Niepożądane zachowania koni a wrzody żołądka

99% wpisów na tym blogu jest mojego autorstwa. Piszę o moim doświadczeniu w pracy z końmi, o mojej drodze do opanowania nowych umiejętności w jeździectwie. Piszę o koniach, ich zachowaniach, naturze. Przekładam to co już inni odkryli (to co zobaczyłam na kursach, warsztatach, wyczytałam w książkach, artykułach) na język nieekspercki, prosty, na język zwykłego jeźdźca. To blog dla początkujących, średniozaawansowanych i dla zaawansowanych, którzy myślą, że są zaawansowani ale ich koń (lub konie na których jeżdżą) nie podziela tego zdania :))))

Dzisiaj wstawiam tekst nie mój. Ale jak się okazuje, tekst, który bardzo mnie dotyczy. I Ciebie też. Kiedyś myślałam, że choroby koni, karmienie koni mnie nie dotyczą. Bo nie mam konia i na razie nie zamierzam mieć. Niestety nic bardziej mylnego. Choroby wpływają na zachowanie koni, a skoro BARDZO mnie INTERESUJĄ zachowania koni, i ich PRZYCZYNY to, jak się okazuje, muszę zgłębiać też choroby koni, ich przyczyny i skutki.

Tekst jest o wrzodach żołądka koni. Niestety sposób w jaki obecnie hoduje się konie, sposób żywienia koni oraz stresy jakie fundujemy tym zwierzętom, powodują, że wrzody są coraz bardziej „popularne”. Wiele niepożądanych zachowań koni wynika właśnie z tej choroby. Niestety często przypisujemy je kompletnie innym przyczynom. Udostępniam ten tekst – może przyniesie odpowiedź wielu z nas 🙁

Warto przeczytać!

