Jazda na różnych koniach w różnych stajniach

27 kwietnia na facebooku napisałam: „Niestety 2-dniowy rajd na wschodzie Polski, w zeszły weekend, został przełożony 🙁 Na szczęście zawsze można liczyć na Zaczarowane Wzgórze i nie rezygnować z „końskich” planów (doceniam!♥️).Tym razem moim partnerem w kilku godzinnym terenie był Bruno – młody koń zajeżdżony na jesieni. Jazda na młodym koniu zawsze wymaga od jeźdźca dużo więcej skupienia, uwagi, pewności siebie, umiejętności, niż przy koniach starych-terenowych-wygach 🙂 Co więcej – to duża odpowiedzialność. Przynajmniej ja tak to czuję. To WAŻNE, by koń nie zraził się do terenów, człowieka na początku swojej drogi pod siodłem.

Ćwiczyłam więc „miękką rękę”, pozwalałam na ciut więcej niż zazwyczaj- oby tylko nie doszło do niemiłych poszarpywań (do wędzidła też trzeba przywyknąć), zbyt mocnego działania wodzy. Nie musiało być perfekcyjnie, ważne, by było z jak najmniejszą presją – tak to czułam. Dużo działam dosiadem (by zwolnił, by zmienił chód) i BARDZO DUŻO CHWALIŁAM. Bruno to ambitny konik, którego naprawdę nie trzeba pchać do przodu. Idzie chętnie, z odwagą (tak na poważnie tylko raz się wystraszył – na szczęście uskok wysiedziałam🙂). Podziwiałam jego balans – mimo blotka i trudnych podejść.

Bardzo lubię jeździć w różnych stajniach, na różnych koniach. Jednego konia szybko „uczymy się na pamięć”. Gdy mamy do czynienia z różnymi rasami, temperamentami, różnym wiekiem, stopniem wyszkolenia konia, wtedy zabawa zaczyna się zaczynać 🙂 PS Bruno jeździ na wędzidle skórzanym opatentowanym przez Jerzy Krukowski & JK System – Jeździectwo holistyczne Szczęściarz!”

W tym wpisie postanowiłam rozszerzyć dwa tematy: temat pracy z młodym koniem i temat „uczenia się koni na pamięć”. Wiesz – nie lubię wypisywać się na facebooku (na fun pagu „jazda konna naturalnie” daję tylko zajawki). Tam wszystko „niknie”. Spada w przepaść, zostaje przykryte nowymi informacjami, ginie. A tu na blogu jest miejsce by temat rozwinąć tak, by jeździec wyniósł z niego jak najwięcej. I co wg mnie istotne – wszystko jest tu ułożone i łatwo dostępne. W lupkę wklepujesz interesujące Cię hasło i wyskakuje treść. Lub patrzysz sobie na spis treści i wchodzisz w interesujący Cię temat.

Wracając do tematu. Kiedyś napisałam wpis o tym jak zmieniłam stajnię i nagle… doszło do mnie, że nic nie umiem (możesz o tym przeczytać tu A jak jest z tymi hucułami?? Wydawało mi się, że tak mi dobrze idzie, że tyle już potrafię i nagle…otrzeźwienie. Zmieniając konie, zmieniając stajnie, jeżdżąc na różnych koniach w terenach, rajdach zdobywamy nowe umiejętności. UWIELBIAM TO! Oczywiście na samym początku nauki dobrze jest mieć jednego konika – żeby najpierw ogarnąć siebie! Ale gdy tylko poczujemy pewność i luz na jednym koniu, zalecam przesiąść się na drugiego, trzeciego, piątego konia. Nauka jazdy konnej nigdy się nie skończy – gwarantuję Ci to 🙂 Szkoda, że jeźdźcy tak często unikają jazd na „trudniejszych” koniach. Pamiętam ciągłe bitki w stajniach rekreacyjnej o tego „najlepszego konia” – konia Profesora, który – de fakto – wykonywał 80% roboty za jeźdźca. Musimy wybrać – albo po prostu miło spędzać czas, albo się czegoś uczyć.

Oczywiście co innego, gdy zaczynamy trenować sportowo lub gdy zależy nam na więzi z jednym koniem. Gdy trenujemy sportowo i celem, po jakimś czasie, staje się nie sama nauka jazdy konnej, skoków, ale puchar, podium, wtedy jazda na jednym koniu ma sens – szybciej prowadzi do sukcesu (sukcesu człowieka, nie konia 🙂 ). Ja osobiście nie mam takich celów – stąd ogromna radość w studiowaniu zachowań, temperamentów różnych rumaków. Cieszy mnie gdy muszę odkryć „dlaczego ten koń robi tak?”, „co zrobić, by lepiej się z nim dogadać?”, „a jak zareaguje na to?”, itp.

