Porady rajdowe – część IV (co gdy leje 6 godzin?)

Tak… Po ostatnim rajdzie – gdzie padał deszcz, śnieg, gdzie temperatura wahała się od -1 do 25 – myślałam, że już wszystko wiem. (link do wpisu tu: Porady rajdowe – cześć III (co gdy temperatura waha się od 25 do -1?) Wiem już, jak się przygotować, by się nie ugotować, by nie zamarznąć, by nie zmoknąć, by… I znowu dostałam lekcję pokory. Lekcja pokory przyszła podczas czerwcowego rajdu na Jurę Krakowsko- Częstochowską, kiedy to zlało mi dupsko doszczętnie, kiedy to woda chlupała w butach, kiedy chłód zaglądał mi w (dopiszcie sami co 🙂 )

Co poszło nie tak??

Po pierwsze – zawierzyłam za bardzo prognozie pogody. Oczywiście miał być deszcz, ale przelotny. Miały być chmury, ale i dużo słońca. Wyobrażałam sobie zatem, że, oczywiście, trochę nas zleje, ale zaraz się wysuszymy.  Przecież w końcu jest czerwiec i temperatura 20 stopni! Nawet gdy zmokniemy to zaraz ogrzejemy się w promieniach słońca.

Po drugie – ubiór, który miał zadziałać, nie zadziałał.

Zatem – sprostowanie do wpisu „Parady rajdowe – część III…”

To ponczo  jest dobre, ale nie na 3-6 godzin ciągłego deszczu.

DCIM100GOPROGOPR4839.JPG

Przemokło, a pod nim przemokła moja bluzka. Na szczęście jechałyśmy (na rajdzie byłam z córka Julią) w kamizelkach ochronnych – piankowych, które wspaniale sprawdziły się w roli „dogrzewaczy”. POLECAM!! Gdyby nie ten dogrzewacz i „owca”… umarłabym.

Kolor owcy nie ma znaczenia :)))

Pamiętaj – nie ważne czy jest 16 czy 18 czy 20 stopni. Jak zmokniesz do majtek, to będzie Ci zimno! Bardzo zimno (no dobra – są ludzie, którzy nie marzną. Nie wiem co im w żyłach płynie…) Sytuacja u mnie była o tyle trudniejsza, że jechałam na koniu 1,7 w kłębie – na kochanym Olku. Razem z Olkiem, tworzyliśmy wysokość około 3 metrów, ściągając z drzew, liści, całą wodę na siebie 🙂

A propos „owcy”. Popularna na rajdach „owca” – czyli skóra barania – jest niezastąpiona. Przekonałam się o tym na własnej skórze. Owca nie nasiąka wodą, a przynajmniej nie w ciągu 6 godzin (moja nie przemokła). Nawet wilgotna owca grzeje! (owce to mają dobrze 🙂 ). Na rajdzie, pewne odcinki trasy, pokonywaliśmy pieszo. Wtedy zwijałam owcę w wałek i niosłam pod pachą. Gdy wsiadałyśmy na konia, rozkładałam owcę na siodle. Mimo mokrych leginsów, majtek, owca za chwilę zaczynała grzać, wywołując powrót uśmiechu na twarzy.

Z owcą związana jest pewna anegdota. Ale zacznę od początku. Rajd na Jurę Krakowsko- Częstochowską był rajdem rodzinnym – w praktyce  – rajd Mam z córkami (15 bab na koniach przemierzających piękny kawałek Polski!)

Jak jechałyśmy to końca „ogonka” nie było widać

Komunikacja, w tak licznej grupie, przebiegała zatem na zasadzie głuchego telefonu. Ktoś  z przodu, podawał informację do osoby za sobą, i tak łańcuszkiem do ostatniej osoby. Lub odwrotnie.

Galopujemy, galopujemy. Rozkoszuję się wspaniałymi fulami największego konia w stajni, moje myśli odlatują wysoko! Cieszę się jak dziecko! Pędzę, wiatr we włosach!…I słyszę za sobą „STOP!! Ula spadła!”. Podaję szybko do przodu: „STOP!! Ula spadła!”. Nasza Przodowniczka hamuje, zawraca, pędzi galopem  z powrotem chcąc ratować Ulę i…. co słyszy? „Skóra spadła!”. Wiecie czyja skóra? Moja :)))))) Przodowniczko Magdaleno! Tu w tym miejscu, oficjalnie, jeszcze raz, przepraszam za zatrzymanie całego zastępu podczas wspaniałego galopu.