„Nie będzie to post typowo naukowy, więc przypuszczam, że może budzić kontrowersje. Tym razem chciałabym podzielić się z Wami swoim czysto subiektywnym doświadczeniem, które zdobyłam dzięki moim klientom i ich koniom. Uważam, że tak zdobyte doświadczenie jest cenniejsze, niż te które wyczytałam z książek lub zdobyłam na szkoleniach. Baczna obserwacja, wrażliwa palpacja i otwarty umysł to trzy rzeczy, którymi kieruję się w swojej pracy od samego początku i które czasem potrafią doprowadzić mnie do tego co niezbadane. Niemniej jednak dokumentacja medyczna moich podopiecznych dowodzi, że mój prototyp konia wrzodowego, który samodzielnie opracowałam w przeciągu tych kilku lat praktyki zawodowej trochę w oparciu o to co jest powszechnie znane, trochę na podstawie wyłącznie własnych doświadczeń, okazuje się być słuszny. Co więcej, spotkałam się z opiniami kolegów po fachu, którzy mają dokładnie takie same odczucia jak ja. Oczywiście w poście będę nawiązywać wyłącznie do tych koni, u których moje przypuszczenia zostały potwierdzone badaniem gastroskopii. Temat wrzodów jest ostatnio na tapecie. Według mnie słusznie, bo statystyk, które mówią, że 90% koni ma wrzody nie da się oszukać. Spotkałam się z twierdzeniem, że konie dzieli się na trzy grupy: konie wrzodowe zdiagnozowane, konie wrzodowe niezdiagnozowane i takie, które będą mieć wrzody. Patrząc na to jak wiele czynników ma wpływ na rozwój wrzodów można powiedzieć, że ta choroba rzeczywiście może być nieunikniona. W swojej pracy doświadczyłam już koni wrzodowych kipiących agresją, jak i tych całkiem zrównoważonych, nie budzących żadnych wątpliwości. Podobnie jeśli chodzi o wygląd i tonus mięśniowy. Typ konia z tendencją do chudnięcia, żebrami na wierzchu i wypłowiałą sierścią jest powszechnie znany, ale ja miałam kilku delikwentów, u których badanie gastroskopii było pozytywne mimo, że wyglądali jak pączek w maśle. Krzywdzące jest twierdzenie, że nasz koń jest zdrowy, bo nie pokazuje objawów. Wiele koni żyje z tym problemem, wcale się z nim nie obnosząc, jednak liczniejsza grupa to ta, która manifestuje ból swoim zachowaniem, ale my często ( nie wiedzieć czemu ) wypieramy myśl, że nasz koń może mieć wrzody i szukamy przyczyn gdzie indziej. Tu nie ma żartów, bo w najgorszym przypadku może skończyć się śmiercią konia. Jak już wspomniałam, u zdecydowanej większości podopiecznych moje przypuszczenia dotyczące wrzodów się potwierdziły. Dlatego uczulam, by pozostać czujnym i nie bagatelizować problemu, jeśli są jakieś przypuszczenia to od razu kierować się na badanie gastroskopii, bo żadne inne nie daje nam pewności co do istnienia tej choroby oraz stopnia jej rozwinięcia. W moich odczuciach jednym z najczęstszych objawów u koni wrzodowych jest reakcja bólowa w odcinku piersiowym kręgosłupa, najczęściej po stronie lewej oraz napięcie mięśni międzyżebrowych zwłaszcza od 12 do 15 żebra, również po tej samej stronie, co odpowiada umiejscowieniu żołądka w jamie klatki piersiowej. Przy tym problemie, konie często nie tolerują lewej łydki, mają trudności z ustawieniem się na prawo. Niektóre konie wykazują też nadwrażliwość w obrębie podbrzusza i okolic słabizny, np. nie lubią dotykania lub czyszczenia tych okolic, mają też problem z zagalopowaniem/utrzymaniem galopu w lewą stronę, często brykają lub krzyżują. Kolejnym objawem jest reakcja konia na stymulacje „punktu wrzodowego”, który znajduje się w miejscu popręgu, co może tłumaczyć dlaczego konie wrzodowe manifestują przy jego dopinaniu. Innym wytłumaczeniem dla tego zachowania jest też napięcie mięśni międzyżebrowych tej okolicy oraz napięcie mięśni z pasma piersiowo-brzusznego, które nie zawsze, ale często idzie w parze z chorobą wrzodową. Z moich obserwacji wynika też, że u koni wrzodowych występuje zaburzenie przepony oddechowej, która jest niezwykle ważnym narządem regulującym ciśnienie w śródpiersiu i jamie brzucha. Warto tutaj wspomnieć, że przepona oddechowa ma bezpośrednie połączenie z żołądkiem poprzez więzadło żołądkowo-przeponowe. Napięcie przepony zwiększa objętość jamy klatki piersiowej i zmniejsza napięcie wewnątrz piersiowe, jednocześnie zwiększa ciśnienie w jamie brzusznej i zmniejsza jej objętość. Analogicznie jest w sytuacji osłabienia mięśni przepony, zmniejsza się wówczas napięcie w jamie brzusznej i zwiększona zostaje jej objętość, z kolei objętość klatki piersiowej maleje, a ciśnienie wzrasta. Konie z osłabioną przeponą oddechową mają charakterystyczny duży, opuszczony brzuch ( brzuch „klaczy źrebnej” ), zaś u tych z napięciami przepony brzuch jest podkasany, a mięśnie skośne i poprzeczne brzucha są w ciągłym napięciu. Właściwa praca przepony jest niezbędna nie tylko dla prawidłowego funkcjonowania układu oddechowego, ale i układu pokarmowego, jej zaburzenie może sprzyjać chorobom wrzodowym. Oprócz wyżej wymienionych objawów, koniom wrzodowym niemalże zawsze towarzyszą napięcia oraz ograniczenia otworu szyjnego czaszki. Otwór szyjny czaszki to m.in. ujście dla nerwu błędnego, który unerwia ograny klatki piersiowej i jamy brzusznej, w tym żołądek. Zawężenie otworu szyjnego czaszki spowodowane napięciem może wpłynąć na zaburzenie nerwu błędnego, a upośledzenie jego pracy ma duży związek z chorobą wrzodową. Ostatnim objawem, często przeze mnie zauważanym jest odstawiony ogon, najczęściej towarzyszy on bólom brzucha lub bólom pochodzącym od grzbietu. Oczywiście tych dolegliwości palpacyjnych może być (i w niektórych przypadkach jest) dużo więcej, zważywszy na spójność całego ciała i jego tensegracyjny charakter. Nie zapominajmy też o behawioralnych skrzywieniach, które tak samo można by wymieniać bez końca. Konie wrzodowe są często mocno obolałe i nadwrażliwe na dotyk, dlatego praca z nimi wymaga niezwykłej wrażliwości, wyczucia i doświadczenia. Ja w swojej pracy wykonuje kilka terapii: terapię wisceralną, terapię przepon, mobilizację żeber oraz pracę na nerwie błędnym (terapia czaszkowo-krzyżowa). Są to techniki nieinwazyjne, które mogą wesprzeć leczenie, ale także wyeliminować przyczynę choroby. Oprócz rozluźniania napięć występujących w układzie trzewnym i systemie mięśniowo-powięziowym, poprawiają przewodnictwo nerwowe, a w związku z tym ukrwienie dla żołądka. W moim doświadczeniu, konie baaaaardzo dobrze reagują na te terapie i czują ulgę jeszcze tego samego dnia.Na koniec, uczulę Was na to, że leczenie wrzodów nie kończy się na podaniu leków. Równie ważną, a być może ważniejszą kwestią jest wprowadzenie zmian w środowisku zewnętrznym na takie, które wyeliminują stres i dyskomfort u naszego konia. Niezwykle ważny jest stały dostęp do paszy objętościowej i do wody, zrównoważona dieta, dostosowana do potrzeb naszego konia z ograniczoną ilością cukrów, życie w zgodnym stadzie (również w boksach!), bez ciągłych zmian i roszad, które mogą zaburzać porządek hierarchii, nieograniczanie i zapewnienie odpowiedniej ilości ruchu, utrzymywanie terminów kowala, końskiego stomatologa, rutynowe kontrole fizjoterapeuty i osoby dopasowującej sprzęt.