Takie oto pytania zadawałam sobie w niedzielę podczas jazdy na Brunie. Bruno na przykład, na powitanie, nie chciał mi podać nóg do czyszczenia. Tak twardo na nich stał, że zastanawiałam się „Co u licha! Czy ja nie umiem poprosić konia o podanie nogi??”. Pani Instruktor pomogła (wolałam poprosić o pomoc niż siłować się z Brunem!). Ale…już po naszej całodniowej wycieczce, Bruno chętnie podał mi nogę. Poznał mnie, zaufał, pozwolił. ŁAŁ!!! Super uczucie i ważna lekcja. Bruno niezbyt umiał ustać w miejscu. Wolał kręcić się, iść, robić coś, zamiast stać i czekać – to bardzo typowe dla młodych, niedawno zajeżdżonych koni (Bruno zaczął pracę pod siodłem pół roku temu – to stosunkowo niedawno). Jakie to podobne do zachowań dzieci! Pełnych energii i nieumiejących usiedzieć na jednym miejscu 🙂 Co w takiej sytuacji robić? Jak reagować? Zamiast upierać się przy dłuższym staniu, pozwalałam na chodzenie, a potem prosiłam o krótkie stanie i NAGRADZAŁAM za nie. Nie możemy wymagać od młodego konia tego czego wymagamy od starszego, doświadczonego!. Bruno też nie przyzwyczaił się jeszcze do końca do wędzidła. Wcześniej jeździł na kantarku. Wędzidło to ciągle dla niego nowość. Wyraźnie to widziałam w jego zachowaniu: a to potrząsał głową, a to wyciągał wodze, nie reagował na wędzidło tak jak wyćwiczony koń. Miękkie, oddające ręce to podstawa. Nie siłowałam się z nim, nie próbowałam „udowodnić swojej racji”. Gdzieś poprosiłam o więcej, gdzieś indziej popuściłam, by nie wywoływało to zbyt dużej presji. Młody koń mający złe doświadczenie z wędzidłem na początku swojej drogi to duże problemy w przyszłości.

Jak pisałam, podziwiałam Bruna za równowagę. Koń nie urodził się, by nosić człowieka na grzbiecie. Tak często o tym zapominamy. Koń musi się tego nauczyć! Człowiek bardzo zaburza równowagę konia, środek ciężkości. Koń uczy się tego jak to jest mieć człowieka na plecach, jak z nim iść, biegać, galopować. Jak schodzić z w dół po stromym, błotnistym, śliskim zboczu! Nie jeden leciwy koń mógłby mieć z tym problem!

Zobaczcie filmik jak Bruno sobie radził

Polecam Wam jazdę na różnych koniach. Przyglądajcie się im, przyglądajcie się SOBIE, SWOIM REAKCJOM. To jedno z najcudowniejszych rzeczy w jeździectwie 🙂

Ela Gródek

A poniżej jeszcze filmik z pięknego, wiosennego lasu.

Praca z nieznanym koniem? Jak zacząć?

W marcu, razem z córką – Julią, byłam odwiedzić przyjaciół. Na mojej stronie na facebooku (dodając poniższe zdjęcia) napisałam: To MAŁA JULECZKA w wieku około 3 lat i DUŻA JULIA 14 lat później. W tym samym miejscu, z wizytą u przyjaciół Agnes i Erika. Z Agnes mamy taką teorię, że to tu zaczęła się pasja Julii do koni (w którą później wciągnęła Matkę – Elę). Nigdy wcześniej, i nigdy później nie miała styczności z końmi a ciągle o nich mówiła i kazała zapisać się na jazdę konną…Zobaczcie tę dumną, zadziorną minę Julki w tym wykwintnym towarzystwie kucyka i psa – Luny. Agnes! Dziękujemy na wspaniałe spotkanie, za wzruszające wspomnienia.”

Kucyk szetlandzki i pies Luna odeszli. Na ich miejscu pojawiła się Bubble i Drent – równie cudnie reprezentowali „rodzinę”. Tak wiele zależy od tego kogo spotkamy na swojej drodze. Gdyby nie Agnes, gdyby nie Julia…nie byłoby mojej miłości do koni i książki „Jazda konna? Naturalnie!”