Z tej rozkoszy zapomniałam, że mam owcę pod tyłkiem, a żeby szybciej galopować, i by koniowi było lżej, zrobiłam półsiad. Owca to wykorzystała i zeskoczyła z siodła 🙂

Tak, to jedyna wada owcy – że lubi wykorzystać moment zapomnienia się jeźdźca i zeskakuje, bez pozwolenia, z konia 🙂

Kontynuując sprostowania do wpisu „Parady rajdowe – część III…”

Buty – jak to się stało, że buty przemokły? Z głupoty 🙁 Dalej podtrzymuję opinię, że nie ma to jak buty górskie na rajdzie. ALE trzeba zadbać, by OD GÓRY nie naleciała woda. Owszem, miałam czapsy, owszem nachodziły na buty, ale w pewnym momencie suwak lekko się odpiął i między czapsami a butem powstała mała dziurka. A przez tą dziurkę, kap, kap…Wystarczyło, by za pół godziny mieć szklankę wody w butach.

POLECAM – zamiast czapsów na suwak –  takie oto stuptuty trekingowe (np dekathlonowe)

A tak! Mam takie. Dlaczego nie wzięłam? Nie pytajcie…

Na ten rajd założyłam zwykłe, bawełniane leginsy. BŁĄD. Powinnam była założyć spodnie górskie, nieprzemakalne, jak na poprzednim rajdzie. Tyłek byłby suchy.

A co w zamian za ponczo? Cóż. To zapytanie do Was. Co radzicie na CAŁY dzień deszczu? Pomóżcie! Wg mnie, gdybym miała pod ponczem kurtkę wodoodporną, to ta podwójna ochrona, zadziałałaby. Tylko czy nie ugotowałabym się? Podczas stępa nie, ale podczas galopów, czy kłusów pewnie tak 🙂 Z dwojga złego wybrałabym ugotowanie się.

Lubię lekcje pokory. Bez nich człowiek nie rozwijałby się. Zatrzymałby się w poczuciu własnej świetności i mądrości 🙂

Rajd był udany! Bardzo! W sumie, na 3 dni rajdu, przypadł tylko jeden dzień pełny deszczu. To dobra statystyka. A wiecie jak smakuje ciepły posiłek i ciepły prysznic po dniu pełnym deszczu i chłodu? Niezastąpione wrażenia. Cieszę się, że mogłam to przeżyć z Julką 🙂 To ważne chwile. Nie mniej ważne, niż podziwianie wspaniałych widoków.

Kocham rajdy – to moment, gdy mam konia „na własność”. Na całe dnie, wieczory, poranki. Uwielbiam rano obserwować konie, patrzeć jak funkcjonują w stadzie. Podejść do „mojego’ – przytulić, porozmawiać. Tak bez pośpiechu, z głową nie zajętą innymi myślami. To momenty na głębszą relację z koniem, na wiele obserwacji.

 

DCIM100GOPROGOPR4988.JPG

Poniżej kilka fotek z wyprawy a na vblogu filmiki z rajdu – polecam!

Kliknij tu by przejść do vbloga Videoblog

Czerwiec to czas, gdy żyto, pszenica dojrzewa

Jura to też drzewa iglaste i piaszczyste tereny

To Pustynia Błędowska (galopy na vblogu)

DCIM100GOPROGOPR4973.JPG

To piękne Zamki (Zamek w Ogrodzieńcu)

Pozdrawiamy razem z Olkiem! Do następnego razu!

Ela Gródek

Kucyk Wacław i Julia

Wacław – kucyk, z którym Julia ćwiczyła od ponad roku, urozmaicając mu czas, znalazł nowego właściciela i… odjechał. Wacław „współtworzył” przystajenne mini zoo. Wcześniej pracował w rekreacji, ale nie spełniał się w tej roli. Nie znałyśmy „tamtego” Wacława. Słyszałyśmy tylko, że potrafił być „niegrzeczny”. Stop! Raz miałyśmy okazję zobaczyć Wacława w akcji.  Ala wzięła Wacława na przechadzkę po ujeżdżalni. Wacław po 3 minutach odwrócić się na pięcie i…zwiał z ujeżdżalni przeskakując „zamykającą” ujeżdżalnie linkę. Podczas lonżowania potrafił strzelać z zadu do lonżującego. Na ujeżdżalni „wywoził” biednych adeptów i zrzucał… dość często.

