Larmand i ja i rok 2020

Dokładnie rok temu podsumowywałam rok 2019. Za mną kolejny rok – rok 2020. Równie cudny.

Rok 2020 nie miał być tak „końskim”, jakim się okazał. Miał być bardziej podróżniczy. Podróże po Polsce i świecie to moje równorzędne do jeździectwa hobby. Miały być kolejne wyjazdy służbowe w nowe zakątki Ziemi, miały być podróże z rodziną i bez – na koniec świata. COVID sprawił, że zostałam „uziemiona” i tym sposobem pustka w hobby „podróże” została szybko wypełniona przez hobby „jeździectwo”. Dobrze mieć więcej niż tylko jedno hobby 🙂

Były zatem liczniejsze (szczególnie w marcu i kwietniu) spotkania z Larmandem, liczniejsze rajdy, tereny, warsztaty online. Podczas rajdów „liznęłam” z końskiego grzbietu, razem z córkami, trochę okolic Pogórza Izerskiego, dawno wyczekiwaną Jurę Krakowsko-Częstochowską, okolice Lanckorony. Udało się też złapać ofertę „last minute” i wyjechać gdzieś dalej, na Ukrainę, by pojeździć po Bukowinie Północnej.

Wrażeniami z tych wszystkich wydarzeń podzieliłam się z Wami we wpisach ( Część I – fotorelacja z rajdu konnego na Ukrainę (Bukowina Północna) – 17-24 października, Porady rajdowe – część IV (co gdy leje 6 godzin?); Zmiana „oczekiwań” końskich, zmiana zachowań końskich; O terenach część I; i potem część II i III) i filmikach wideo (Videoblog) . Kto nie czytał – polecam.

Tak siedząc i wspominając rok 2020, naszła mnie ochota, by podsumować nie sam rok 2020, ale moją znajomość z Larmandem. Koniem prywatny (ale nie moim), z którym mam możliwość „spotykania się” raz w tygodniu (czasem częściej, czasem rzadziej).

Kiedyś, rozmawiając z Ewą (moją prywatną „doradczynią” od jeździectwa 🙂 ), o różnych koniach, z którymi obie miałyśmy (czy mamy) do czynienia, usłyszałam od niej: „W naszym życiu pojawiają się takie konie, jakie powinny, jakich »potrzebujemy«, nie ma przypadków”. Tak myślę o Larmandzie i o sobie…

Larmand nie jest koniem uległym, podporządkowanym. 11-letni Larmand już niejedno widział. Ma swoje doświadczenia, swoje zdanie, wie, czego chce. Larmand był już na niejednej „wojnie” (wszak to koń biorący udział w rekonstrukcjach husarskich!), niejednego wroga musiał pokonać 😉  Praca z Larmandem to dialog, to przekonywanie siebie nawzajem do swoich racji. Nie raz Larmand powiedział mi wprost: „co mi tam będzie ta blondyna mówiła, co mam robić!”. Każdą lekcję przyjęłam z pokorą.

Larmand niejednego mnie nauczył. A raczej niejedno pomógł przejść, przepracować, przezwyciężyć. Nie – to nie my pracujemy z końmi, to one pracują z nami…Za wyjątkiem prawdziwych, utalentowanych trenerów końskich. Taka jest moja opinia. Im prędzej to zrozumiemy, tym…długo by pisać. Mam nadzieję, że poczujecie sami.

Wiele było i jest blokad w mojej głowie, wiele obaw. Znacie je z wcześniejszych wpisów ( Jeździectwo jest trudne – daj sobie czas; Chłopczyk i koń; Rozważania z leżaka o Lorenzo; Mam pomysł! Nauka spadania i woltyżerka dla początkujących; Nigdy, przenigdy nie będę… ) Przed Larmandem nie miałam okazji ćwiczyć z koniem z ziemi. Wiedziałam tylko, po kursach, że jest to genialne. Wiedziałam, jak do tego się zabrać (ćwiczyłam tylko podczas warsztatów). To z Larmandem miałam przyjemność po raz pierwszy pracować z ziemi. To z nim przeprowadzałam pierwsze sesje habituacyjne, zabawy z ziemi. Lubię być na koniu, ale lubię też być obok konia. To dzięki Larmandowi to odkryłam J

Z Larmandem po raz pierwszy też:

  • poszłam sama do lasu na spacer (bez innych koni i jeźdźców),
  • pojechałam na jego grzbiecie sama do lasu,
  • pojechałam na wielką, otwartą łąkę (oczywiście sama)
  • galopowałam na wielkiej łące (ooo, jakie to były emocje!),
  • galopowałam na oklep,
  • skakałam na oklep.

