezalecane. Odkąd zmienił sposób życia, problemy oddechowe zniknęły. Odkąd więcej ćwiczy, zrzucił nadwagę i można od niego więcej wymagać. Wacco teraz żyje w otwartej stajni – nie jest zamykany na noc. Jest to chów bezstajenny. Poza tym ćwiczy na niepiaskowym podłożu, co być może również nie było bez znaczenia (udowodniono, że niektóre konie źle reagują na piaskową, pełną pyłu ujeżdżalnie). Czy zmienił dietę? Nie – zarówno w stajni na Zielonej, jak i tu, dostaje tylko siano – do woli. Natalia rozpieszcza go dodatkowo ziółkami i smakołykami, ale podstawa żywienia została taka sama. Więcej o chowie bezstajennym i jego wielkich zaletach przeczytasz tu: Dlaczego chów bezstajenny?

Jak widzicie Jagna towarzyszy Wacco na każdym kroku. No dobra – czasem zapuszcza się do sąsiadów na piknik (wszak trawa u sąsiada zawsze lepsza! :)). Jagna to piękny i niepodważalny dowód na to co opisuję w książce „Jazda konna? Naturalnie! Co ten koń sobie myśli?” (więcej tu: O książce ) – konie to zwierzęta niezwykle towarzyskie i POTRZEBUJĄCE przyjaciela, bratniej duszy. Wspaniale, że Jagna przyjechała tu razem z Wacco, że nie rozdzielono ich. To była najlepsza decyzja jaką można było podjąć.

Może Jagna też nauczy się skakać na polecenie? 🙂

I pomyśleć, że Wacco kiedyś nie chciał nawet myśleć o jeździe pod jeźdźcem!

Podczas spotkania dzieliłyśmy się z Natalią swoimi wspomnieniami z pracy z Wacławem. Zarówno Julka, jak i potem Natalia musiały „odrobić” to samo. Zapracować na zaufanie Wacco, na jego współpracę. Wacco na początku nie słuchał, chciał wszystko robić po swojemu, buntował się, uciekał, lub decydował, że on „właśnie się nigdzie nie ruszy!”.

Gdy po treningu Ala wsiadła na Wacco, by go rozkłusować i rozstępować, ten nagle stwierdził „Ja już się napracowałem, nigdzie się nie ruszam z tą nową osobą na moim grzbiecie!”. Wacco zauważył zmianę jeźdźca i mimo wielu próśb Ali i jasnych komunikatów do kłusa, stał jakby wrósł kopytami w ziemie 🙂 Wsiadła Natalia i Wacco ruszył. Czy konia „jednego jeźdźca” da się „przerobić”? Macie odpowiedź. Nie. Konie są za mądre i mają za dobrą pamięć 🙂

A po jeździe czas na wyczesanie, wymalowanie kopytek i…

..małe co nieco. Zgadnijcie co dostały konie do jedzenia? 🙂

A po deserze spacer i mały popas na łączce. I wspólne pamiątkowe zdjęcia

Zgadnijcie kto chciał być na pierwszym planie???

No kto??? Ach ta Jagna…

Udało się! Wacco na pierwszym planie 🙂

Szczęśliwe – Julia i Natalia

Filmiki ze spotkania i treningu znajdziecie na vblogu z 9 kwietnia 2021 Videoblog

Natalio! Dziękujemy! Za zaproszenie, za spotkanie, i za wielkie serce dla Wacco!

Stajni „Na Zielonej” dziękujemy za dobre decyzje 🙂

Ela i Julka

Cd. „Koń pędzi? Popuść wodze!”

Dzisiaj ciąg dalszy bardzo trudnego i jednocześnie niesamowicie ważnego tematu. Tematu o zatrzymywaniu koni (w sposób „humanitarny”, dobry dla końskiego pyska i psychiki). Ciąg dalszy wpisu „Koń pędzi? Popuść wodze!” (jeśli nie czytałeś, kliknij tu: Koń pędzi? Popuść wodze!).

Jak ja zaczęłam NIE reagować paniką na panikę konia? Jak nauczyłam się reagować miękką ręką, luźnymi nogami, głębokim oddechem na poniesienie konia, szybki galop?