Kiedy Julia powiedziała mi, że chciałaby ćwiczyć z Wacławem, wiedziałam, że będzie to wyzwanie. Wyzwanie dla Wacława i dla Julii. Wyzwanie, które mogło się nie udać. Wiedziałam, że Julia musi zmienić dużo w tym jak Wacław postrzega człowieka. Ta relacja człowiek-koń była do naprawy. Tak jak żaden jeździec nie powinien próbować „naprawić” konia batem, tak żaden koń nie powinien kopać w stronę człowieka. Jeśli tak się dzieje, to znaczy, że coś tu trzeba odpracować…z obu stron.

Dla Julii, czas z Wacławem, to był wspaniały czas. Czas ogromnej nauki – od niego, od Wacława. Czas nauki wrażliwości, wyczucia, „timingu” (reagowania na czas), relacji, ale i pewności siebie, stawiania granic. Julia zaczęła pracę z Wacławem od pracy z ziemi na kantarku, a skończyła na wyjazdach w teren na oklep. Okrągły rok… Długo? Nie. Przy koniach czas staje, przy koniach czas się nie liczy.Przy koniach czas procentuje.

Dla mnie – dla Mamy – było to bardzo ważne, by ta obopólna nauka, była bezpieczna. Było to możliwe, bo Julia dała Wacławowi ( „problematycznemu” zwierzęciu) dużo czasu, nie czekała na szybkie efekty,  satysfakcjonowały ją małe postępy.

Cieszyłyśmy się z każdego kroczka, z każdego małego sukcesu! Wspólnie. O tak! Wacław próbował „odpuścić” sobie lonże i zwiać, próbował kopać w stronę Julii, próbował wyrywać się i pójść własną drogą. Początki nie były różowe.

Julia nie używała bacika. Jeśli używała, to tylko by pokazać kierunek, pomóc w wyrażeniu o co jej chodzi. Pamiętam, jak pierwszy raz wzięłam Wacława na lonżę. Wzięłam carrot-sticka (długi bacik). Na sam jego widok Wacław zaczął biec szybkim kłusem, takim wręcz panicznym, a w oczach pojawiły się białka. Od tego momentu widziałam, że bacik kojarzy się Wacławowi ze zbyt silną presją. Jeśli Julia chciała odbudować pozytywną relację człowiek-koń musiała zrezygnować z bata lub pomalutku odczarować go. Nadać mu nowe znaczenie (wskazujące). Julia za to stosowała wiele, wiele pochwał, nagród na każdym kroku (pochwały były słowne :”Super”, „Tak”!!, „dotykowe” – głaskanie. Pochwałą było też zdjęcie presji – zakończenie zadania, nie wymaganie nowej rzeczy, puszczenie wolno).

Bez Szkoły Dla Prawdziwych Koniarzy na Zaczarowanym Wzgórzu, gdzie Julia uczy się już trzeci rok, ta przygoda nie byłaby możliwa. Julia nie byłaby gotowa na tą przygodę.

Lubiłam patrzeć na Julię i Wacława. Tak bardzo mnie cieszyło, że Julia odnajduje pasje nie tylko w skokach na metrowych przeszkodach, ale i w byciu z koniem, pracy z nim, czasami u podstaw.

Wacław – bardzo Ci dziękujemy! Niech Ci się wiedzie!

A teraz kilka zdjęć i filmików – na pamiątkę 🙂

Julia wiele miesięcy pracowała z ziemi. Na lonży i na wolności – w hali. Aby Wacław nie myślał o ucieczce 🙂 Wiecie – konie są bardzo mądre! Raz, drugi ucieknie, nie ma konsekwencji, nowa „umiejętność” zostaje utrwalona i można cieszyć się wolnością!

Praca na hali miała za zadanie przekonać Wacława do człowieka. Z człowiekiem może być miło, fajnie!

 

Potem przyszedł czas na jazdę pod jeźdźcem. Powooooli, spokojnie. Po kilka kroków. Pamiętając, że Wacław naprawdę długo nie miał nikogo na grzbiecie. A jak miał to może nie do końca mu się to dobrze kojarzyło?