Tak, wiele lęków pokonywałam razem z Larmandem… Co ważne – w odpowiednim czasie. Wtedy, gdy czułam, że jestem na to gotowa. Gdy czułam, że Larmand ze mną się zgodzi. To dzięki niemu nabrałam pewności siebie, szybkości, zdecydowania, ale też pokory.

Dziękuję Ci Larmand!

PS Oprócz dalszej, intensywnej nauki jazdy konnej rok 2020 przyniósł:

  • kolejne 18 wpisów na blogu,
  • kolejne filmiki na vblogu,
  • drugie wydanie książki „Jazda konna? Naturalnie! Co ten koń sobie myśli?”,
  • pierwszy przekład książki na język obcy – j. czeski.

Rok 2021 uznaję za otwarty!

A poniżej kilka zdjęć z Larmandem – z pracy z ziemi, ze wspólnego leżakowania na łące, ze wspólnych zabaw, z habituacji, z pracy na kawecanie, kantarku, wędzidle…z siodła, z ziemi. Nigdy nie było nam nudno!

dav

Część II – Fotorelacja z rajdu konnego na Ukrainę -17-24 października

Część pierwszą relacji znajdziesz tu: Fotorelacja z rajdu konnego na Ukrainę (Bukowina Północna) – 17-24 października – część I

Jak więc wyglądają wioski ukraińskie na Bukowinie?

Wioski są małe – z kilkunastoma domami, gospodarstwami. Zauważyłam, że prawie każde gospodarstwo ma konia (lub 2 konie), krowę (lub 2-3 krowy). Tyle koni i krów pasących się wolno na łąkach, dawno w Polsce nie widziałam. Krowy czy konie, z reguły były uwiązane na długim łańcuchu, linie. Miały swobodę ruchu. Tu koń dalej pełni ważną funkcję w gospodarstwie – pomaga w polu. Wielokrotnie mijaliśmy konie w zaprzęgu, konie pracujące z człowiekiem przy orce, zwózce drzewa. Nigdy nie widzieliśmy osiodłanego konia pod człowiekiem 🙂

Krowy są tu szczęśliwe – widzą codziennie słońce i prawdziwą trawę.

Domy, obejścia są bardzo skromne, ALE, co naprawdę rzuca się w oczy, są uporządkowane, schludne. Na podwórkach nie ma bałaganu, chaosu, brudu (a wiem, co mówię, bo odwiedziłam 25 krajów). Domy są kolorowe, z dużą ilością zieleni. Podobnie jak w Polsce panuje, jak ja to nazywam, „kult płotów”. Płot musi być! Nieważne jaki. Jak nie ma pieniędzy, to będzie z „byle czego”, ale będzie 🙂

Stałym elementem architektury są też studnie. Ale jakie!

Czyżby inspiracją dla studni były dachy cerkwi? 🙂

Wracając do samego rajdu. Jak wiecie z części I, 4 noce spędziliśmy pod namiotem. Mimo moich pewnych obaw nie zmarzłam ani podczas wieczornych czy porannych posiadówek, ani w nocy, gdy temperatura spadała do kilku stopni. Spodnie narciarskie, odzież termalna i śpiwór do -7 stopni (wcale nie z puchu i wcale niedrogi) zdały egzamin.

Poranny szron na „schnącym” ręczniku 🙂
Śniadamy o poranku

Spanie pod namiotem było genialne, ale w domku z sauną jeszcze genialniejsze. To był naprawdę wspaniały czas! Po dniu spędzonym na koniu można było odprężyć się w saunie, wygrzać i wzmocnić odporność.