Po pierwsze – uczyłam się tego stopniowo, latami. Najpierw oswajałam SIEBIE z myślą, że koń może ponieść. Dużo czytałam o psychice koni, jego motywacjach, instynktach. Chciałam wiedzieć, dlaczego koń chce pędzić, gdy my sobie tego nie życzymy?. W jakich sytuacjach może chcieć ponieść? Jakie emocje, sytuacje prowokują go do takiego zachowania? I kiedy chce przestać? To kluczowe pytania.

Jeździłam najpierw na spokojnych, „pewnych” koniach. I czekałam na moment, gdy to JA będę gotowa „znieść” bez paniki taką nieoczekiwaną sytuację (poniesienie przez konia). Wiedziałam, że koń będzie wiedział, co czuję, wiedziałam, że jeśli będę spanikowana, to te emocje przeniosą się na konia i na pewno nie pomogą w zatrzymaniu, wyciszeniu. Więc nie rzucałam się z motyka na słońce tylko czekałam… Stopniowo podnosiłam SOBIE poprzeczkę. Pod okiem dobrych instruktorów, w sprawdzonych stajniach, jeździłam na coraz szybszych, energiczniejszych, „trudniejszych” koniach. Uczyłam się oswajać z dzikim pędem, z szybkim galopem, z gwałtownymi reakcjami. Nie było to proste. Ale dawałam sobie czas. Nie próbowałam przyspieszać tego procesu. Cierpliwie dojrzewałam…

Po drugie – pracowałam nad WYROBIENIEM sobie dobrego nawyku zatrzymywania konia. Jak powinniśmy zatrzymywać rozpędzonego konia? Przez ugięcie łba, przez wprowadzanie na koło (i oczywiście dosiadem, naszą energią, spokojem). Koń nie jest w stanie biec, przyspieszać z ugiętym w bok łbem. Uginając łeb i jednocześnie prosząc o odangażowanie zadu (chcemy, by koń krzyżował tylne nogi), uniemożliwiamy mu ruch do przodu, „wyłączamy napęd”. Pomału oduczałam się naszego – ludzkiego – instynktownego sposobu szarpania za wodzie, ciągnięcia. Uczyłam się – w bezpiecznych warunkach – ODDAWAĆ wodze, popuszczać je, obserwować zachowanie konia. Uczyłam się mówić do niego z grzbietu, głaskać, uspokajać. Ćwiczyłam dosiad (o dosiadzie przeczytasz tu: Dosiad – nauka na całe życie 🙂). Poćwicz to na ujeżdżalni!

Po trzecie – pracowałam nad WYCZUCIEM momentu, kiedy to koń chce rzucić się do biegu. Ba! Gdy próbuje POMYŚLEĆ o tym! O wiele prościej zatrzymać konia, który jeszcze się nie rozpędził, nie wystartował. Generalnie dążymy właśnie do opanowania tej umiejętności. Ale wiem – to bardzo trudne na początku (początek może oznaczać kilka lat 😊 ). To wymaga już sporego doświadczenia z pracą z końmi, ze świadomym obserwowaniem ich emocji, ich zachowań, empatii. Mnie obserwacja koni fascynuje. Wczucie się w ich emocje to jedna z najcudowniejszych rzeczy w jeździectwie. Mam nadzieję, że uważasz podobnie 😊

Najważniejszą lekcję: „odpuść wodze!” dostałam od Larmanda (kto to jest Larmand, przeczytasz tu: Larmand i ja i rok 2020). Gdy Larmand pierwszy raz poniósł (na środku łąki zdecydował, że szybciutko wracamy do stajni), spięłam się, zaczęłam przytrzymywać wodze. Larmand zaczął „walczyć” ze mną i z wędzidłem, a ja z nim. Wpadł w emocje, w stan walki i pobudzenia. A ja razem z nim. Długo ta łąka kojarzyła mi się z bijącym sercem, ze strachem. Ale pomału wracaliśmy na nią, „ćwicząc” emocje w stępie i w kłusie oraz ćwicząc wyczuwanie momentu „chciałbym biec”.