Źródło i autor: facebook: Horse Therapy – Equine Physiotherapist

Cd. „Koń pędzi? Popuść wodze!”

Dzisiaj ciąg dalszy bardzo trudnego i jednocześnie niesamowicie ważnego tematu. Tematu o zatrzymywaniu koni (w sposób „humanitarny”, dobry dla końskiego pyska i psychiki). Ciąg dalszy wpisu „Koń pędzi? Popuść wodze!” (jeśli nie czytałeś, kliknij tu: Koń pędzi? Popuść wodze!).

Jak ja zaczęłam NIE reagować paniką na panikę konia? Jak nauczyłam się reagować miękką ręką, luźnymi nogami, głębokim oddechem na poniesienie konia, szybki galop?

Po pierwsze – uczyłam się tego stopniowo, latami. Najpierw oswajałam SIEBIE z myślą, że koń może ponieść. Dużo czytałam o psychice koni, jego motywacjach, instynktach. Chciałam wiedzieć, dlaczego koń chce pędzić, gdy my sobie tego nie życzymy?. W jakich sytuacjach może chcieć ponieść? Jakie emocje, sytuacje prowokują go do takiego zachowania? I kiedy chce przestać? To kluczowe pytania.

Jeździłam najpierw na spokojnych, „pewnych” koniach. I czekałam na moment, gdy to JA będę gotowa „znieść” bez paniki taką nieoczekiwaną sytuację (poniesienie przez konia). Wiedziałam, że koń będzie wiedział, co czuję, wiedziałam, że jeśli będę spanikowana, to te emocje przeniosą się na konia i na pewno nie pomogą w zatrzymaniu, wyciszeniu. Więc nie rzucałam się z motyka na słońce tylko czekałam… Stopniowo podnosiłam SOBIE poprzeczkę. Pod okiem dobrych instruktorów, w sprawdzonych stajniach, jeździłam na coraz szybszych, energiczniejszych, „trudniejszych” koniach. Uczyłam się oswajać z dzikim pędem, z szybkim galopem, z gwałtownymi reakcjami. Nie było to proste. Ale dawałam sobie czas. Nie próbowałam przyspieszać tego procesu. Cierpliwie dojrzewałam…

Po drugie – pracowałam nad WYROBIENIEM sobie dobrego nawyku zatrzymywania konia. Jak powinniśmy zatrzymywać rozpędzonego konia? Przez ugięcie łba, przez wprowadzanie na koło (i oczywiście dosiadem, naszą energią, spokojem). Koń nie jest w stanie biec, przyspieszać z ugiętym w bok łbem. Uginając łeb i jednocześnie prosząc o odangażowanie zadu (chcemy, by koń krzyżował tylne nogi), uniemożliwiamy mu ruch do przodu, „wyłączamy napęd”. Pomału oduczałam się naszego – ludzkiego – instynktownego sposobu szarpania za wodzie, ciągnięcia. Uczyłam się – w bezpiecznych warunkach – ODDAWAĆ wodze, popuszczać je, obserwować zachowanie konia. Uczyłam się mówić do niego z grzbietu, głaskać, uspokajać. Ćwiczyłam dosiad (o dosiadzie przeczytasz tu: Dosiad – nauka na całe życie 🙂). Poćwicz to na ujeżdżalni!

Po trzecie – pracowałam nad WYCZUCIEM momentu, kiedy to koń chce rzucić się do biegu. Ba! Gdy próbuje POMYŚLEĆ o tym! O wiele prościej zatrzymać konia, który jeszcze się nie rozpędził, nie wystartował. Generalnie dążymy właśnie do opanowania tej umiejętności. Ale wiem – to bardzo trudne na początku (początek może oznaczać kilka lat 😊 ). To wymaga już sporego doświadczenia z pracą z końmi, ze świadomym obserwowaniem ich emocji, ich zachowań, empatii. Mnie obserwacja koni fascynuje. Wczucie się w ich emocje to jedna z najcudowniejszych rzeczy w jeździectwie. Mam nadzieję, że uważasz podobnie 😊

Najważniejszą lekcję: „odpuść wodze!” dostałam od Larmanda (kto to jest Larmand, przeczytasz tu: Larmand i ja i rok 2020). Gdy Larmand pierwszy raz poniósł (na środku łąki zdecydował, że szybciutko wracamy do stajni), spięłam się, zaczęłam przytrzymywać wodze. Larmand zaczął „walczyć” ze mną i z wędzidłem, a ja z nim. Wpadł w emocje, w stan walki i pobudzenia. A ja razem z nim. Długo ta łąka kojarzyła mi się z bijącym sercem, ze strachem. Ale pomału wracaliśmy na nią, „ćwicząc” emocje w stępie i w kłusie oraz ćwicząc wyczuwanie momentu „chciałbym biec”.