Przyszedł czas na wędzidło i siodło.

I pierwszy galop. Ojjjj to były już większe emocje! Ale zaczynając od kilku kroczków, chwaląc szczodrze, wynagradzając, Wacław doszedł do wniosku, że nie ma po co się buntować 🙂

Na cordeo?  Dlaczego nie?

A potem przyszedł czas na pierwszy teren – z ręki, z ziemi. Jak Wacław będzie reagował? Czy będzie się płoszył? Wyrywał do stajni?

A potem teren na wędzidle i w siodle,

a potem na oklep.

A potem na oklep i ze skokami.

A potem miało być na kantarku, na cordeo…Ale historia się urwała.

Ale nie skoczyła. Wacław będzie miał spokojne życie – a my zawsze możemy go odwiedzić 🙂

PS Pamiętajcie – nie ma zły koni, niegrzecznych, wrednych koni. Są tylko konie z którymi człowiek się nie dogadał, którym nie dał wystarczająco czasu.

Dziękujemy Stajni Na Zielone za zaufanie

Ela Gródek

*uzupełnienie z dnia 16 czerwca 2020

Po moim wpisie o Wacławie (przypis autorki:  patrz wpis powyżej), kilka osób zadało mi pytanie: czy Wacław mógłby wrócić do rekreacji? Zacznijmy od tego, że Wacław czasem miał ataki kaszlu na ujeżdżalni (reakcja na pył, kurz) co dyskwalifikowało go jako kandydata do regularnych, codziennych, jazd w rekreacji (Julia bywała u Wacława raz w tygodniu i mogła dostosować ćwiczenia do formy kucyka).

Ale załóżmy, że Wacław byłby w pełni sił.

To ja postawię, w tym momencie, inne, bardziej generalne pytanie. Czy wszystkie konie nadają się do rekreacji, sportu?

Nie, nie wszystkie. Niektóre konie nie mają odpowiedniej psychiki, by znosić wszystko to, co człowiek (ucząc się jeździć) wyprawia. Tak! To sama prawda! Ty i ja – stawiając pierwsze kroki w jeździectwie (i może wiele kolejnych) robiliśmy straszny zamęt w głowie konia. Wysyłaliśmy tysiąc sprzecznych komunikatów i oczekiwaliśmy jednego – znanego tylko nam – rezultatu 🙂

Mówi się w jeździectwie „o koniu jednego jeźdźca”. Wg mnie Wacław był właśnie takim koniem. Ale to też temat na oddzielny wpis. Na pewno interesuje Was, czy koń rodzi się „koniem jednego jeźdźca”, czy się nim staje?

Szacunek dla tych stajni, które sprzedają takiego konia „jednemu jeźdźcowi” (znam wiele takich stajni) lub fundują dożywotnią emeryturę.

Teraz Wacław odpoczywa na takiej właśnie emeryturze …i mam nadzieję, ma same dobre wspomnienia z pracy z człowiekiem 🙂

PS A jak sprawdzić czy koń lubi z nami być? Czy udało nam się nawiązać z nim pozytywną relację? Najprościej? Iść po niego na padok i poczekać. Jeśli odwróci się do nas zadkiem i odejdzie żwawo, to znaczy, że musimy jeszcze trochę popracować 🙂 Myślę, że ten wątek rozwinę w kolejnym wpisie, bo chciałabym Wam jeszcze o czymś opowiedzieć.

Instynkt koński – nieustępowanie na nacisk

Dzisiaj na blogu w ramach kategorii „O naturze końskiej” fragment z książki „Jazda konna? Naturalni! Co ten koń sobie myśli?”( O książce ) z I rozdziału „Koń – co to za zwierzę? O naturze końskiej”.

Temat niesamowicie istotny. Zrozumienie go, to jedno z najważniejszych zadań dla jeźdźca.

„Wyobraź sobie biegnącego wilka. Wilk atakuje konia, wbija kły w jego podbrzusze. Co, według Ciebie, dzieje się dalej? „To jasne! Koń czym prędzej wyrywa się i ucieka!”.

Pudło! Błędna odpowiedź! Jeśli by tak zrobił, kawał jego ciała zostałby w paszczy wilka… Koń z taką raną miałby małe szanse na przeżycie.