Tam z boku jest nasza łąka 🙂
Larmand w całej krasie

Po jakimś czasie – gdy już byłam gotowa – sprowokowałam „poniesienie”, czyli szybki powrót w stronę stajni 😊 Tym razem zareagowałam kompletnie odwrotnie: oddałam wodze, rozluźniłam się, uśmiechnęłam pod nosem, oddychałam i… poczułam tę magię, tę potężną różnicę. Larmand sam w połowie łąki przeszedł do kłusa. Bez walki, bez napięcia, bez emocji „PANIC” (co to jest? Przeczytaj tu Nauka koni przez ciekawość i zabawę). Oddanie wodzy czyni cuda!

To działa. Polecam! Tylko pamiętaj – wszystko w swoim czasie, zgodnie z TWOIMI emocjami i TWOJĄ psychiczną gotowością 😊

PS Pamiętaj, że są konie, które o wiele lepiej zachowują się bez wędzidła. To konie, które mają złe doświadczenie z wędzidłem. To konie, które są spokojniejsze, łatwiejsze do opanowania na kantarku. Tu chodzi o psychikę konia, o wyciszenie jego złych doświadczeń, odbudowanie zaufania do człowieka. Dokładnie takie zachowanie obserwujemy u Ariki (czyli u konia, z którym ćwiczy moja córka Julia, a której historii nikt nie zna, wiem tylko jedno, że nie była to łatwa historia). Przy wyższych chodach (kłus, galop), przy większych emocjach, jakakolwiek presja na pysku wywołuje w Arice strach, panikę i chęć ucieczki. Tylko kantarek na tym etapie ich relacji jest możliwy.

Larmand i ja i rok 2020

Dokładnie rok temu podsumowywałam rok 2019. Za mną kolejny rok – rok 2020. Równie cudny.

Rok 2020 nie miał być tak „końskim”, jakim się okazał. Miał być bardziej podróżniczy. Podróże po Polsce i świecie to moje równorzędne do jeździectwa hobby. Miały być kolejne wyjazdy służbowe w nowe zakątki Ziemi, miały być podróże z rodziną i bez – na koniec świata. COVID sprawił, że zostałam „uziemiona” i tym sposobem pustka w hobby „podróże” została szybko wypełniona przez hobby „jeździectwo”. Dobrze mieć więcej niż tylko jedno hobby 🙂

Były zatem liczniejsze (szczególnie w marcu i kwietniu) spotkania z Larmandem, liczniejsze rajdy, tereny, warsztaty online. Podczas rajdów „liznęłam” z końskiego grzbietu, razem z córkami, trochę okolic Pogórza Izerskiego, dawno wyczekiwaną Jurę Krakowsko-Częstochowską, okolice Lanckorony. Udało się też złapać ofertę „last minute” i wyjechać gdzieś dalej, na Ukrainę, by pojeździć po Bukowinie Północnej.

Wrażeniami z tych wszystkich wydarzeń podzieliłam się z Wami we wpisach ( Część I – fotorelacja z rajdu konnego na Ukrainę (Bukowina Północna) – 17-24 października, Porady rajdowe – część IV (co gdy leje 6 godzin?); Zmiana „oczekiwań” końskich, zmiana zachowań końskich; O terenach część I; i potem część II i III) i filmikach wideo (Videoblog) . Kto nie czytał – polecam.

Tak siedząc i wspominając rok 2020, naszła mnie ochota, by podsumować nie sam rok 2020, ale moją znajomość z Larmandem. Koniem prywatny (ale nie moim), z którym mam możliwość „spotykania się” raz w tygodniu (czasem częściej, czasem rzadziej).