Wejście do sauny

Obok sauny był staw. Nie omieszkaliśmy wskakiwać do niego, by ostudzić rozgrzane ciała. Tego było mi trzeba!!

A po saunie kolacje Sviety. Svieta to sąsiadka, która gotuje rajdowiczom. Kolacje były przebogate, pyszne i – co najważniejsze – lokalne.

Svieta obok swojego domu (100 metrów dalej) ma sklep. U Sviety kupisz winko, piwko – co tylko chcesz. Obsługa na najwyższym poziomie!

Svieta i jej mąż Ivan to też grzybiarze. Co rano chodzili na grzyby.

Takie łupy przynosili.

Zamarzyłam o smażonych grzybach na śniadanie. Dlatego trzeciego dnia, wraz z Justyną (inną rajdowiczką), dołączyłyśmy do Ivana na grzybobranie. Po 1,5 godzinie mieliśmy wiadereczko pełne grzybów.

Co za śniadanie!

Po prawej maślaki, po lewej borowiki

W domku spałyśmy w pokoiku z prawdziwym piecem kaflowym!

Na zapiecku można było spać – jak kot Filemon! (na naszym rajdzie rolę kota Filemona odgrywała Marianna 🙂 ).

O poranku zawsze czekała na nas przepyszna kawa z tureckiego czajniczka zrobiona przez Miszę. Kawa o poranku, w promieniach słońca. Mam nadzieję, że znacie ten wyjątkowy smak. Dla mnie jest to jeden z największych luksusów 🙂

Ten Pan w kapturze na drugim planie to czuwający nad nami organizator Jacek 🙂

Nie da się ukryć, że mieliśmy idealną pogodę. Nie padało ani razu, 2 dni było 10-12 stopni, 2 dni – 12-14 stopni i 2 dni… 18-19 stopni! 🙂

Takie poranki i takie konie nas witały…

Pewnego dnia, właśnie podczas takiego poranka, postanowiłam wziąć Lukasa – mojego rajdowego konia – z zagrody, na polankę pełną soczystej trawy. Kocham konie, mam miękkie serce, pomyślałam zatem, że Lukasowi należy się coś więcej ode mnie za ciężką pracę.

A nie ma większego prezentu niż świeże co nieco 🙂 Wyłączyłam prąd, wyprowadziłam Lukasa z ogrodzenia i… siup! Lukas wyrwał się i wziął nogi za pas. A za nim hucułka Zuza. Miałam dwa wyjścia. Nie zamykać bramki i biec za nimi, co groziło exodusem pozostałych koni, lub zamknąć bramkę, włączyć prąd…, i mieć nadzieję, że Lukas i Zuza nie będą już gdzieś tam za górami, za lasami. Wybrałam to drugie. Zamknęłam bramkę, włączyłam prąd i patrzę, a Lukas u sąsiada w kapuście buszuje. „Cham!!” – pomyślałam! To ja tu, z dobroci serca, z wdzięczności, chcę go zabrać na trawkę, a ten… no po prostu „cham!!” (by zrozumieć kontekst, musisz znać początek opowieści z części I Fotorelacja z rajdu konnego na Ukrainę (Bukowina Północna) – 17-24 października – część I) 🙂

Pamiętajcie – konie uwielbiają nie tylko marchewkę, ale też kapustę i buraki 🙂

Mam nadzieję, że zachęciłam Was do rajdowania na Bukowinie Północnej na Ukrainie.

Nie wyczerpałam tematu? Masz jakieś pytania? Zostaw komentarz. Odpowiem!

PS A na szlaku spotkaliśmy małpę! Na koniu! :)))))))

Małpa na koniu 🙂

PS II Tak wygląda rajdowicz – zmarzluch.

Tak prawdziwa cowgirl, jeździec jeżdżący w weście.

A tak podróbka westowca! :))))))

Bo rajdy to piękne chwile, dużo zabawy i niespodziewane przygody 🙂

Z Nomadic Life MUROWANE 🙂

Zdjęcia autorstwa mojego oraz całej ekipy

Ela Gródek

Część I – fotorelacja z rajdu konnego na Ukrainę (Bukowina Północna) – 17-24 października

Miałam być w Rumunii, wylądowałam na Ukrainie. Widocznie Rumunia musiała poczekać, ustępując w tym roku, miejsca Ukrainie.