Tam z boku jest nasza łąka 🙂
Larmand w całej krasie

Po jakimś czasie – gdy już byłam gotowa – sprowokowałam „poniesienie”, czyli szybki powrót w stronę stajni 😊 Tym razem zareagowałam kompletnie odwrotnie: oddałam wodze, rozluźniłam się, uśmiechnęłam pod nosem, oddychałam i… poczułam tę magię, tę potężną różnicę. Larmand sam w połowie łąki przeszedł do kłusa. Bez walki, bez napięcia, bez emocji „PANIC” (co to jest? Przeczytaj tu Nauka koni przez ciekawość i zabawę). Oddanie wodzy czyni cuda!

To działa. Polecam! Tylko pamiętaj – wszystko w swoim czasie, zgodnie z TWOIMI emocjami i TWOJĄ psychiczną gotowością 😊

PS Pamiętaj, że są konie, które o wiele lepiej zachowują się bez wędzidła. To konie, które mają złe doświadczenie z wędzidłem. To konie, które są spokojniejsze, łatwiejsze do opanowania na kantarku. Tu chodzi o psychikę konia, o wyciszenie jego złych doświadczeń, odbudowanie zaufania do człowieka. Dokładnie takie zachowanie obserwujemy u Ariki (czyli u konia, z którym ćwiczy moja córka Julia, a której historii nikt nie zna, wiem tylko jedno, że nie była to łatwa historia). Przy wyższych chodach (kłus, galop), przy większych emocjach, jakakolwiek presja na pysku wywołuje w Arice strach, panikę i chęć ucieczki. Tylko kantarek na tym etapie ich relacji jest możliwy.

Cd. historii Wacława – kucyka „jednego jeźdźca”

Dzisiaj na blogu ciąg dalszy historii Wacława. Naprawdę nie spodziewałam się, że będzie ciąg dalszy! Tak bardzo się ucieszyłam, gdy Natalia (nowa właścicielka Wacka) napisała do mnie przez funpage’a jazda konna naturalnie na facebooku. Wacław to koń, z którym Julka (moja córka) ćwiczyła przez rok – informacje o tym znajdziecie tu: Kucyk Wacław i Julia Wacław został „odstawiony” z rekreacji, gdyż kompletnie nie spełniał się w tej roli kopiąc, ponosząc, nie słuchając jeźdźców… Zrobiło mi się ciepło na sercu słysząc, że Wacco (to jego obecne imię) nie przeszedł na emeryturę, tylko tworzy następną, udaną relację z nową właścicielką. Jak się okazuje (przeczytacie poniżej), nowa właścicielka SAMA musiała zapracować sobie na dobre traktowanie 🙂 Wacław – podobnie jak Julię, testował ją niemiłosiernie, próbując robić to co chciał ON. Wacco to koń „jednego jeźdźca”. Koń „jednego jeźdźca” to koń inteligentny, szybko się uczący, dominujący, mający własne zdanie, wykorzystujący swoją wiedzę o ludziach 🙂 Koń, który raz nauczywszy się, że jeźdźca można pognać stosując kilka sprawdzonych metod, będzie je stosował do końca życia.

Takie konie nie mają prawa bytu w rekreacji. Za to przecudownie mogą się sprawdzić w rękach JEDNEGO właściciela. Wacław jest szczęściarzem! Dobra decyzja stajni zaowocowała tym, że teraz jest w dobrej formie, ma co robić, rozwija się, NIE NUDZI SIĘ, ma kogoś kto go kocha i naprawdę o niego dba. Uwierzcie mi – za wczesna emerytura dla konia wcale nie jest fajna. Konie nie lubią nudy!

Posłuchajcie jak dalej potoczyła się historia Wacława:

„Witam wszystkich serdecznie! Jest mi niezmiernie miło, że mogę napisać parę słów na bloga prowadzonego przez Panią Elę 🙂

Jestem Natalia, mam 20 lat i wraz z moim kuzynem Konradem jesteśmy nowymi właścicielami kuca Wacco, wcześniej znanego w stajni „Na Zielonej” (i tu na blogu) jako Wacław.

Ale może od początku…

Po trudnych osobistych przeżyciach i dwóch latach przerwy w jeździe konnej wróciłam do jazdy w maju 2020 roku – do ośrodka jeździeckiego Progres w Proszowkach, gdzie od dawna mieszkała część mojego serca.