Kiedyś, rozmawiając z Ewą (moją prywatną „doradczynią” od jeździectwa 🙂 ), o różnych koniach, z którymi obie miałyśmy (czy mamy) do czynienia, usłyszałam od niej: „W naszym życiu pojawiają się takie konie, jakie powinny, jakich »potrzebujemy«, nie ma przypadków”. Tak myślę o Larmandzie i o sobie…

Larmand nie jest koniem uległym, podporządkowanym. 11-letni Larmand już niejedno widział. Ma swoje doświadczenia, swoje zdanie, wie, czego chce. Larmand był już na niejednej „wojnie” (wszak to koń biorący udział w rekonstrukcjach husarskich!), niejednego wroga musiał pokonać 😉  Praca z Larmandem to dialog, to przekonywanie siebie nawzajem do swoich racji. Nie raz Larmand powiedział mi wprost: „co mi tam będzie ta blondyna mówiła, co mam robić!”. Każdą lekcję przyjęłam z pokorą.

Larmand niejednego mnie nauczył. A raczej niejedno pomógł przejść, przepracować, przezwyciężyć. Nie – to nie my pracujemy z końmi, to one pracują z nami…Za wyjątkiem prawdziwych, utalentowanych trenerów końskich. Taka jest moja opinia. Im prędzej to zrozumiemy, tym…długo by pisać. Mam nadzieję, że poczujecie sami.

Wiele było i jest blokad w mojej głowie, wiele obaw. Znacie je z wcześniejszych wpisów ( Jeździectwo jest trudne – daj sobie czas; Chłopczyk i koń; Rozważania z leżaka o Lorenzo; Mam pomysł! Nauka spadania i woltyżerka dla początkujących; Nigdy, przenigdy nie będę… ) Przed Larmandem nie miałam okazji ćwiczyć z koniem z ziemi. Wiedziałam tylko, po kursach, że jest to genialne. Wiedziałam, jak do tego się zabrać (ćwiczyłam tylko podczas warsztatów). To z Larmandem miałam przyjemność po raz pierwszy pracować z ziemi. To z nim przeprowadzałam pierwsze sesje habituacyjne, zabawy z ziemi. Lubię być na koniu, ale lubię też być obok konia. To dzięki Larmandowi to odkryłam J

Z Larmandem po raz pierwszy też:

  • poszłam sama do lasu na spacer (bez innych koni i jeźdźców),
  • pojechałam na jego grzbiecie sama do lasu,
  • pojechałam na wielką, otwartą łąkę (oczywiście sama)
  • galopowałam na wielkiej łące (ooo, jakie to były emocje!),
  • galopowałam na oklep,
  • skakałam na oklep.

Tak, wiele lęków pokonywałam razem z Larmandem… Co ważne – w odpowiednim czasie. Wtedy, gdy czułam, że jestem na to gotowa. Gdy czułam, że Larmand ze mną się zgodzi. To dzięki niemu nabrałam pewności siebie, szybkości, zdecydowania, ale też pokory.

Dziękuję Ci Larmand!

PS Oprócz dalszej, intensywnej nauki jazdy konnej rok 2020 przyniósł:

  • kolejne 18 wpisów na blogu,
  • kolejne filmiki na vblogu,
  • drugie wydanie książki „Jazda konna? Naturalnie! Co ten koń sobie myśli?”,
  • pierwszy przekład książki na język obcy – j. czeski.

Rok 2021 uznaję za otwarty!

A poniżej kilka zdjęć z Larmandem – z pracy z ziemi, ze wspólnego leżakowania na łące, ze wspólnych zabaw, z habituacji, z pracy na kawecanie, kantarku, wędzidle…z siodła, z ziemi. Nigdy nie było nam nudno!

dav

Część II – Fotorelacja z rajdu konnego na Ukrainę -17-24 października

Część pierwszą relacji znajdziesz tu: Fotorelacja z rajdu konnego na Ukrainę (Bukowina Północna) – 17-24 października – część I

Jak więc wyglądają wioski ukraińskie na Bukowinie?

Wioski są małe – z kilkunastoma domami, gospodarstwami. Zauważyłam, że prawie każde gospodarstwo ma konia (lub 2 konie), krowę (lub 2-3 krowy). Tyle koni i krów pasących się wolno na łąkach, dawno w Polsce nie widziałam. Krowy czy konie, z reguły były uwiązane na długim łańcuchu, linie. Miały swobodę ruchu. Tu koń dalej pełni ważną funkcję w gospodarstwie – pomaga w polu. Wielokrotnie mijaliśmy konie w zaprzęgu, konie pracujące z człowiekiem przy orce, zwózce drzewa. Nigdy nie widzieliśmy osiodłanego konia pod człowiekiem 🙂

Krowy są tu szczęśliwe – widzą codziennie słońce i prawdziwą trawę.