„To co w takiej sytuacji robi koń?” – zapytasz. Koń naciska na źródło bólu. Napiera całym swoim ciężarem na paszczę wilka, który pod naporem otwiera szczęki, puszcza skórę i mięśnie. Dopiero wtedy koń rzuca się do ucieczki. Wtedy ma szanse na przeżycie. Czyż Matka Natura nie jest genialna?! Sama nigdy bym na to nie wpadła. Koń robi coś, co nam wydaje się kompletnie nielogiczne! Pomyśl, jak reagujesz, gdy czujesz nacisk, ból na skórze? Instynktownie odsuwasz się, odskakujesz. Prawda? Instynktownym zachowaniem człowieka jest ucieczka od źródła bólu. To taka reakcja leży w naszej naturze, dlatego tak trudno nam zrozumieć reakcję nacisku konia na źródło bólu.

Ta cecha konia jest bardzo widoczna w wielu sytuacjach w stajni. Na pewno zdarzyło Ci się pchać konia, który – zamiast ustępować, odsuwać się – odpowiadał naciskiem, naporem na Twoją rękę (zdjęcie powyżej). Pewnie byłeś zdziwiony, a nawet wystraszony, gdy zamiast się usunąć, o mało nie stanął Ci na nogę! Nie jest to miłe uczucie – zwłaszcza gdy stoisz między ścianą boksu a koniem. Pamiętaj jednak, że nie jest to zachowanie ani złośliwe, ani mające Cię przestraszyć. Tak właśnie działa instynkt konia – nieustępowanie na nacisk.

Zamiast pchać konia, spróbuj dawać mu tylko impulsy. Zamiast stałego nacisku, wybierz krótkie, pulsacyjne, delikatne szturchnięcia.

Również pulsacyjnymi ruchami powinniśmy działać na wędzidło, gdy chcemy zatrzymać konia, lub kantar, gdy chcemy, by koń opuścił głowę. Jeśli ciągniemy wodze, wędzidło naciska na pysk konia (a kantar na potylicę). Koń odpowiada tym samym – próbuje naciskać na wędzidło, wyciągając głowę do przodu (lub na kantar zadzierając, podrzucając głowę do góry). Nie jest to komfortowa sytuacja ani dla jeźdźca, ani dla konia…”

Po przeczytaniu tego fragmentu mogła nasunąć  Ci się myśl: „Ale jak ja przesuwam konie, to one grzecznie ustępują. Jak pociągnę za wodze, to większość koni zatrzymuje się. To jak to w końcu jest?”. Masz rację – niektóre konie, grzecznie i natychmiast, usuwają się, jeśli je pchamy, oraz zatrzymują się, jeśli je ciągniemy za wodze. Wiesz dlaczego? Bo człowiek je tego nauczył. Konie – szczególnie w rekreacji – powinny być dobrze „ułożone”, powinny umieć ustępować od nacisku. Tego uczą je trenerzy. To jest podstawa bezpieczeństwa. Natomiast musisz o tym wiedzieć, że jednak NIE KAŻDY koń jest wyuczony. Co ważniejsze – w momencie paniki, strachu, nawet wyuczony koń, może zapomnieć o tym, co go człowiek nauczył! W momencie paniki, strachu INSTYNKTY biorą górę!*

Wyobraź sobie, że jesteś w terenie, albo na ujeżdżalni. Koń się spłoszył i zaczyna pędzić do przodu. Nie myśli! Chce tylko uciec. A Ty „zakleszczasz” się na wędzidle, ciągniesz z całych sił, wywołując ogromny nacisk w pysku konia. Koń na tej nacisk, na ten ból, odpowiada naciskiem i jeszcze bardziej gna do przodu, wprawiając Cię w wielkie zdziwienie i przy okazji strach…

Wiem jak to działa – zaczynając jazdę konną – nie mając tej wiedzy, reagowałam dokładnie tak jak Ty!

W rekreacji miałam możliwość wielokrotnie jeździć na koniach „do przodu”. Koniach, które łatwo rozpędzały się, chciały gnać. Ostatnią rzeczą, którą jeździec powinien robić, to ciągnąć takiego konia za wędzidło. Jeśli koń pędzi do przodu i „wiesza” się na wędzidle, to możemy hamować go wprowadzając na koło, uchylając jego łeb, lekkimi impulsami działać na wędzidło. I przede wszystkim: uspakajać go głosem, przekazywać mu swój spokój, swoje opanowanie.