Gdy poznałam Agnes i Erika nie wiedziałam kompletnie nic o koniach. Dlatego bałam się ich (tak podskórnie). Nie widziałam jak się przy nich zachować, jakie zachowania są bezpieczne, jakie nie. Czy ten koń może mnie kopnąć? To samo z psem. Czy Luna aby na pewno mnie nie ugryzie? Czy mogę ją głaskać bez „żadnych zasad”, czy jak pogłaszczę w nieodpowiedni sposób, to zwierzę może jednak ugryźć? Jak dobrze, że w pewnym momencie mojego życia zwierzęta na stałe dołączyły do codzienności. Teraz są nieodłączną jego częścią. Codziennie jestem wdzięczna za ich obecność. Bliskość zwierząt nie wywołuje już we mnie uczucia strachu, ale…MOC endorfin, szczęścia, miłości. Miłość do jednego zwierzęcia przenosi się na inne (przynajmniej u mnie idzie to lawinowo! 🙂 ). Cieszę się, że moim dzieciom, już od samego początku, mogę pokazywać jak zwierzęta cudnie dopełniają nasze życie… To tak tytułem wstępu 🙂 Tematem postu jest: praca z nieznanym koniem. Nie zakładaj, że Tobie taka „okazja” nigdy się nie zdarzy. Możesz nawet taką okazję sprowokować. Rozejrzyj się choćby we własnej stajni. Może jakiś koń potrzebuje więcej ruchu i kontaktu z człowiekiem😊 Co można zaproponować koniom i sobie na początku „znajomości”? Jak zacząć pracę z nowym koniem. Dróg jest wiele. Przedstawiam jedną z nich. Musisz pamiętać, że nowa osoba to „nowość” dla koni i może być źródłem stresu, a jazda w siodle, czy od razu wymagający trening, zbyt wielką presją (szczególnie dla koni, które mają do czynienia tylko z właścicielem, jednym jeźdźcem). Zaczęłyśmy od kontaktu na wolności. Trova z kucykiem Bubble chodzą sobie w ciągu dnia na round penie, w okolicach stajni i małym wycinku pastwiska. Od późnej wiosny, kiedy to trawa jest już na tyle duża i „silna”, że nie grozi jej zadeptanie, rozkopanie i pewna śmierć pod kopytami, konie mają również dostęp do łąk. Kontakt na wolności zaczęłyśmy na round penie – w miejscu im znanym i bezpiecznym (im mniej nowych bodźców, tym lepiej). To fajne obserwować i sprawdzać swoją komunikacji z nowym koniem. „Ustąp zad”, „Cofnij się”, „Chodź ze mną”, „Przesuń się w tą stronę”, „Stańmy razem”. Na wolności, na kantarku można bardzo delikatnie prosić o konkretne rzeczy obserwując reakcję koni i trenować wspólną komunikację.
Potem wzięłyśmy konie na kantarkach na łąkę gdzie mogły się popaść w naszym towarzystwie (pamiętajcie, że konie nie mogą zbyt długo jeść młodej, pełnej cukru wiosennej trawy! Na początek 15 minut, nie więcej).
Siedziałyśmy też z nimi w round penie nic nie robiąc. A raczej obserwując ich własne relacje. Te relacje były szczególnie widoczne przy sianie 🙂 Łatwo było zgadnąć kto tu rządzi. Trova przeganiała od czasu do czasu kucyka. Taki „zapoznawczy” dzień jest bardzo ważny. Nie tylko dla nas – ale przede wszystkim dla koni. ONE TEŻ MAJĄ PRAWO oswoić się z nami i zobaczyć kim jest ten nowy człowiek/ci nowi ludzie. Konie są różne! Dla jednego nowa osoba to nic takiego, ale dla innego źródło niepokoju i stresu.
Drugiego dnia była praca z ziemi. Julia zaproponowała 22 letniej Trova’e, koniowi już nie młodemu, pracę na kołach z drążkami. Praca na kołach, w odpowiednim rytmie, z przerwami (interwałowa), to ważny element treningu konia. Generalnie taka praca mocno wzmacnia mięśnie wewnętrzne konia (szczególnie brzucha i grzbietu – jeśli koń idzie w odpowiednim ustawieniu – głowa nisko, grzbiet zaokrąglony), rozciąganie konia (elastyczność), skupienie się konia. O zaletach takiej pracy możecie doczytać na innych stronach np https://www.straightnesstrainingacademy.com/, czy https://paulinaferdek.pl/metoda/dual-aktivierung/ . Julia inspirowała się właśnie tymi treningami i wykorzystywała ich niektóre elementy). Taki trening jest bardzo prosty do przeprowadzenia. Prowadzisz konia po drążkach, skręcasz (w różne strony) i znów prowadzisz po drążkach, zakręcasz i tak tworzysz znak koniczynki na ujeżdżalni. Koń prostuje się i wygina, prostuje się i wygina. Musi podnosić nogi, musi skupiać się, by nie wdepnąć w drążek i POROZUMIEWYWAĆ SIĘ z człowiekiem, obserwować go (gdzie teraz idziemy?) Z Julką zawsze mówimy, że to taka joga dla koni 😊 Trzeci dzień to był dzień w siodle. Trova była na to gotowa. Trova do dyspozycji ma round pen. Do jazdy na wprost (również bardzo ważnej) ma lasy, tereny. Szczęściara 😊 Julka najpierw „rozgrzała” Trova’ę stępując i również wykorzystując drążki. Zmieniając kierunki przechodziła stopniowo od stępa do kłusa.
Na końcu poprosiła o galop. Czuła, że może o to poprosić. Koń był spokojny, zrelaksowany, chętny do pracy. Pamiętaj – czas spędzony z ziemi zawsze zaprocentuje w siodle 😊 Pamiętam słowa trenera na moich pierwszych szkoleniach jeździeckich (Z JNBT)”To co dzieje się na ziemi, będzie się działo i w siodle” To co koń Ci pokazuje na ziemi, pokaże i w siodle. Czujesz się pewnie i bezpiecznie pracując z ziemi? To wsiadaj na grzbiet konia. Koń nie słucha, nie reaguje, „nie rozumie” Cię, nie słucha z ziemi? Poczekaj. Najpierw „dogadaj się” z nim z ziemi. To stara – dla mnie święta – zasada. Polecam! Ela Gródek

Wspinanie się ogierka

Idąc do stajni rekreacyjnej, mając do czynienia z końmi ułożonymi, szkolonymi, często mamy mylne wyobrażenie o naturze końskiej.