Tak, miałam wątpliwości co do tego wyjazdu w dniach 17-24 października. Co innego Rumunia na początku września, a co innego Ukraina pod koniec października. Czy będzie lało? Jaka będzie temperatura? Organizator zapewniał 4 noce pod namiotem i 3 w domku. Generalnie (już to sprawdziłam, na ostatnich rajdach), że każde warunki pogodowe są ok do jazdy konnej. Ważne tylko, by było gdzie się ogrzać i wysuszyć wieczorem, w razie deszczu. Czy 4 noce/wieczory w namiotach to zagwarantują? Jednak moja wielka potrzeba oderwania się od cywilizacji, odetchnięcia wśród natury, bycia blisko z końmi, oderwania się od covidowej atmosfery plus wizja trzech nocy w domku z gorącą sauną opalaną drewnem (!!! 🙂 ) przeważyły w decyzji na „tak”.

Bardzo też byłam ciekawa samej Ukrainy. Jak tam jest? Jak się ludziom żyje? Jak wyglądają wioski? Jaki jest klimat? Jakie jedzenie. Ostatni raz na Ukrainie byłam 20 lat temu. Pamiętam kawę w barze, którą barman od razu słodził i gazety w sklepach spożywczych do pakowania towaru… Kocham podróże, spotkania z ludźmi. Kocham konie i przyrodę. Kupiłam więc śpiwór do -7, zapakowałam narciarskie grube spodnie, ocieplane buty i wyruszyłam w podróż, wraz z innymi zapaleńcami, w sobotę o 6.00, z Krakowa do „Agro Rancza” koło Czerniowców.

Droga przebiegła – dzięki Covidowi – w rekordowym czasie. Na granicy pustki (spędziliśmy tam nie więcej niż 20 minut). Od granicy do Czernichowa jechało się jeszcze 6 godzin.

Po drodze przystanek na „kuszanie” lokalnych specjałów – solanki, placków ziemniaczanych, zupy grzybowej i o 18.00 jesteśmy na miejscu na Ranczu, gdzie czekają na nas już rozbite namioty.

Wiatka – czyli tak zwana imprezownia 🙂

Wieczorem wspólna kolacja, rano śniadanko, na świeżym powietrzu.

Ogromnym plusem wypraw z Nomadic Life (byłam już z tym organizatorem w Gruzji – relację przeczytasz tu: Wyprawa konna do Gruzji – relacja a filmiki obejrzysz tu: Videoblog) jest ich AUTENTYCZNOŚĆ. Wiedziałam, że na tej wyprawie, poczuję prawdziwy smak Ukrainy, będę miała kontakt z lokalną ludnością, z ich kuchnią, obyczajami, przekonaniami. Nikt nie „wrzuci” nas, uczestników, do hotelu, gdzie w komfortowych warunkach, we własnym sosie, będziemy spędzać czas, jak na „prawdziwego” turystę przystało. To zdecydowanie nie mój sposób podróżowania. Jeśli oczekujesz na wyjazdach dopieszczania, niańczenia, wysokiego komfortu, ścisłego planu, to nie jest to organizator dla Ciebie. Jeśli jednak liczysz na prawdziwą wędrówkę, zanurzenie w klimacie danego kraju (a to często oznacza skromne warunki, proste (ale pyszne) posiłki) to polecam Nomadic Life z całego serca (http://nomadiclife.eu/pl/, facebook: Nomadic Life)

Właścicielami „Agro Ranczo” jest Andriej (pół Koreańczyk, pół Ukrainiec) i jego żona Olga. Wieczorami i rankami (2 noce spaliśmy w tym miejscu) chętnie dołączali do nas opowiadając o życiu 🙂 Oczywiście przy lokalnych trunkach (pyszne piwa, wina i, jak ktoś chciał, wódeczka) 🙂

Andriej

Na Ranczu – oprócz koni – jest jeszcze osiołek z ciężarną żoną i młodym synkiem,

dużo kotków,

kozy, pies i pewnie coś tam jeszcze.