Domy, obejścia są bardzo skromne, ALE, co naprawdę rzuca się w oczy, są uporządkowane, schludne. Na podwórkach nie ma bałaganu, chaosu, brudu (a wiem, co mówię, bo odwiedziłam 25 krajów). Domy są kolorowe, z dużą ilością zieleni. Podobnie jak w Polsce panuje, jak ja to nazywam, „kult płotów”. Płot musi być! Nieważne jaki. Jak nie ma pieniędzy, to będzie z „byle czego”, ale będzie 🙂

Stałym elementem architektury są też studnie. Ale jakie!

Czyżby inspiracją dla studni były dachy cerkwi? 🙂

Wracając do samego rajdu. Jak wiecie z części I, 4 noce spędziliśmy pod namiotem. Mimo moich pewnych obaw nie zmarzłam ani podczas wieczornych czy porannych posiadówek, ani w nocy, gdy temperatura spadała do kilku stopni. Spodnie narciarskie, odzież termalna i śpiwór do -7 stopni (wcale nie z puchu i wcale niedrogi) zdały egzamin.

Poranny szron na „schnącym” ręczniku 🙂
Śniadamy o poranku

Spanie pod namiotem było genialne, ale w domku z sauną jeszcze genialniejsze. To był naprawdę wspaniały czas! Po dniu spędzonym na koniu można było odprężyć się w saunie, wygrzać i wzmocnić odporność.

Wejście do sauny

Obok sauny był staw. Nie omieszkaliśmy wskakiwać do niego, by ostudzić rozgrzane ciała. Tego było mi trzeba!!

A po saunie kolacje Sviety. Svieta to sąsiadka, która gotuje rajdowiczom. Kolacje były przebogate, pyszne i – co najważniejsze – lokalne.

Svieta obok swojego domu (100 metrów dalej) ma sklep. U Sviety kupisz winko, piwko – co tylko chcesz. Obsługa na najwyższym poziomie!

Svieta i jej mąż Ivan to też grzybiarze. Co rano chodzili na grzyby.

Takie łupy przynosili.

Zamarzyłam o smażonych grzybach na śniadanie. Dlatego trzeciego dnia, wraz z Justyną (inną rajdowiczką), dołączyłyśmy do Ivana na grzybobranie. Po 1,5 godzinie mieliśmy wiadereczko pełne grzybów.

Co za śniadanie!

Po prawej maślaki, po lewej borowiki

W domku spałyśmy w pokoiku z prawdziwym piecem kaflowym!

Na zapiecku można było spać – jak kot Filemon! (na naszym rajdzie rolę kota Filemona odgrywała Marianna 🙂 ).

O poranku zawsze czekała na nas przepyszna kawa z tureckiego czajniczka zrobiona przez Miszę. Kawa o poranku, w promieniach słońca. Mam nadzieję, że znacie ten wyjątkowy smak. Dla mnie jest to jeden z największych luksusów 🙂

Ten Pan w kapturze na drugim planie to czuwający nad nami organizator Jacek 🙂

Nie da się ukryć, że mieliśmy idealną pogodę. Nie padało ani razu, 2 dni było 10-12 stopni, 2 dni – 12-14 stopni i 2 dni… 18-19 stopni! 🙂

Takie poranki i takie konie nas witały…

Pewnego dnia, właśnie podczas takiego poranka, postanowiłam wziąć Lukasa – mojego rajdowego konia – z zagrody, na polankę pełną soczystej trawy. Kocham konie, mam miękkie serce, pomyślałam zatem, że Lukasowi należy się coś więcej ode mnie za ciężką pracę.