Wydaje nam się, że przecież to normalne, naturalne, że koń podaje nogę do czyszczenia, schyla łeb, gdy pociągniemy za kantar, usunie się w bok, gdy damy mu sygnał, stoi spokojnie, gdy czyścimy, idzie grzecznie, gdy o to prosimy itp. itd. Jednak rzeczywistość okazuje się zupełnie inna. Wystarczy poobserwować surowe konie, młode konie, źrebaki, by wyciągnąć kompletnie inne wnioski. Każdemu życzę choćby jednego dnia pracy z młodymi końmi. Tu widać naturę końską, instynkty koni jak na dłoni. To tu człowiek widzi, ile pracy wymaga koń, by stał się bezpiecznym towarzyszem człowieka. Ile zachowań trzeba wygasić, a ile nauczyć.

Ostatnio miałam okazję obserwować siłę instynktu ucieczki od źródła bólu, nacisku u młodego konia. O tym instynkcie pisałam już dokładnie w poście „Instynkt koński – nieustępowanie na nacisk” Instynkt koński – nieustępowanie na nacisk oraz w książce (O książce). W przeciwieństwie do człowieka, koń nie ucieka od źródła nacisku, ale stawia opór.

Torino ma rok i 8 miesięcy. To młody ogierek, żyjący beztrosko ze swoim stadem. Jest pewny siebie, zaczepny, ciekawski. Już dużo umie, ale dużo jeszcze nie. Wszystko to zaobserwowałam, spędzając czas z nim i ze stadem na pastwisku. Gdy pierwszy raz wzięłam Torina na ujeżdżalnię na kantarku, zauważyłam, że Torino nie ma nic przeciwko kantarkowi, o ile nie idzie za tym uwiąz. Spokojny spacer na uwięzie okazał się niemałym wyzwaniem. Torino zdecydowanie wolał mieć swobodną głowę niż ograniczoną na uwiązie. Poszarpywał głową, chcąc się uwolnić. Od razu wywnioskowałam, że instynkt napierania na źródło nacisku jest u niego jeszcze bardzo silny. Gdy kantar naciskał na jego potylicę, głowa Torina chciała naciskać na kantar. Gdy ja prosiłam o opuszczenie głowy, Torino odpowiadał naciskiem na ten ruch i „pchał” do góry, czyli – upraszczając – wyrywał głowę, chciał się odsadzić. W pewnej chwili tak się zamachnął, że zadębował. Widząc dwa kopyta w górze, puściłam uwiąz. Torino uwolnił się. Jeśli taka sytuacja powtórzyłaby się kilka razy, odruch wspinania się utrwaliłby się i „niechcący” koń mógłby stać się bardzo niebezpiecznym zwierzęciem.

Co możemy zrobić w takiej sytuacji? Usilne szarpanie się z koniem i „przeciąganie” na swoją stronę nie ma sensu. Jest niebezpieczne dla nas i niemiłe dla zwierzęcia (nie chcemy karać go za coś co leży w jego naturze). Zamiast tego możemy popracować nad wyciszeniem tego instynktu – najpierw na wolności. W boksie czy na padoku możemy naciskać własną ręką na potylicę i za każdym razem, gdy koń schyli łeb, nagrodzić go (np. kawałkiem marchewki). Potem możemy pociągać za kantar w dół i to samo – za obniżenie łba solidnie nagrodzić. W ten sposób koń nauczy się, że za nieszarpanie głową do góry należy się nagroda! A tak w ogóle, to na samym początku warto go oswoić z samym dyndającym uwiązem (koń zobaczy, że to nic takiego) oraz nauczyć chodzenia przy naszym boku „na wolności”.

Praca z młodymi końmi to wspaniała zabawa, ale też wielka odpowiedzialność. Zanim wezmę ponownie Torino na ujeżdżalnię, na uwiązie chcę mieć pewność, że dębowanie się nie powtórzy. Że przepracujemy to, co wymaga pracy – w dobrej atmosferze, w bezpiecznych warunkach.

PS I UWAGA. Przyczyny odsadzania, czy wspinania mogą być różne (często złożone). Takie zachowania mogą być konsekwencją strachu (nowa osoba, nowe wymagania), za dużej presji (koń: „muszę natychmiast się wyrwać, nie zniosę więcej”), klaustrofobii końskiej (każdy koń z NATURY to klaustrofobik. Ograniczenie wolności, możliwości ucieczki może paraliżować). Dlatego nie należy traktować tego wpisu jako wyjaśnienie wszelkich takich zachowań. Niestety…nie takie to wszystko proste. TYLKO obserwacja konkretnego konia, w konkretnych warunkach MOŻE nam powiedzieć gdzie leży problem… Bo gdzie NA PEWNO leży problem, to wie tylko sam koń 😊 Prawda Torino? 😊

PS II Ogierki w tym wieku mają tendencję do dębowania. Uczą się. No cóż…taka umiejętność przydaje się w przyszłości do walki z innymi ogierami oraz do płodzenia potomstwa.