Na Ranczu jeździ się w stylu western. Jak ja byłam szczęśliwa, że wreszcie spróbuję jazdy w stylu west!!! (dlaczego? Przeczytasz tu: Western by Ela Gródek)

Rano Andriej zapoznał nas z końmi, sprzętem, westowym stylem jazdy.

Moim towarzyszem na następne 6 dni wędrówki został Lukas – koń rasy „mieszaniec ukraiński” 🙂 Andriej przedstawiając mi Lukasa powiedział: „Wiesz, Lukas to trochę taki cham”. O tym miałam przekonać się tylko raz, ale opowiem później 🙂

Siodła westowe są naprawdę idealne na rajdy, niesamowicie wygodnie, a tak zwany „horn” bardzo przydatny – zahaczasz wodze i masz 2 ręce wolne! W tym siodle, z długimy strzemionami, siedzi się bardzo głęboko. Naprawdę miałam wrażenie, że tworzę z koniem jedność 9brzmi górnolotnie ale to prawda!). Ciężko jest wypaść z westówki , czy obetrzeć jakąkolwiek część ciała.

Wodze są DWIE. Nie połączone, strzemiona szerokie, wygodne, puściska też. Nic nie „wrzyna” się w łydkę.

Mówię Wam – jeździ się fantastycznie! Wiedziałam już dawno, że mi się to spodoba 🙂

No to wyruszamy!

Na czerwono trasa całej 6 dniowej wyprawy

A poniżej widoki z końskiego grzbietu. Trasa była bardzo urozmaicona – od pięknych bukowych lasów, przez górzyste wzniesienia, długie, płaskie łąki, pola z soją, czy słonecznikiem. Koniec gadania, oglądamy! (kolejność zdjęć przypadkowa!)

A to nasz team – prawie w komplecie – z Andriejem. To był cudowny czas z Wami! Dziękuję!

I jeszcze raz my wraz z „naszymi” wspaniałymi końmi.

Za 2 tygodnie II część fotorelacji (wioski ukraińskie, gorąca „bania”, spanie pod namiotami, grzybobranie z Ivanem (Niegroźnym 🙂 ), kuchnia Sviety, konie o poranku…i jak to Lukas pokazał mi, że potrafi być chamem 🙂

Ela Gródek

Zdjęcia autorstwa mojego i całej ekipy.

Od agresji do depresji – jak konie reagują na długotrwały stres

Jak konie reagują na stres? Jak sobie z nim radzą? Co się dzieje, gdy stres staje się długotrwały?

  1. Na początku konie na stres reagują ucieczką – jest to naturalny, zapisany w genach odruch.
  2. Potem agresją.
  3. Potem dochodzą zachowania autodestrukcyjne.
  4. Na końcu pojawia się depresja

Początkujący jeździec nie umie rozpoznać ani tego, co stresuje konie, ani tego, czy (i jak) koń przeżywa stres. Dla początkującego jeźdźca wszystko jest takie proste. Koń, który kopie, rzuca się z zębami na człowieka, jest po prostu „niedobrym” koniem, złośliwym, „taki się wredny urodził i nic się z tym nie da zrobić”. Koń, który się rani, jest z kolei po prostu nierozsądny, głupi. Koń, który na nic nie reaguje, wykonuje wszystko co mu każą, to koń pięknie ułożony, grzeczny, cudowny.

Wiem…bo sama tak myślałam.

Co jest źródłem długotrwałego stresu?

Źródła stresu konia są różne i naprawdę ludzka wyobraźnia jest czasem zbyt mała, by je nazwać, wymienić, rozpoznać. Konie, w swej naturze żyją na otwartych przestrzeniach. WOLNE. Żyją w towarzystwie innych koni, we wzajemnych relacjach.