A nie ma większego prezentu niż świeże co nieco 🙂 Wyłączyłam prąd, wyprowadziłam Lukasa z ogrodzenia i… siup! Lukas wyrwał się i wziął nogi za pas. A za nim hucułka Zuza. Miałam dwa wyjścia. Nie zamykać bramki i biec za nimi, co groziło exodusem pozostałych koni, lub zamknąć bramkę, włączyć prąd…, i mieć nadzieję, że Lukas i Zuza nie będą już gdzieś tam za górami, za lasami. Wybrałam to drugie. Zamknęłam bramkę, włączyłam prąd i patrzę, a Lukas u sąsiada w kapuście buszuje. „Cham!!” – pomyślałam! To ja tu, z dobroci serca, z wdzięczności, chcę go zabrać na trawkę, a ten… no po prostu „cham!!” (by zrozumieć kontekst, musisz znać początek opowieści z części I Fotorelacja z rajdu konnego na Ukrainę (Bukowina Północna) – 17-24 października – część I) 🙂

Pamiętajcie – konie uwielbiają nie tylko marchewkę, ale też kapustę i buraki 🙂

Mam nadzieję, że zachęciłam Was do rajdowania na Bukowinie Północnej na Ukrainie.

Nie wyczerpałam tematu? Masz jakieś pytania? Zostaw komentarz. Odpowiem!

PS A na szlaku spotkaliśmy małpę! Na koniu! :)))))))

Małpa na koniu 🙂

PS II Tak wygląda rajdowicz – zmarzluch.

Tak prawdziwa cowgirl, jeździec jeżdżący w weście.

A tak podróbka westowca! :))))))

Bo rajdy to piękne chwile, dużo zabawy i niespodziewane przygody 🙂

Z Nomadic Life MUROWANE 🙂

Zdjęcia autorstwa mojego oraz całej ekipy

Ela Gródek

Część I – fotorelacja z rajdu konnego na Ukrainę (Bukowina Północna) – 17-24 października

Miałam być w Rumunii, wylądowałam na Ukrainie. Widocznie Rumunia musiała poczekać, ustępując w tym roku, miejsca Ukrainie.

Tak, miałam wątpliwości co do tego wyjazdu w dniach 17-24 października. Co innego Rumunia na początku września, a co innego Ukraina pod koniec października. Czy będzie lało? Jaka będzie temperatura? Organizator zapewniał 4 noce pod namiotem i 3 w domku. Generalnie (już to sprawdziłam, na ostatnich rajdach), że każde warunki pogodowe są ok do jazdy konnej. Ważne tylko, by było gdzie się ogrzać i wysuszyć wieczorem, w razie deszczu. Czy 4 noce/wieczory w namiotach to zagwarantują? Jednak moja wielka potrzeba oderwania się od cywilizacji, odetchnięcia wśród natury, bycia blisko z końmi, oderwania się od covidowej atmosfery plus wizja trzech nocy w domku z gorącą sauną opalaną drewnem (!!! 🙂 ) przeważyły w decyzji na „tak”.

Bardzo też byłam ciekawa samej Ukrainy. Jak tam jest? Jak się ludziom żyje? Jak wyglądają wioski? Jaki jest klimat? Jakie jedzenie. Ostatni raz na Ukrainie byłam 20 lat temu. Pamiętam kawę w barze, którą barman od razu słodził i gazety w sklepach spożywczych do pakowania towaru… Kocham podróże, spotkania z ludźmi. Kocham konie i przyrodę. Kupiłam więc śpiwór do -7, zapakowałam narciarskie grube spodnie, ocieplane buty i wyruszyłam w podróż, wraz z innymi zapaleńcami, w sobotę o 6.00, z Krakowa do „Agro Rancza” koło Czerniowców.

Droga przebiegła – dzięki Covidowi – w rekordowym czasie. Na granicy pustki (spędziliśmy tam nie więcej niż 20 minut). Od granicy do Czernichowa jechało się jeszcze 6 godzin.

Po drodze przystanek na „kuszanie” lokalnych specjałów – solanki, placków ziemniaczanych, zupy grzybowej i o 18.00 jesteśmy na miejscu na Ranczu, gdzie czekają na nas już rozbite namioty.

Wiatka – czyli tak zwana imprezownia 🙂

Wieczorem wspólna kolacja, rano śniadanko, na świeżym powietrzu.