PS III Torino będzie na dniach poddany kastracji. Ciekawe czy to znacznie wpłynie na jego zachowanie?

Ela Gródek

 

Wyprawa konna do Maroka – relacja (24-31 października 2021)

Tak już się jakoś utarło, że w październiku wyruszam na wyprawy konne gdzieś dalej w Świat – rok temu byłam na Ukrainie Część I – fotorelacja z rajdu konnego na Ukrainę, Bukowina Północna (17-24 października 2020) dwa lata temu w Gruzji Wyprawa konna do Gruzji, Waszlowanii – relacja (21-25 października 2019) a w tym roku przyszedł czas na Maroko. Wszystko w październiku i to prawie w tych samych datach. To znaczy, że to dobry czas…

Zatem od 24 października do 31 października miałam przyjemność wziąć udział w rajdzie gwiaździstym nad Atlantykiem (okolice Essaouiry) z organizatorem Maroc a cheval. Co to znaczy gwiaździsty? To znaczy, że spaliśmy w jednym miejscu i codziennie wyruszaliśmy w innym kierunku świata. Zawsze, zawsze marzyły mi się cwały po plaży. Przyszedł moment, gdy wiedziałam, że jestem już gotowa na taką przygodę. Wybór organizatora był dość spontaniczny. Ofertę zobaczyłam w środku kolejnej fali pandemii w lutym 2021. Cieszyłam się, że ktoś, coś, gdzieś jeszcze organizuje! Miałam już dość pandemii. Chciałam wyjechać, chciałam wolności, chciałam czasu z końmi. Wyjazd miał być w marcu. W marcu loty odwołali. Wyprawę przełożyliśmy na październik. Widocznie ten październik ma coś w sobie 🙂 Na wyprawę musiałam poczekać do jesieni.

Wybór organizatora Maroc a cheval był spontaniczny, ale trafiony! Po pierwsze – Magda (współwłaścicielka) niesamowicie pomaga w zakupie biletu, wyszukaniu optymalnego połączenia. ONA NAPRAWDĘ ZNA KAŻDĄ OPCJĘ. Okazuje się, że do Maroka można bardzo tanio dolecieć. Maroc a cheval zapewnia odbiór z różnych lotnisk (Agadir, Marrakesz) i zapewnia transfer. Kupienie biletów tam i z powrotem za 500 zł wcale nie jest czymś wyjątkowym. My zapłaciliśmy jedyne 350 zł na głowę… (byłam z dwójką przyjaciół). Magda poleciła mi wyszukiwarkę www.kayak.pl. Bilety radzę kupować bezpośrednio na stronie linii lotniczych (o wiele prościej przebukować w razie zmian).

Po drugie – warunki w jakich przebywaliśmy przerosły o stokroć moje oczekiwania (rezerwując tą wyprawę kompletnie nie zwracałam uwagi, gdzie będziemy spać. Nie dopytywałam).

Willa z basenem 🙂 Z zachodem słońca.

Co prawda woda w basenie zimna (noce są pod koniec października już chłodniejsze, a dni nieupalne – około 25 stopni) więc nie ukrywam, że nie pływałam w nim dla przyjemności (ha, ha, ha!) ale przydał się „ku zdrowotności”. Co rano wskakiwałam do basenu, by hartować ciało (i duszę 🙂 ) i wspomagać układ odpornościowy. Potem gorący prysznic i można siadać do marokańskiego śniadania.

Pokoje w willi były bardzo komfortowe – z prywatnymi łazienkami. Samo miejsce ciche, zadbane, z zielenią, no i z tarasem wychodzącym na zachód słońca! Nie ma nic wspanialszego niż posiedzieć na tarasie, w słońcu, po całym dniu na koniu. Dla mnie jest to jeden z największych luksusów. Nic mi więcej do szczęścia nie potrzeba.

Generalnie uważam, że byliśmy (grupa liczyła 12 osób) rozpieszczani do granic możliwości. Po powrocie z koni czekała na nas marokańska herbata i przekąski.

A wieczorem uczta zgotowana przez kucharza Husajna.

Jestem absolutną wielbicielką Husajna. Wszystko smakowało tak wyśmienicie i było tak pięknie podane, że oczy mówiły „mogę więcej zjeść, mogę więcej!” 🙂 Husajn gotuje naprawdę z serca – i to czuć i widać!

A jak wyglądał nasz dzień? Śniadanie było o 9.00 (to było wspaniałe, bo miałam z rana czas tylko dla siebie). Oczywiście nie muszę dodawać, że było PYSZNE (jak to u Husajna) – ale może nie wszystko będę Wam zdradzać 🙂

Po śniadaniu jechaliśmy do stajni.