W tym właśnie czasie na Wacława natrafił Konrad i parę tygodni później skontaktował się ze mną.

Dowiedziawszy się o kucu, nie zastanawiałam się ani chwili i na drugi dzień po rozmowie z Konradem postanowiłam pojechać i obejrzeć Wacka.

Pamiętam jak dziś nasze pierwsze spotkanie – na przywitanie dałam mu jabłko, do którego zjedzenia przekonał się dopiero po chwili.

Na pierwszym spotkaniu sprawdzałam, jak będzie się zachowywał przy czyszczeniu, głaskaniu, a także na lonży.

Wtedy też pierwszy raz kuzyn oprowadził mnie na kucu – chciałam zobaczyć, jak będzie reagował na jeźdźca, wiedziałam wtedy tylko tyle, że dawno nie miał nikogo na sobie (*sprostowanie autorki: miał Julię – ale tylko raz w tygodniu, a czasem rzadziej, gdy pracowała z Wacławem z ziemi).

Potem zostaliśmy sami, zrobiłam mu lonżę, na której już zrobił mi pokaz swoich umiejętności, czyli wyrywania się, szarpania i ogólnie… było ciężko.

Po lonży wzięłam go na trawkę i głaskałam. Widziałam, że ten kuc ma charakter, a ja nie mam doświadczenia w pracy z ziemi, zdawałam sobie sprawę, że nie będzie łatwo. Ba! Będzie nawet ciężko!

Ale decyzja była tylko jedna i natychmiastowa – Wacław zostaje w moich rękach. I tak spełniło się moje marzenie o posiadaniu swojego konia. Ale czy było kolorowo? Nie, to był tylko zarys kolorowymi kredkami tego, co będzie nas czekać.

Już od następnego dnia zaczęliśmy po prostu ze sobą przebywać, chodziliśmy na spacery w piękne, malownicze miejsca, spędzaliśmy czas na soczystej koniczynie i zaczęliśmy pracować z ziemi, ale czy „pracować” to dobre słowo? Ja sama, z własną intuicją i tym, co pokazuje mi Wacław, uczyłam się lonżować konia, uczyłam się z jego zachowań, metodą prób i błędów, w ten sposób poznając go cały czas. Odwiedzały nas też moje koleżanki, które nie tylko pomagały w ogarnięciu podstawowych rzeczy, takich jak nałożenie siana, ale też podpowiadały, co robię źle i co można by zrobić inaczej.

Miałam bardzo niewiele sprzętu, więc na takie rzeczy jak ogłowie, wędzidło, siodło trzeba było trochę poczekać.

Kiedy doszło do nas wędzidło z ogłowiem, zaczęłam lonżować na nim Wacka, licząc, że zmieni to coś w jego zachowaniu, czyli pomoże na wyrywanie się i szarpanie. Był to jedyny wtedy sposób, by sobie jakoś z nim poradzić, ponieważ nie mamy hali, a wtedy nie mieliśmy nawet ujeżdżalni, więc nie chciałam, by dla kuca świetną zabawą było ciągnięcie mnie po ziemi na lonży 🙂

Po systematycznej, codziennej pracy na lonży kucyk zaczął zrzucać brzuszek i zaczęłam robić pierwsze kroki, żeby móc na niego wsiadać. Czy było łatwo? Oczywiście, że nie. Zaczęłam od małych kroczków, takich jak przyzwyczajanie go do mojego ciężaru na tak zwanego  Indianina, czy przełożenie nogi – i za wszystko bardzo go chwaliłam.

Wtedy ja także się uczyłam – widząc konia, którego trzeba uczyć tak podstawowych rzeczy. Byłam bowiem przyzwyczajona do wsiadania na stojące nieruchomo, szkółkowe konie…

Ćwiczyłam swoją cierpliwość i poznawałam świat koni na nowo, świat ich psychiki, świat wykraczający poza 45-minutową jazdę w kółko.

Po tych ćwiczeniach – oczywiście z pomocą osób trzecich – udało mi się wsiąść na Wacława. Cholernie kręcił się przy wsiadaniu i niemożliwością było, by samemu z niego zsiąść.

Jak zaczęły się nasze jazdy wierzchem?

Po parę minut stępa, a później kłusa na oklep, czekając na siodło i popręg. Tylko po parę minut, żeby go nie przemęczać, stopniowo zwiększając czas przebywania na grzbiecie. Wtedy też zaczynał się proces spajania nas w jedno… tak jak mówię – zaczynał.

Zaczynały się też nasze pierwsze tereny, na których zawsze ktoś musiał iść obok nas, bo inaczej nie było możliwości gdziekolwiek bezpiecznie dotrzeć.

Czasem nawet z opresji ratowała mnie sąsiadka staruszka, kiedy Wacław miotał mi się na środku ulicy. Dla mnie – dla osoby bojącej się terenów – było to dodatkowo stresujące.