Wiesz co? Jak jeszcze nie zdawałam sobie sprawy jak działa instynkt nacisku na źródło bólu (i że w ogóle istnieje), to wiele razy, na drugi dzień po jeździe (na koniu „do przodu”), miałam ogromne zakwasy w ramionach. Ciągnęłam tak mocno za wodze, że aż mnie potem bolały mięśnie na placach i ramionach!  Ciągnęłam ja i ciągnął koń. Zamknięte koło.

A można zupełnie inaczej – gdy tylko człowiek wie 🙂 Gdy tylko zrozumie.

Lekka ręka – jak to się często mówi w jeździectwie – to absolutna PODSTAWA. Znajomość natury końskiej to absolutna PODSTAWA.

*więcej na temat znajdziesz we wpisie Koń to panikarz i klaustrofobik oraz Koń to zwierzę uciekające

PS I Przepraszam wszystkie konie za wszystkie „te” lekcje ze mną bez lekkiej ręki, za ból, dyskomfort, który Was sprawiłam.

Inne wpisy na temat natury końskiej znajdziesz tu:  http://jazdakonnanaturalnie.pl/category/o-naturze-konskiej/

Ela Gródek

Zapał młodego jeźdźca

Olga. Moja trzecia córa (7 lat). Na początku nie chciała jeździć konno. Konie ją przerażały. Ok. Nie ma sprawy. Jazda konna nie jest dla wszystkich. Chodziła ze mną czasem do stajni. Rozmawiała z daleka z Larmandem, z innymi końmi. Z dystansem. Dystans zmniejszał się. Zaczęła pomagać w czyszczeniu koni (najbardziej lubi czyścić kopyta) i pewnego dnia poprosiła o jazdę.

Od 2 miesięcy regularnie ćwiczy jazdę konną.  Zaczęłyśmy od jazd na lonży, bez siodła, na oklep. Na początku chodzi przede wszystkim o złapanie równowagi, „poczucie” konia, o kontakt z nim, oswojenie się z byciem na grzbiecie. Im mniej mamy do opanowania (strzemiona i wpadające tam nogi, wodze, prowadzenie itp.), tym lepiej. Wbrew pozorom, uwaga początkującego jeźdźca (zarówno dziecka jak i dorosłego!) nie jest podzielna. Sam fakt „bycia” na końskim grzbiecie, który się rusza, przyspiesza, zwalnia itp., pochłania niesamowicie dużo uwagi. Czasem instruktorzy o tym zapominają. Wydaje im się, że dziecko nie słucha (ich uwag, poleceń). Dziecko słucha, ale nie słyszy 🙂

Równocześnie wraz z praktyką weszła teoria – czyli wieczorne czytanie „Jazdy konnej naturalnie! Co ten koń sobie myśli?”- o koniu, jego instynktach, zachowaniach. Dla mnie to niesamowity moment. Książkę pisałam z myślą o Julii i Ali – a teraz czytam ją Oldze!

Po pewnym czasie, na ujeżdżalni, dodałam pracę w siodle – opanowanie strzemion i kłusa anglezowanego. Kłus anglezowany wcale nie jest taki prosty. Patrząc na Olgę,  zaśmiewałam się pod nosem! Olga- mały worek starający się wpaść w rytm konia. Jakie były moje pierwsze wrażenia z jazdy kłusem anglezowanym? Naprawdę było to aż tak trudne? 🙂

W siodle można ćwiczyć stójki i półsiady, dodawać skłony. To niezbędne ćwiczenia na równowagę. (więcej o ćwiczeniach na koniu przeczytasz w książce O książce). Zanim Olga dostanie w ręce wodze, z wędzidłem w pysku konia, musi popracować nad swoją równowagą, niestabilną ręką.