W stajni wyglądały już na nas głowy koni (zdjęcie akurat zrobiłam wieczorem, ale rano wyglądało to podobnie)

Od 10.30 wyruszaliśmy w drogę. W połowie dnia zatrzymywaliśmy się na odpoczynek, lunch pod gołym niebem. Lunch woziliśmy w sakwach i nie muszę dodawać, że był pyszny i bardzo urozmaicony (sałatki, jajka, ryby, surówki). Raz też lunch „przyjechał” samochodem i był „na ciepło”.

Czasem jedliśmy i odpoczywaliśmy pod drzewami arganowców…

…a czasem na plaży z widokiem na bezkresny ocean.

Odpoczywaliśmy my, odpoczywały konie…

…i towarzyszący nam KAŻDEGO dnia pies Tischka 🙂

Po odpoczynku druga część rajdu i koło 17.00 byliśmy z powrotem w stajni.

Trasy każdego dnia były inne. Każda wyjątkowa. Każda zapierająca dech w piersi.

Pierwszego dnia jechaliśmy przez las tamaryszkowy, sady arganowe, by zatrzymać się w sklepie, spółdzielni, gdzie wytwarza się produkty z owoców drzewa arganowego (argania żelazodrzew, drzewo arganowe[4] (Argania spinosa (L.) Skeels) – gatunek drzewa z monotypowego rodzaju Argania z rodziny sączyńcowatych. Endemit występujący wyłącznie w regionie Sus w południowym Maroku, pomiędzy As-Sawirą, a Agadirem na terenach obejmujących 700-800 tys. hektarów. Ocenia się, że na terenie tym występuje około 21 milionów drzew arganowych, odgrywających ważną rolę w funkcjonowaniu tego środowiska. Źródło: Wikipedia)

W tym okresie – październik – wszystkie drzewa arganowe wyglądały jeszcze jakby uschły:

Ale podobno już w listopadzie, kiedy to robi się deszczowo, wszystko się zazielenia i drzewa arganowe wyglądają tak:

Z nasion argonowców wywarza się wiele kosmetyków (mydła, olejki, kremy) i PRZEPYSZNE AMLOU (zjadaliśmy tego tonę na śniadanie! To mielone migdały, czy orzeszki połączone z olejem arganowym w pastę. WSZYSCY kupiliśmy AMLOU na wynos do Polski 🙂 )

Koleżanka Gosia „wyciskająca” nasiona arganowców.

Że tak powiem…z tej kupy robi się cudne mydła i kosmetyki.

Rozpisałam się trochę o arganowcach, ale uważam, że należy im się dużo uwagi. Rosną tylko w tym regionie świata i są naprawdę wyjątkowe.

Innego dnia dojechaliśmy do pięknej, małej oazy.

Co jeszcze widzieliśmy? Co mijaliśmy? Podziwialiśmy? Niech zdjęcia mówią same za siebie.

Wędrowaliśmy w różnych kierunkach, ale (ku naszej wielkiej radości) codziennie w jakimś punkcie dnia lądowaliśmy na plażach Atlantyku. Wielkich, szerokich, PUSTYCH, z niespokojnym oceanem.

I na tych plażach cwałowaliśmy ile sił w kopytach! To było naprawdę niesamowite. Przy pierwszym galopie po prostu popłakałam się z emocji, z wrażenia, a przy kolejnych śmiałam się ze szczęścia. Kocham oddać wodze i pozwolić koniowi wyciągnąć się w galopie, cwale. Jechaliśmy „ławą”, konie ścigały się. Miejsca było na tyle, by wszystko było bezpieczne.

W tym miejscu warto dodać, że dobór koni u Brahima nie jest przypadkowy. Pierwszego dnia każdy z nas określił się na co jest gotowy. Brahim i Magda mają różne konie: i szybsze, i wolniejsze, i spokojniejsze i z wyższym temperamentem, i z mniejszym i większym rajdowym doświadczeniem, zatem i dla mniej i bardziej doświadczonych jeźdźców. Oczywiście jadąc na taki rajd powinniśmy naprawdę dobrze czuć się w siodle (i fizycznie i psychicznie!). Nie polecam wypraw konnych początkującym jeźdźcom. Jeździec musi być spokojny i nie bać się prędkości, wyścigów. Musi być pewny siebie. Musi wiedzieć jak zareagować w razie nieprzewidzianej sytuacji. Nasze emocje przenoszą się na konie. KOŃ NAPRAWDĘ WSZYSTKO WIDZI I CZUJE. Jeśli taka wyprawa ma być przyjemnością i dla konia i dla jeźdźca, jeździec musi mieć dobre podstawy, dobry dosiad i głowę gotową do takich cwałów, galopów. Początkującym jeźdźcom polecam najpierw krótsze tereny, potem całodzienne rajdy, gdzieś w sprawdzonym miejscu w Polce, z cwałami na ścierniskach. Jeśli tam będziesz czuł się bezpieczne, spokojnie – jesteś gotowy na Maroko. Poprzeczkę powinniśmy podnosić sobie powoli i z pełną świadomością. I żeby było jasne. Owszem, niejeden początkujący, czy średniozaawansowany jeździec, poradził sobie na tego typu wyprawie. Ale czy o „poradził sobie” nam chodzi? Czy o dziką radość i spokój w sercu?