Dużo czasu spędzaliśmy na SPA, które robiłam mu regularnie. Dbanie o jego sierść, kopytka, ogon i grzywę było dla nas obu, mam nadzieję, relaksujące. I nadszedł w końcu przełomowy moment, czyli ścięcie grzywy na irokeza, w którym do dziś jest mu cudownie i odejmuje mu to 10 lat 🙂

Tak właśnie Wacław otrzymał nowe imię. Nadałam mu imię, które teraz symbolizuje także jego nowe życie u boku swoich nowych ludzi. Jego imię to Wacco. Od początku tak bardzo mi się spodobało, brzmi podobnie, ale moim zdaniem dużo lepiej!

Chwilę później mieliśmy już skompletowany cały sprzęt i przeszliśmy przez naukę spokojnego stania przy wsiadaniu. Uwierzcie – to, że mogłam na niego wsiąść sama, bez niczyjej pomocy, do dziś uważam za duży sukces.

Jeździliśmy 5 razy w tygodniu, robiąc małe, a czasem większe postępy. Pierwsze tygodnie skupialiśmy się na pracy, głównie nad kłusem, który był szybkim wożeniem mnie po placu.

Doczekaliśmy się także naszej ujeżdżalni, która była duża i bardzo usprawniła naszą pracę, bo po różnych upadkach przynajmniej nie musiałam szukać Wacco po wsi, co wcześniej nieraz się zdarzało 🙂

Pracując nad stepem i kłusem, borykaliśmy się także z wieloma buntami i ponoszeniami ze strony kucyka. Bardzo mnie testował, na szczęście z czasem coraz mniej.

Dla mnie jako osoby, która panicznie bała się skakać, było ogromnym przełomem, kiedy po pewnym czasie zaczęliśmy próbować razem hopsać. Zaczynaliśmy od małych drążków, potem stawialiśmy sobie poprzeczkę coraz wyżej i wyżej – i jestem mu za to wdzięczna całym sercem, bo to dzięki naszemu zaufaniu do siebie przełamałam się i już nie boję się skakać, a nawet to lubię!

Tak można by pisać godzinami… No dobra, ale co z nami teraz?

Teraz mamy trenera, który przyjeżdża do nas 2-3 razy w tygodniu. Odpuściliśmy sobie skoki na rzecz pracy ujeżdżeniowej. Bardzo fajnie opanowaliśmy stęp i kłus, a także figury w obu tych chodach. Teraz wzięliśmy się porządnie za galop, w którym również główną przeszkodą jest moja głowa, ale wiem, że razem damy radę. Nauczyliśmy się także zwrotów na przodzie i zaczęliśmy całkiem nową pracę z ziemi – bardziej, hmm, naturalną.

Naszą pracę ubarwiamy także o galopy interwałowe na łąkach oraz ćwiczenia zadu na różnych górkach 🙂

Reasumując cały mój wpis, Wacco to najlepszy kuc, na jakiego mogłam trafić – najlepszy i najbardziej wymagający nauczyciel, który uczy mnie nie tylko jazdy konnej, ale także cierpliwości, spokoju i tego, jak wspaniałe po prostu spędzać czas z koniem na spokojnych spacerach w teren czy na trawkę tylko we dwoje.

Czy udało nam się zespolić w jedność? Myślę, że w dużej części tak, teraz codziennie wita mnie radosnym rżeniem i to chyba najlepsza nagroda, na jaką mogłam liczyć po tylu miesiącach wspólnej ciężkiej pracy!

Dziękuję Ci, Wacco!

Wszystkich, którzy chcieliby zobaczyć „nowego” kuca Wacco, serdecznie zapraszamy! (kontakt do Natalii: 669 869 209, facebook Nati Augustynek)

Koń pędzi? Popuść wodze!

Koń pędzi? Popuść wodze!

Dużo, dużo, dużo czasu zajęło mi, by nauczyć się popuszczać wodze (a nie je ciągnąć!) w chwili gdy koń zaczyna ponosić.

Przeprogramowanie naszych (a więc i moich) wrodzonych odruchów jest bardzo trudne.

Chcę dzisiaj o tym napisać – o tym, jak trudno jest nam oddać wodze, nie zawieszać się na wędzidle, a jak ważne to jest, by się tego nauczyć.

Wiem. Też uważałam, że to nielogiczne, niemożliwe. „Jak to? Koń wyrywa się, chce gnać, a ja mam »oddać« wodze?? Przecież jedyna metoda to uwiesić mu się na pysku i nie pozwolić biec!”. Przecież tak się zatrzymuje konia…

Wyjaśniam zatem. Nie – nie jest to dobra metoda. Co więcej, to najgorsza metoda. Dla pyska konia, dla jego psychiki… i często bardzo niebezpieczna dla Ciebie, jeźdźcu.