Ale przejdźmy do sedna. O czym chciałam Wam dzisiaj napisać? Olga, jak każde dziecko, po niedługim czasie, uznała, że ciągle robimy to samo. Chciała czegoś nowego! Od sióstr wiedziała, że one galopują. Już na drugiej lekcji chciała galopować 🙂 To brzmiało ekscytująco! Mając dość tłumaczeń, że jeszcze za wcześnie, że jeszcze nie jest gotowa, po jakimś czasie, pozwoliłam na krótki galop. I co? Teraz już nie prosi 🙂 Galop okazał się o wiele trudniejszy niż sobie wyobrażała. To naprawdę inna energia! Olga poczuła strach, poczuła brak kontroli, panowania. Dobrze znam ten strach.  Pokonywałam go stopniowo przez kawał mojego końskiego życia 🙂 Dobrze więc znam te uczucia i myśli.

Olga nie prosi już o galop i nie prosi też o samodzielną jazdę. Nie chce, bym odpięła lonżę (poczuła na własnej skórze również bryknięcie konia). Kupę czasu upłynie zanim będzie na to gotowa – gotowa nie fizycznie, ale  psychicznie. Jazda konna nie jest łatwa. Rodzicu – musisz o tym wiedzieć.  Gdybym sama tego etapu nie przeszła, nie wiedziałabym i nie dzieliłabym się tym z Tobą.

Na szczęście teraz wiem i nie będę niczego przyspieszać! A niech kłusuje jeszcze przez kilka lat!

PS Wspaniałym urozmaiceniem lekcji są elementy woltyżerki. Zadziornie zawsze pytam Olgę „Olga to jak? Galopujemy?” A ona na to „A może już woltyżerka?”. Ze śmiechem na ustach ściągamy siodło i przechodzimy do najfajniejszej części w treningu z koniem 🙂

 

Kto nie lubi jazdy do tyłu?

Lub „martwego Indianina”?

Na zdjęciach Felicja ze „Stajni na Zielonej”. Najcudowniejszy kucyk na ziemi!

Porady rajdowe – cześć III (co gdy temperatura waha się od 25 do -1?)

O rajdach już trochę pisałam:

Pisałam o tym jak generalnie jest na rajdach, co mnie w nich urzekło (Rajd konny część I – Wrażenia) i o tym jak przygotować się do rajdu, czyli o rajdach od strony praktycznej (Rajd konny; część II – Porady rajdowe ). Pisałam też o tym, jak się jeździ, gdy temperatura dochodzi do 30 stopni, a komary nie dają żyć 🙂 (Rajd z komarami w plażową pogodę 🙂 Porady rajdowe) oraz o rajdzie z pławieniem koni (Rajd z pławieniem koni)

Dzisiaj krótko o rajdzie gdzie temperatura wahała się od 25 stopni do minus 1. Jak się ubrać? Jak przetrwać??

Generalnie unikałam rajdów w „niepewnym” pogodowo czasie – późna jesień, wczesna wiosna. Jestem z tych co marzną. Nienawidzę uczucia chłodu. Bałam się, że będę marznąć i że chłód odbierze mi całą przyjemność rajdowania. Najlepiej czuję się, gdy jest 30 stopni. Ale… w Polsce nie ma „pewnych” terminów, pewnej pogody. Niemiłe niespodzianki mogą zdarzyć się w każdym z 12 miesięcy. Zatem nie ma dobrych i złych miesięcy na rajdowanie.

Nadszedł czas. Odważyłam się podnieść rękawicę. Prognozy pogody pokazywały, że pierwszego dnia rajdu będzie 20 stopni (=czyli w słońcu 25), drugiego trochę chłodniej, trzeciego deszcz i 10 stopni, a czwartego -1 i śnieg. Szczerze? Miałam nadzieję, że prognozy się nie spełnią 🙂

Tak grzało słońce i takie było niebo pierwszego dnia.

Takie konie siodłaliśmy trzeciego dnia w tzw „luce” między jednym opadem deszczu a drugim. Jak widzicie, Jula ma minę nietęgą 🙂

A tak wyglądał dzień czwarty 🙂

Okazało się jednak, że NAPRAWDĘ, to co mówią starzy rajdowcy jest prawdą – grunt to odpowiednio się ubrać. I udało się nam! Duma tym większa, że udało się to osiągnąć, nie uszczuplając domowego budżetu na kupowanie specjalnych ubrań jeździeckich na niepogodę, i nie obciążając konia ładując dodatkowe tony ubrań.

W sakwach i torbie za siodłem miałyśmy zmieścić wszystkie ubrania na 4 dni, śpiwór, karimatę, wodę i posiłek na 1 dzień. Wszystko maksymalnie lekkie, by nie obciążać dodatkowo koni.

