Instynkt „uciekam!”

System komunikacji koni jest niesamowity. Szybkość przekazywanych informacji między osobnikami oraz natychmiastowa ich reakcja są godne podziwu. Konie żyją w stadzie. Dzięki temu mają nie jedną parę oczu, ale kilkanaście. Gdy jeden koń zauważy coś niepokojącego, od razu informuje inne. Ale jak? BEZGŁOŚNIE. Bezszelestnie. Tylko swoim ciałem, energią, mikrosygnałami. Tak, by potencjalny drapieżca nie widział tego. Inne konie – po takim ostrzeżeniu – są gotowe, w jednej sekundzie, do działania. Jeden ruch i całe stado rzuca się do ucieczki. Tu nie ma czasu na rozważania „Czy warto uciekać?”, tu chodzi o życie. Dopiero po chwili biegu (a przyjęło się, że maksymalnie po 500 metrach) koń zatrzymuje się i „sprawdza”, czy alarm był fałszywy, czy prawdziwy. Czy jego życie było narażone, czy nie.

Ten instynkt działa zawsze. I nieważne, że w Twojej stajni jest bezpiecznie. Ze przecież nie ma tam wilków ani krokodyli. Ta reakcja jest zapisana w genach koni tak mocno, że włącza się automatycznie. Dokładnie tak samo jak włączyła się moja reakcja na spadanie z konia – wysunęłam rękę i podparłam się nią, by chronić głowę. I ręka złamana. A przecież wiedziałam, że jest to beznadziejny sposób „ratowania” się z upadku… odruch, instynkt zadziałał.

Nie wiem, czy miałeś okazję obserwować tę „reakcję łańcuchową” u koni w praktyce, na przykład podczas terenu? Ja miałam. Jeden koń zerwał się w pęd i… cała reszta nas – jeźdźców – została „zabrana” przez pozostałe konie na dziki galop. Gdy jeden koń zrywa się do biegu, reszta też się zrywa. Tak działa stado. Być może ten pierwszy koń miał powód do ucieczki? Zobaczył coś, czego inne konie nie zauważyły? Zatem pędziłam na grzbiecie konia gdzieś tam w górę… jak worek ziemniaków (więcej przeczytasz tu: Pełny cwał na ścierniskach? Jak?). Na dole została tylko nasza przewodniczka. Była w stanie „przetłumaczyć” swojemu koniowi (którego z pewnością była członkiem stada), że „naprawdę nie ma zagrożenia i nie ma po co biec. Możesz zostań ze mną”.

Ostatnio miałam okazję zaobserwować ten instynkt ponownie 😊 Byłam w lesie z Larmandem, a za mną Julia (córka) z Ariką. W pewnym momencie rozdzieliłyśmy się. Ja zaczęłam już wracać do stajni. Julia z Ariką spacerowały jeszcze „z ręki” po lasku. W pewnym momencie słyszę za sobą ostrzeżenie Julii: „Uwaga! Koń biegnie”. Obejrzałam się za siebie i zobaczyłam Arikę biegnącą w naszą stronę. Dyndający uwiąż między nogami konia zrobił swoje. Arika w pełnym popłochu biegła do stajni. Powiedziałam do Larmanda: „Spokojnie, spokojnie, nic się nie dzieje”, wzięłam oddech i czekałam. Arika lekko przyhamowała przy zadzie Larmanda, by nie wlecieć w niego, wyprzedziła nas i pełnym galopem poleciała dalej. Larmand, oczywiście, odebrał sygnał i chciał rzucić się za nią pędem. Ugięłam mu łeb, poprosiłam o odangażowanie zadu (noga za popręg). Wykonaliśmy kółko wokół własnej osi. Poprosiłam o cofnięcie. I jeszcze raz, i jeszcze… aż do wyciszenia. Łeb Larmanda ustawiłam tyłem do stajni, blisko pastucha. I znów cofnięcie. Larmand kojarzy cofnięcia z czymś miłym (ćwiczymy to od samego początku naszych spotkań. Za każde cofnięcie Larmand jest szczodrze nagradzany). W całym tym procesie starałam się jak najmniej używać wodzy – wykorzystywałam je do ugięć łba, a nie do „zaciśnięcia” ich na pysku. Wędzidło, zaciągnięte wodze wywołują tylko większą panikę u konia i są bardzo bolesne (dużo o tym, jak działa wędzidło, pisałam tu: Koń pędzi? Popuść wodze! )

Gdy tylko Larmand uspokoił się, przestał dreptać, kręcić się, gdy ustaliśmy kilka sekund bez ruchu, zeszłam z niego. ZEJŚCIE Z KONIA TO NAJWIĘKSZA DLA NIEGO NAGRODA. To zdjęcie presji, to danie „wolnego”. Larmand za to, że się uspokoił, został ze mną, został szczodrze nagrodzony. Wygłaskałam go z ziemi, pogadałam z nim jeszcze chwilkę i na niższych emocjach poszliśmy do stajni.