Poniżej zdjęcia plaż. Obłęd prawda? 🙂

Ja i mój Prince i bezkres

W takich miejscach joga ma wyjątkowy wymiar.

Chcecie jeszcze??? Sorry – musicie pojechać i sami to zobaczyć.

O samych koniach (cudnych!) napisałam oddzielny post: Konie arabsko-berberyjskie w Maroko. W poście jest też filmik jak się galopowało po tych WIELKICH< DŁUGICH<PUSTYCH<OBŁĘDNYCH PLAŻACH.

Ostatniego dnia był czas na pławienie koni oraz na teren przy zachodzie słońca. Zdjęcia z pławienia (i przy okazji krótkiej sesji zdjęciowej) znajdziecie również w powyższym linku-poście. A zachód słońca? Piękny był 🙂

Organizatorem całego tego zamieszania byli Magda i Brahim z Maroc a cheval.

Bardzo polecam. Szczegóły: zdjęcia koni, trasy, terminy, ceny, znajdziecie tu https://marocacheval.com/

A ja i nasza skromna ekipa (dziękuję Wam Kochani za cudny, wspólny czas i użyczenie niektórych zdjęć!) żegnamy Was.

PS Dodam tylko, że podczas tego rajdu miały miejsce jeszcze 2 atrakcje: wizyta w pięknym mieście Essaouira (As-Suwajra) wpisanym na listę światowego dziedzictwa UNESCO oraz wizyta w Hammam. To byłby świetny materiał na blog podróżniczy. Niezapomniane wrażenia!

PS II Pozwolę sobie w tym miejscu na ważną uwagę i prośbę.

Niestety Maroka, jak i wielu przecudownych zakątków świata, nie omijają skutki działalności i obecności człowieka. Plaże są generalnie czyste. Ale ocean wypluwa to tu to tam…plastik, który wraz z roślinnością „wtapia się” w krajobraz. Serce boli. Proszę, używajcie jak najmniej jednorazowego plastiku, zbierajcie zakrętki, unikajcie foliówek jak ognia. W Maroku, podobnie jak w wielu innych afrykańskich państwach, jest zakaz używania jednorazowych toreb foliowych. My w Polsce – takim „świadomym” państwie – dalej rozdajemy je na każdym rogu. Nie miejcie wątpliwości, że Ziemia jest okrągła, że wszystko wpada i miesza się w naszych wspólnych oceanach. ZIEMIA nie wie co to granice…Świat można ratować małymi kroczkami – moimi i Twoimi.

Ela Gródek

Chciałbyś coś jeszcze wiedzieć? Zostaw komentarz – odpiszę.

FILMIK Z WYPRAWY OBEJRZYSZ TU (więcej galopów, cwałów i piękna marokańskiego wybrzeża) Videoblog

Relacja ze szkolenia z bezpiecznego spadania z konia

Relacja ze „Spadokoniarzy”, czyli ze „Szkolenia z bezpiecznego spadania z konia”, mającego miejsce w stajni „Na Zielonej” w Konarach, a prowadzonego przez HorseKiDo, ma za zadanie zdradzić Ci trochę szczegółów na temat formy szkolenia, a także doprecyzować temat i zakres szkolenia. Byłam, wraz z córkami, nie tylko organizatorem* tego szkolenia ale również po prostu uczestnikiem.

Już dawno, dawno temu czułam, że chcę wziąć udział w takim szkoleniu. Ale – było za daleko, było za drogo, było nie w tym terminie. Odpuściłam temat. Aż do momentu, gdy spadłam z konia (a raczej w bardzo spokojny sposób zsunęłam się z niego) i złamałam „kość promieniową u nasady” (nadgarstek). Zsuwając się z konia wysunęłam rękę, myśląc, że podeprę się i tyle. A tu niespodzianka – kość pękła. Operacja (drutowanie kości), 8 tygodni w szynie, a potem 2 miesiące rehabilitacji, by w miarę dojść do sprawności, upewniły mnie, że trzeba wrócić do tematu szkolenia ze spadania z konia.

Gdybym tak niespodziewanie, w pełnym galopie, wyleciała z siodła (bo koń się potknął) z kosmiczną prędkością, zawisła na gałęzi, uderzyła w skałę itp., itd. i rozwaliła rękę, to uznałabym to za pech i uznałabym własną bezradność wobec takich przeciwności losu. Ale nie… po wypadku miałam pewność, że mogłam zrobić coś inaczej! Że miałam czas, by zareagować inaczej i wyjść zwycięsko z tego upadku. JA NAPRAWDĘ MIAŁAM CZAS, BY INACZEJ UŁOŻYĆ CIAŁO. I powiem Ci, że wiele razy spadałam z konia, i wiele razy miałam poczucie, że dzieje się to wolno, że mogę tam dodać te dwa grosze od siebie…

Zanim przejdę do rzeczy – jedna ważna uwaga! Ten wpis nie ma za zadanie przekonywać nikogo do uczestnictwa w takich szkoleniach. Moim zdaniem albo poczujesz taką potrzebę albo nie. Jeśli poczujesz to idź jak w dym, jeśli nie, zostań w domu.