Ogromnym plusem wypraw z Nomadic Life (byłam już z tym organizatorem w Gruzji – relację przeczytasz tu: Wyprawa konna do Gruzji – relacja a filmiki obejrzysz tu: Videoblog) jest ich AUTENTYCZNOŚĆ. Wiedziałam, że na tej wyprawie, poczuję prawdziwy smak Ukrainy, będę miała kontakt z lokalną ludnością, z ich kuchnią, obyczajami, przekonaniami. Nikt nie „wrzuci” nas, uczestników, do hotelu, gdzie w komfortowych warunkach, we własnym sosie, będziemy spędzać czas, jak na „prawdziwego” turystę przystało. To zdecydowanie nie mój sposób podróżowania. Jeśli oczekujesz na wyjazdach dopieszczania, niańczenia, wysokiego komfortu, ścisłego planu, to nie jest to organizator dla Ciebie. Jeśli jednak liczysz na prawdziwą wędrówkę, zanurzenie w klimacie danego kraju (a to często oznacza skromne warunki, proste (ale pyszne) posiłki) to polecam Nomadic Life z całego serca (http://nomadiclife.eu/pl/, facebook: Nomadic Life)

Właścicielami „Agro Ranczo” jest Andriej (pół Koreańczyk, pół Ukrainiec) i jego żona Olga. Wieczorami i rankami (2 noce spaliśmy w tym miejscu) chętnie dołączali do nas opowiadając o życiu 🙂 Oczywiście przy lokalnych trunkach (pyszne piwa, wina i, jak ktoś chciał, wódeczka) 🙂

Andriej

Na Ranczu – oprócz koni – jest jeszcze osiołek z ciężarną żoną i młodym synkiem,

dużo kotków,

kozy, pies i pewnie coś tam jeszcze.

Na Ranczu jeździ się w stylu western. Jak ja byłam szczęśliwa, że wreszcie spróbuję jazdy w stylu west!!! (dlaczego? Przeczytasz tu: Western by Ela Gródek)

Rano Andriej zapoznał nas z końmi, sprzętem, westowym stylem jazdy.

Moim towarzyszem na następne 6 dni wędrówki został Lukas – koń rasy „mieszaniec ukraiński” 🙂 Andriej przedstawiając mi Lukasa powiedział: „Wiesz, Lukas to trochę taki cham”. O tym miałam przekonać się tylko raz, ale opowiem później 🙂

Siodła westowe są naprawdę idealne na rajdy, niesamowicie wygodnie, a tak zwany „horn” bardzo przydatny – zahaczasz wodze i masz 2 ręce wolne! W tym siodle, z długimy strzemionami, siedzi się bardzo głęboko. Naprawdę miałam wrażenie, że tworzę z koniem jedność 9brzmi górnolotnie ale to prawda!). Ciężko jest wypaść z westówki , czy obetrzeć jakąkolwiek część ciała.

Wodze są DWIE. Nie połączone, strzemiona szerokie, wygodne, puściska też. Nic nie „wrzyna” się w łydkę.

Mówię Wam – jeździ się fantastycznie! Wiedziałam już dawno, że mi się to spodoba 🙂

No to wyruszamy!

Na czerwono trasa całej 6 dniowej wyprawy

A poniżej widoki z końskiego grzbietu. Trasa była bardzo urozmaicona – od pięknych bukowych lasów, przez górzyste wzniesienia, długie, płaskie łąki, pola z soją, czy słonecznikiem. Koniec gadania, oglądamy! (kolejność zdjęć przypadkowa!)

A to nasz team – prawie w komplecie – z Andriejem. To był cudowny czas z Wami! Dziękuję!

I jeszcze raz my wraz z „naszymi” wspaniałymi końmi.

Za 2 tygodnie II część fotorelacji (wioski ukraińskie, gorąca „bania”, spanie pod namiotami, grzybobranie z Ivanem (Niegroźnym 🙂 ), kuchnia Sviety, konie o poranku…i jak to Lukas pokazał mi, że potrafi być chamem 🙂

Ela Gródek

Zdjęcia autorstwa mojego i całej ekipy.