Człowiek przez kolejne pokolenia zmieniał „co nieco” te naturalne warunki bytowania…

Źródłem długotrwałego stresu może być zatem zbyt długie przebywanie w boksie (dla innego konia JAKIEKOLWIEK przebywanie w boksie będzie stresem!), brak końskiego towarzystwa, brak możliwości ruchu (lub wystarczającego ruchu), stresujące kontakty z człowiekiem, ludźmi, niezdiagnozowany ból, niedopasowany sprzęt jeździecki (siodło, wędzidło), braki w dostępie do siana, trawy itd., itp…

Wracając do punktów 1-4. Naturalną reakcją konia na strach, stres, jest ucieczka. Dzikie konie w momencie stresu, zagrożenia, uciekają. Podobnie młode, jeszcze nieoswojone konie. Uwielbiam przebywać z młodymi końmi, z maluchami. U nich dokładnie można zaobserwować jak działa ten naturalny instynkt obronny – ucieczka. Młode konie są tak wrażliwe, czułe! Jak szybko można je wystraszyć. Jak szybko uciekają 🙂

Gdy ucieczka nie jest możliwa, koń pod wpływem stresu zaczyna reagować agresją. Naukowcy obserwujący konie udowadniają, że w naturze, konie ani trochę nie są agresywne! Nie mówimy tu oczywiście o ogierach chcących zdobyć klacz (ale to inny rodzaj agresji 🙂 Konie współpracują, opiekują się sobą nawzajem, są łagodne i UGODOWE. Niestety to człowiek stworzył koniom „warunki” pełne stresu. Na Youtube możemy obejrzeć wiele filmików koni atakujących z boksu człowieka. Człowiek przechodzi, koń wychyla głowę i cap za rękaw. Sami mamy też doświadczenia z końmi, które kopią, odkręcają się zadem, szczurzą się, reagują agresją. Rzadko kto łączy to zachowanie z ich odreagowaniem na długotrwały stres…

Gdy takie zachowanie konia nic nie daje, warunki się nie zmieniają, czynnik stresujący dalej trwa, pojawiają się zachowania autodestrukcyjne. LEVEL 3. Czy to nie dziwne, że większość takich zachowań ma miejsce w boksie? Konie drapią się do krwi o żłób, uderzają w pręty, kopią w boksy, kręcą się ciągle bez celu, łykają (*jeśli nie wiesz co to znaczy napisz w komentarzu – wyjaśnię).

Ostatni etap przewlekłego stresu to depresja. Objawy depresji: znieczulenie na cokolwiek, brak chęci do życia, brak reakcji na jakiekolwiek bodźce – i te dobre i te złe. Brak reakcji na ból, na sytuację wywołującą u zdrowego konia palpitacje serca 🙁 W takim koniu nie ma już konia. Jest tylko cień. Poddany, potulny, bez życia, bez iskry, bez reakcji.

Więcej nic nie dodam…za bardzo ściska mnie w gardle i w sercu.

Obserwujmy konie. Cieszmy się gdy jeszcze walczą, gdy gryzą i kopią. Jest wtedy jeszcze szansa na ratunek. Jeszcze żyją, jeszcze mają nadzieję. Jeszcze chcą…jeszcze mają siłę.

Ela Gródek

Zdjęcie: Dla kontrastu – Julia i (wierzę, że) szczęśliwy Wacław.

Zmiana „oczekiwań” końskich, zmiana zachowań końskich

Jakiś czas temu oprócz lasku i ujeżdżalni zaczęłam eksplorować z Larmandem wielką, nieskończoną łąkę przy stajni. Łąka najpierw jest płaska, a potem wznosi się do góry. Taka łąka to naprawdę fajne pole do ćwiczeń. Na takiej łące koń może ćwiczyć swoją kondycję. Jak to się mówi po człowieczemu: ćwiczy „kardio” 🙂 (układ krążenia, serce). Idąc (lub jadąc) pod górę czy z niej schodząc, pokonując nierówny teren, koń wzmacnia mięśnie – inne niż te na płaskiej ujeżdżalni.

Gdy pierwszy raz stanęłam przed górką z Larmandem, to raz, dwa i już byliśmy na szczycie. I to niekoniecznie była moja świadoma decyzja 🙂 Larmand podjął decyzję za mnie: „Biegniemy do góry!” Larmand bywał już tu ze swoim właścicielem i najprawdopodobniej zapamiętał, że gdy jest łąka, to jest galop pod górę. Jakoś tak nie zdążyłam mieć nic do powiedzenia 🙂

Galop pod górę jest niesamowicie przyjemny. Ale gdy to my decydujemy, kiedy ma się zacząć, kiedy skończyć i w jakim tempie ma być.