Jeśli ćwiczymy na ujeżdżalni i chcemy zwolnić chód konia, to dajemy mu LEKKIE sygnały, IMPULSY na wędzidle (lub kantarku). I koń zatrzymuje się (dla uściślenia. Konia powinno zatrzymywać się dosiadem i energią  – ale to już wyższa szkoła jazdy i odrębny temat. Dla początkujących – abstrakcja). Ale gdy koń spanikuje, wpada w bardzo szybki galop, gna, to nasze zaciśnięcie się na jego pysku, ciągnięcie za wodze, tylko pogarsza sprawę. Ma to związek z wrodzonym instynktem koni: koń naciska na źródło bólu (ten instynkt opisałam dokładnie w książce „Jazda konna naturalnie! Co ten koń sobie myśli?”O książce – zapraszam do zgłębienia). Jeśli wędzidło mocno naciska na jego pysk, to pysk „chce” naciskać na wędzidło. W efekcie koń gna. Człowiek przez lata nauczył konie odpowiedniego reagowania na wędzidło, wyciszenia tego instynktu (odejście od źródła bólu, nienaciskanie na źródło bólu). Gdy dajemy impuls na wędzidło, koń rozumie (to znaczy – wyszkolony koń rozumie), że ma się zatrzymać i działa (tak naprawdę) wbrew instynktowi. Ale często w momencie stresu czy paniki wrodzony instynkt „odpala”, nie da się go opanować. Koń zapomina, że ciągnięcie za wodze oznacza „zatrzymaj się”. To bardzo ważne, byśmy o tym wiedzieli, rozumieli ten instynkt i NAUCZYLI się odpowiednio reagować.

Jest wiele koni, które nie są dobrze przygotowane do pracy na wędzidle. Na pewno wiele razy na ujeżdżalni spotkałeś się z „gnającymi” końmi, ponoszącymi. Koń, mimo że człowiek pociąga za wodze, nie chce zwolnić, przyspiesza. Tu działa to samo. Ten koń, mając w pysku wędzidło, które sprawia mu ból czy choćby dyskomfort, chce na nie naciskać i rwie się do przodu, „goniąc” wędzidło. Lub – pod wpływem emocji bądź stresu – zapomniał, jak reagować na wędzidło (dla wyjaśnienia – ciągnięcie za wędzidło nie jest jedynym powodem takiego zachowania konia).

Dłuuuugo musiałam odblokowywać swój wrodzony instynkt, by w takich chwilach – chwilach poniesienia (najczęściej w terenie) – oddać mu wodze. Długo zajęło mi przyjęcie innej strategii zatrzymania go: wprowadzanie konia na koło, uginanie łba, ROZLUŹNIENIE się, rozluźnienie w świadomy sposób swoich nóg (które z pewnością się zacisnęły!!), oddychanie.

Wiem, zanim będziesz w stanie to zrobić, upłynie wiele czasu. Ale nie martw się, przyjdzie moment, gdy będziesz gotowy. Będziesz wiedział, że koń – z zasady – nie chce biec, nie chce pędzić. To bardzo nieekonomiczne, nieopłacalne dla niego. Koń nie chce niepotrzebnie spalać swojej energii. Koń chce się zatrzymać jak najszybciej, gdy tylko poczuje, że nic mu nie grozi. Będziesz kiedyś gotowy, by mu tam, z siodła, z grzbietu, powiedzieć (przez rozluźnione nogi, spokojny oddech, ODDANIE WODZY), że wszystko jest OK i że to był tylko bażant 🙂

Tak, nie raz czułam na plecach i ramionach wszystkie mięśnie po jeździe. Czułam mięśnie, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Te zakwasy były po lekcjach czy terenach, gdy ciągnęłam wodze – w panice, gdy chciałam zatrzymać konia i instynktownie zawieszałam mu się na pysku. Wiecie, jaką siłą musiały działać moje ręce? Jakie ta siła miała przełożenie na pysk konia? Naukowcy zrobili badania potwierdzające, jak wiele bólu może sprawić wędzidło w dłoniach… nawet dziecka. O tych badaniach po raz pierwszy dowiedziałam się z kursu JNBT (Jazda Naturalna Bez Tajemnic) i naprawdę zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Ile bólu sprawiamy koniom z naszej niewiedzy, braku umiejętności… Bo nie ze złej woli. Głęboko w to wierzę!