Emocje konia opadają bardzo powoli. Nie tak jak u ludzi. Jeździec dawno już nie pamięta, że coś się wydarzyło, a koń dalej ma we krwi wysoki poziom hormonu odpowiadającego za „UCIEKAĆ”. Trzeba mieć to w świadomości. Po zdarzeniu pełnym paniki trzeba dołożyć starań, by reszta czasu spędzona z koniem odbywała się już na niskiej energii. By koń ponownie nie „odpalił” – wg nas z błahego powodu. Trzeba pamiętać, że hormony działają dalej, „nastrój” z poprzedniego wydarzenia dalej jest obecny.

Czułam się, jakbym zdobyła srebrną odznakę. Wszystko to, czego uczyłam się w teorii, zdałam w praktyce. Byłam szczęśliwa, że dogadałam się z Larmandem. Koń to niesamowicie silne zwierzę. Gdyby Larmand nie chciał ze mną gadać, wylądowałabym z nim pod stajnią – pewnie w mało bezpieczny sposób 😊 Nauka jazdy konnej i psychologii konia jest trudna. Łączy się ściśle i nierozerwalnie z psychiką jeźdźca. Gdyby mało było we mnie spokoju, opanowania, gdybym nie była sama psychicznie przygotowana na tę sytuację, stałoby się to, co kilka lat wcześniej: byłabym tylko workiem ziemniaków pędzącym na grzbiecie Larmanda tam, gdzie Larmand chce 😊

PS Polecam Wam książkę „Od człowieka do koniarza” Rick’a Lamb’a – jest tam między innymi opis takiej sceny: obok Ricka siedzącego na koniu, wybuchają petardy. Potem następuje opis co robi Rick, jak sobie radzi, co czuje, co myśli. Gdy to czytałam myślałam: „O cholera! Ja bym chyba umarła ze strachu…”. Ale dzięki Bogu jeszcze żyję i mam się dobrze😊

Cd. „Koń pędzi? Popuść wodze!”

Dzisiaj ciąg dalszy bardzo trudnego i jednocześnie niesamowicie ważnego tematu. Tematu o zatrzymywaniu koni (w sposób „humanitarny”, dobry dla końskiego pyska i psychiki). Ciąg dalszy wpisu „Koń pędzi? Popuść wodze!” (jeśli nie czytałeś, kliknij tu: Koń pędzi? Popuść wodze!).

Jak ja zaczęłam NIE reagować paniką na panikę konia? Jak nauczyłam się reagować miękką ręką, luźnymi nogami, głębokim oddechem na poniesienie konia, szybki galop?

Po pierwsze – uczyłam się tego stopniowo, latami. Najpierw oswajałam SIEBIE z myślą, że koń może ponieść. Dużo czytałam o psychice koni, jego motywacjach, instynktach. Chciałam wiedzieć, dlaczego koń chce pędzić, gdy my sobie tego nie życzymy?. W jakich sytuacjach może chcieć ponieść? Jakie emocje, sytuacje prowokują go do takiego zachowania? I kiedy chce przestać? To kluczowe pytania.

Jeździłam najpierw na spokojnych, „pewnych” koniach. I czekałam na moment, gdy to JA będę gotowa „znieść” bez paniki taką nieoczekiwaną sytuację (poniesienie przez konia). Wiedziałam, że koń będzie wiedział, co czuję, wiedziałam, że jeśli będę spanikowana, to te emocje przeniosą się na konia i na pewno nie pomogą w zatrzymaniu, wyciszeniu. Więc nie rzucałam się z motyka na słońce tylko czekałam… Stopniowo podnosiłam SOBIE poprzeczkę. Pod okiem dobrych instruktorów, w sprawdzonych stajniach, jeździłam na coraz szybszych, energiczniejszych, „trudniejszych” koniach. Uczyłam się oswajać z dzikim pędem, z szybkim galopem, z gwałtownymi reakcjami. Nie było to proste. Ale dawałam sobie czas. Nie próbowałam przyspieszać tego procesu. Cierpliwie dojrzewałam…