Oto osiodłany koń – dwie, nieduże sakwy po bokach (wypchane polarami, wodą, jedzeniem, kubkiem) i …

i tzw „banan” na tyle (nieprzemakalny worek 25 l – taki jaki kupuje się na kajaki, łódkę) wypchany śpiworem, karimatą, ubraniami.

Co ubrałyśmy, że nie zmokłyśmy, nie zmarzłyśmy i … nie ugotowałyśmy się?

Dzień pierwszy  – piękne słońce, temperatura 20 stopni, w słońcu 25. Jedziemy na krótki rękaw (lub w cienkiej bluzce z podwiniętymi rękawami) i w bryczesach. Na nogach buty górskie – skórzane, oddychające.

Dzień drugi – trochę wieje, chłodniej. Wyjmujemy pierwszy polar. Tyle wystarczy. Reszta bez zmian.

Dzień trzeci – leje! Leje od rana, temperatura spada do kilku stopni. Wyjmujemy drugi polar i nieprzemakalne spodnie (zwykłe, do górskich wycieczek). Spodnie zakładamy na bryczesy. Ważne, by na takich „podwójnych nogawkach” dało się zapiąć czapsy. Czapsy są naprawdę niezbędne na rajdach – między innymi nie nalewa się woda do butów 🙂 ).

Spodnie kupiłam kiedyś za 200 zł – firma Catmandoo. Bardzo polecam. Idealne w góry i na konie 🙂

Zakładamy deszczówkę. Tylko błagam nie taką !!!

Nie mogłam trafić gorzej – ponczo rozerwało się po drugim dniu… (mimo, że „made in Germany”)

Polecam to:

80 zł – Dekathlon – idealna deszczówka. Chroni bardzo dobrze przed wiatrem i deszczem. A momentami lało naprawdę solidnie!

Zakładamy rękawiczki – i w tym punkcie warto się zatrzymać. Julia wzięła grube, zimowe, jeździeckie rękawiczki (Dekathlon), ja zwykłe, narciarskie – ale nieprzemakalne.

W pewnym momencie zauważyłam, że Julia ucichła, jakby posmutniała. Pytam „Wszystko dobrze? Nie jest Ci zimno?” „Nie, tylko ręce mi zmarzły” – odpowiedziała.  Już wiedziałam, że „tylko ręce mi zmarzły” oznaczało „jest mi naprawdę zimno i źle”.

Nie macie pojęcia jak można zmarznąć „od rąk”!  Zimno od mokrych, przemarźniętych dłoni, rozchodzi się po całym ciele i zaczynasz czuć się fatalnie. Dzięki temu, że jedna z nas miała ciepłe, nieprzemoknięte rękawiczki (narciarskie), przeżyłyśmy 🙂 Wkładałyśmy je na zmianę, by się ocieplić.

Z reguły bardzo marzną mi nogi – górskie buty zdały egzamin idealnie. Nie założysz przecież termo-butów, gdy jest 25 stopni w pierwszym dniu!

Dzień czwarty – przymrozek, śnieg, deszcz ze śniegiem. Wkładamy drugie skarpety. Reszta bez zmian. Idealnie!

Kilka filmików rajdowych obejrzycie tu Videoblog

Słońce, deszcz, znowu słońce, wiatr, deszcz, śnieg. Co jeszcze ??? Wydawałoby się, że przy takiej pogodzie nie ma mowy o przyjemności z rajdowania. O jak bardzo się myliłam! Wręcz przeciwnie. Miałam wrażenie, że wszyscy rajdowicze, przeżywając razem pogodowe przygody, jeszcze bardziej zżyli się ze sobą i jeszcze bardziej cieszyli się z każdej chwili. Żarty nie miały końca. Ponadto, jak człowiek wtedy docenia ciepły posiłek wieczorem, ognisko, ciepło pieca w chacie, promyk słońca na postoju! Podobało mi się!  Naprawdę.

Już się nie boję pogody! Jak to mówili inni rajdowicze „Pogoda jest, i jest stabilna” 🙂 I w niczym nie przeszkadza.

Poniżej kilka fotek z pięknych plenerów – dla rozbudzenia Waszej tęsknoty za rajdowaniem 🙂

 

Zdjęcia – te najładniejsze autorstwa Natalii Sobockiej.