Więcej o mojej pracy nad „humanitarnym” zatrzymywaniem konia, o tym jak zaczęłam reagować NIE  paniką na panikę konia, już za dwa tygodnie. Ciąg dalszy nastąpi (to znaczy więcej przykładów z życia wziętych 🙂

PS Myślę, że to najtrudniejsza umiejętność jaką każdy instruktor stara się nauczyć swoich podopiecznych. Chyba nie ma trudniejszej…

PS Zdjęcie zrobione podczas rajdu na Ukrainie (Część I – fotorelacja z rajdu konnego na Ukrainę (Bukowina Północna) – 17-24 października). Ponieważ nie ma zdjęcia siebie pędzącej na koniu, to wklejam zdjęcie poprzedzające pędzenie na koniu… 🙂

Ela Gródek

Koń to stworzenie stadne

Dzisiaj fragment książki „Jazda konna? Naturalnie! Co ten koń sobie myśli?” O książce

Koń to stworzenie stadne. Warto o tym ciągle mówić, przypominać. Szczególnie w obecnych czasach, gdzie zakratowane po sufit, pojedyncze boksy górują w stajennym krajobrazie…W czasach, gdzie fundujemy koniom boksy-izolatki, po to byśmy MY czuli się bezpieczniejsi. Że mamy wszystko pod kontrolą, że wiemy gdzie koń jest, że nikt go nie kopnie, że nikt go nie ukradnie, że…Jaką cenę koń za to płaci?

„Natura wyposażyła konie w instynkt stadny. Koń czuje się dobrze i bezpiecznie tylko w stadzie. Nie ma samotnych koni! Żaden koń o zdrowych zmysłach nie powie: „Mam Was dość! Idę sobie! Nie szukajcie mnie!”. Koń zawsze będzie szukał stada i zrobi wszystko, by do kogoś się przyłączyć.

Mam przyjaciółkę w Holandii, która ma dwa konie. Jeden jest duży, drugi mały. Wiele lat temu, kiedy jeszcze nie jeździłam konno, odwiedziłam ją. Pamiętam, jak się zastanawiałam, dlaczego ona ma dwa konie. Przecież na tym małym nie da się jeździć (kucyk szetlandzki)! Tylko więcej sprzątania w stajni i więcej paszy do kupienia.

Jak myślicie, dlaczego? Dla towarzystwa! Mały konik jest dla towarzystwa. Koń sam stojący w stajni ma się o wiele gorzej niż ten, który ma towarzysza. Już dwa konie mogą stworzyć stado. Człowiek, niestety, nie jest w stanie zastąpić końskiego towarzysza.

Dlaczego konie tak chcą być razem? I tu znów wracamy do czasów, kiedy koń żył na wielkich przestrzeniach, na wolności, narażony na ataki drapieżników. Konie w stadzie mają większą szansę na przeżycie, na obronę przed drapieżcą…” ( Tu rozwinę: co dwoje oczu to nie jedno. Prawdopodobieństwo zauważenia niebezpieczeństwa wzrasta proporcjonalnie do liczby oczu. Co więcej, konie żyją w tabunach nie tylko po to, by więcej widzieć, czy razem uciekać. Zaatakowane konie potrafią też walczyć razem, „zbić” się w koło, głowami do środka i kopać na zewnątrz w drapieżnika, potrafią niesamowicie współpracować, by odeprzeć atak. Koń w pojedynkę nie miałby szans!)

„…Teraz konie żyjące w stajniach pasą się na wybiegu, nie mają naturalnych wrogów (takich jak lew czy wilk) – ale instynkt pozostał.

A co, jeśli nie możemy mieć dwóch koni? Wtedy przynajmniej dajmy mu do towarzystwa kozę czy owcę.”

Stadność koni to nie tylko wspólna ochrona. To też zaspokojenie swoich towarzyskich, przyjacielskich potrzeb. Ile to razy słyszy się o przyjaźniach końskich, o konikach-nierozłączkach! Relacje to ważna część ich życia. Nie zabierajmy im tego.

Pamiętajmy o tym, że koń naturze CAŁĄ DOBĘ przebywa z innymi końmi. Nie oszukujmy się, że wypuszczenie konia z boksu na kilka godzin (na sześć, czy osiem z dwudziestu czterech – bo tyle trwa doba) – wystarczy, by zaspokoć jego potrzebę bycia razem. Jeśli już, z jakiś powodów, decydujemy się na zmykanie konia w pomieszczeniu na noc, to zadbajmy o jak najbardziej otwarte boksy, by konie miały możliwość dotyku, iskania. Niektóre stajnie (niestety to rzadkość!) mają, zamiast boksów dla jednego konia, wielkie pomieszczenia dla grupy koni. Oczywiście zdarzają się w stadzie konie, które się nie tolerują – stąd 2-3 pomieszczenia. Wtedy konie również w nocy mogą przebywać razem. Nie jest to chów bezstajenny – najbliższy naturze i najlepszy dla koni (więcej o jego zaletach przeczytasz tu: Dlaczego chów bezstajenny?) – ale przynajmniej jego mała namiastka.

Ela Gródek

Człowiek też może być częścią stada. Ale to już temat na oddzielny wpis 🙂

zdjęcia : Ewa Janicka (facebook: Photo Horse Ewa Janicka)