Wiele razy spotykamy się u koni z taką właśnie „jazdą na pamięć”. Szczególnie widać to w terenach. „Aha, tu zawsze kłusujemy, a tu zawsze galopujemy, a tu będę miał wolne, a tu skręcamy…”. Koń bardzo szybko uczy się schematu i idzie na pamięć. Mało tego, on „oczekuje” tej powtarzającej się czynności, spodziewa się jej i całe jego ciało przygotowuje się na ten ruch. Koń przyśpiesza, jest podniecony, zadziera głowę do góry, „przebiera” nogami przed zbliżającym się galopem. Lub odwrotnie, przechodzi do stępa bez proszenia. On wie, co i gdzie ma robić – i to robi. Ignoruje dialog z jeźdźcem, przestaje wsłuchiwać się w jeźdźca, w jego sygnały, i sam próbuje podejmować decyzje. To wszystko wynika ze wspaniałej pamięci koni i ich niesamowitej umiejętności ułatwiania sobie życia. Nie z ich złej woli czy złośliwości, nieposłuszeństwa, jak to często się słyszy.

Jak zapobiec takiej jeździe na pamięć (która może przecież prowadzić do niebezpiecznych sytuacji)? Po prostu zmieniać trasy, prosić konia o różne chody w tych samych miejscach, urozmaicać tę samą trasę, zaskakiwać konia i przy okazji siebie 🙂

Wracając do Larmanda. Idąc na łąkę, Larmand oczekiwał galopów. Dało się wyczuć podwyższoną energię, ekscytację, bo „zaraz będę gnał pod górkę!”.

Zatem kolejne moje wyjścia z Larmandem na łąkę skupiały się i skupiają (praca trwa) na zmianie tego oczekiwania. Czasem idę z Larmandem w ręce po łące. W połowie górki zaczynam biec, potem stęp, potem bieg. Obserwuję, jak reaguje. Nagradzam za każde zatrzymanie się, zmianę tempa na moją prośbę. Nagradzam „głosowo”: „Tak! Super!”, przez pogłaskanie, uśmiech, okazanie zadowolenia, kawałek marchewki. Każdy koń rozróżnia emocje i dobrze wie, co do niego mówisz 🙂 Pochwały w odpowiednim momencie dają mu do zrozumienia, że o to chodzi! Innym razem ćwiczę w siodle. I znów – stęp, kłusik i przejście do stępa. Szczodre nagrody za każdym razem. Upewnianie go, że tym razem to nie o galop mi chodzi.

Czy zawsze się udawało? Nie 🙂 Czasem Larmand przeszedł z kłusa do galopu sam. Sam zdecydował. Ale nie dostał za to batem. Bo niby za co miał dostać? Nie była to przecież jego zła wola. Zawsze przecież tu przyspieszał. Za to, gdy następnym razem powstrzymał się od galopu, dostał hojną nagrodę. Pozytywne wzmocnienie działa lepiej niż bat i ból. I nie jest to tylko moje osobiste doświadczenie, ale fakty poparte naukowo. Pozytywne wzmocnienie być może czasem wymaga więcej czasu i wysiłku ze strony człowieka, ale przynosi lepsze efekty, nie burzy relacji z koniem, nie krzywdzi konia.

My z Larmandem mamy czas 🙂 A bacik służy nam tylko do lepszej komunikacji.

PS I pamiętajcie – relacje z koniem nie są nam dane raz na zawsze. Koń nie daje kredytu zaufania. Dla niego liczy się tu i teraz. Liczy się, jak go traktujesz dzisiaj. Wczoraj miałeś jego zaufanie, dzisiaj możesz je stracić. Nad zaufaniem człowiek musi pracować cały czas… To najbardziej wymagający „sport” na świecie!

A tu krótki filmik z łąki. Proszę Larmanda o, zamiast szybkiego galopu pod górę, kłus, lub wolny galop, lub stęp. Dogadaliśmy się 🙂