Po drugie – pracowałam nad WYROBIENIEM sobie dobrego nawyku zatrzymywania konia. Jak powinniśmy zatrzymywać rozpędzonego konia? Przez ugięcie łba, przez wprowadzanie na koło (i oczywiście dosiadem, naszą energią, spokojem). Koń nie jest w stanie biec, przyspieszać z ugiętym w bok łbem. Uginając łeb i jednocześnie prosząc o odangażowanie zadu (chcemy, by koń krzyżował tylne nogi), uniemożliwiamy mu ruch do przodu, „wyłączamy napęd”. Pomału oduczałam się naszego – ludzkiego – instynktownego sposobu szarpania za wodzie, ciągnięcia. Uczyłam się – w bezpiecznych warunkach – ODDAWAĆ wodze, popuszczać je, obserwować zachowanie konia. Uczyłam się mówić do niego z grzbietu, głaskać, uspokajać. Ćwiczyłam dosiad (o dosiadzie przeczytasz tu: Dosiad – nauka na całe życie 🙂). Poćwicz to na ujeżdżalni!

Po trzecie – pracowałam nad WYCZUCIEM momentu, kiedy to koń chce rzucić się do biegu. Ba! Gdy próbuje POMYŚLEĆ o tym! O wiele prościej zatrzymać konia, który jeszcze się nie rozpędził, nie wystartował. Generalnie dążymy właśnie do opanowania tej umiejętności. Ale wiem – to bardzo trudne na początku (początek może oznaczać kilka lat 😊 ). To wymaga już sporego doświadczenia z pracą z końmi, ze świadomym obserwowaniem ich emocji, ich zachowań, empatii. Mnie obserwacja koni fascynuje. Wczucie się w ich emocje to jedna z najcudowniejszych rzeczy w jeździectwie. Mam nadzieję, że uważasz podobnie 😊

Najważniejszą lekcję: „odpuść wodze!” dostałam od Larmanda (kto to jest Larmand, przeczytasz tu: Larmand i ja i rok 2020). Gdy Larmand pierwszy raz poniósł (na środku łąki zdecydował, że szybciutko wracamy do stajni), spięłam się, zaczęłam przytrzymywać wodze. Larmand zaczął „walczyć” ze mną i z wędzidłem, a ja z nim. Wpadł w emocje, w stan walki i pobudzenia. A ja razem z nim. Długo ta łąka kojarzyła mi się z bijącym sercem, ze strachem. Ale pomału wracaliśmy na nią, „ćwicząc” emocje w stępie i w kłusie oraz ćwicząc wyczuwanie momentu „chciałbym biec”.

Tam z boku jest nasza łąka 🙂
Larmand w całej krasie

Po jakimś czasie – gdy już byłam gotowa – sprowokowałam „poniesienie”, czyli szybki powrót w stronę stajni 😊 Tym razem zareagowałam kompletnie odwrotnie: oddałam wodze, rozluźniłam się, uśmiechnęłam pod nosem, oddychałam i… poczułam tę magię, tę potężną różnicę. Larmand sam w połowie łąki przeszedł do kłusa. Bez walki, bez napięcia, bez emocji „PANIC” (co to jest? Przeczytaj tu Nauka koni przez ciekawość i zabawę). Oddanie wodzy czyni cuda!

To działa. Polecam! Tylko pamiętaj – wszystko w swoim czasie, zgodnie z TWOIMI emocjami i TWOJĄ psychiczną gotowością 😊

PS Pamiętaj, że są konie, które o wiele lepiej zachowują się bez wędzidła. To konie, które mają złe doświadczenie z wędzidłem. To konie, które są spokojniejsze, łatwiejsze do opanowania na kantarku. Tu chodzi o psychikę konia, o wyciszenie jego złych doświadczeń, odbudowanie zaufania do człowieka. Dokładnie takie zachowanie obserwujemy u Ariki (czyli u konia, z którym ćwiczy moja córka Julia, a której historii nikt nie zna, wiem tylko jedno, że nie była to łatwa historia). Przy wyższych chodach (kłus, galop), przy większych emocjach, jakakolwiek presja na pysku wywołuje w Arice strach, panikę i chęć ucieczki. Tylko kantarek na tym etapie ich relacji jest możliwy.