Dużo było teorii na tym szkoleniu (okraszanej licznymi dygresjami 🙂 Darek chciał nam opowiedzieć naprawdę wszystko z nawiązką 🙂 ) Teorii, która non stop przeplatała się z różnymi ćwiczeniami fizycznymi. W tym wpisie bardziej się skupię na kwestii „fizycznej” szkolenia.

Na początku Darek z HorseKiDo zwrócił uwagę na ogólne rozgrzanie jeźdźca, na rozruszanie stawów, rozciągnięcie ciała. Ćwiczyliśmy tzw. „podstawówkę”, czyli zestaw ćwiczeń, które miały za zadanie rozgrzać, rozruszać wszystkie nasze stawy. Ćwiczyliśmy też rozciąganie ciała. Już choćby 10-minutowe, ale CODZIENNE, rozciąganie, ma zbawienny wpływ na nasze ciało, naszą sprawność.

A nie ukrywajmy – bezpieczne spadanie jest w 100% skorelowane z naszą kondycją fizyczną. Ja poczułam to już dawno temu. Dlatego też, jak pisałam we wpisie joga a jeździectwo, poświęcam na jeździectwo tyle samo czasu co na ćwiczenia własnego ciała. I tego samego wymagam od moich jeżdżących córek. Niewyćwiczone, sztywne ciało na koniu to wielkie prawdopodobieństwo kontuzji (i naprawdę nie trzeba do tego niebezpiecznych sytuacji). Poza tym odkryłam na własnej skórze, że im bardzie sprawna, wysportowana jestem, tym po prostu lepiej jeżdżę.

Po solidnych ćwiczeniach przygotowujących ciało przyszła kolej na ODDECHY. Darek przykładał do oddechu wielką wagę. Nie bez przyczyny. Oddechem możemy regulować ciało i umysł. Przez oddech pozbywamy się blokad w ciele, napięć, stresu. Przez oddech łapiemy rytm i ŚWIADOMOŚĆ WŁASNEGO CIAŁA. Stajemy się bardziej uważni, obserwujemy to co się w nas dzieje. To przy koniach podstawa…Ale to temat na oddzielny post 🙂

Pies Balios też nam pomagał oddychać z przepony, nie z klatki piersiowej 🙂

Potem praca z piłkami. RÓWNOWAGA, BALANS. Wiemy, że to podstawa jeździectwa, że to podstawa bezpieczeństwa, a kto z nas rozwija tę umiejętność „z ziemi”. Ponownie Darek dał nam sporo rad i przydatnych ćwiczeń. Oj, było to męczące. Ostatnimi czasy moją piłką bawił się Larmand (koń). Postanowiłam, że po szkoleniu, piłka wraca do domu i będziemy się nią bawić MY (Jula, Ela, Ala i Olga) (a jak się nią bawił Larmand obejrzyjcie na filmiku w Videoblog).

Po ćwiczeniach z oddechem, z rozluźnieniem, z balansem (piłką), przyszła kolej na ćwiczenia na matach. I wyszło szydło z worka! Wszyscy zapomnieli jak robiło się zwykłe fikołki 🙂 W szkoleniu brała udział młodzież. Nawet oni ( w sumie one) musieli sobie przypomnieć jak to się robi! Niestety – pozwolę sobie na małą dygresję – w szkole moje dzieci miały zaledwie kilka lekcji przez całą podstawówkę, gdzie ćwiczyły fikołki, przewroty! Szkoda! Apeluję – fikołki to niezmiernie ważna umiejętność!

Ale Darek nie uczył nas zwykłych fikołków. Uczył nas jak przeturlać ciało, by nadgarstki, łokcie, bark, głowa na tym nie ucierpiały. Jak wpaść w ten kulisty, piękny ruch, dzięki któremu przekierujemy siłę wyrzutu na zewnątrz, a nie stłumimy ją na łokciu, nadgarstku, barku. ŁAŁ! To naprawdę nie było łatwe! Powtarzaliśmy te przewroty kilkadziesiąt razy, a i tak wydawały się „kwadratowe”. Ale to normalne. Na początku myśleliśmy o tym jak ułożyć głowę, bark, ręce, dłonie. „Kulistość” przychodzi wtedy, gdy człowiek zaczyna wykonywać ten ruch automatycznie, odruchowo. Wtedy siup! Przewrót i stoimy znów na nogach!

Ćwiczyliśmy też w kaskach i kamizelkach, by w pełni zidentyfikować się z sytuacją 🙂
Odpowiednie ułożenie barku i głowy to podstawa
I znów jesteśmy na nogach!

Jak Darek wielokrotnie powtarzał – on dawał nam narzędzia, ale to my musimy dalej z tym popracować.

Przewroty w przód, przewroty w tył. Przez lewe ramię, przez prawe. Pady w przód, pady w tył. Pady były genialne. Czasem przecież lecimy centralnie na plecy… lub buzię. Co możemy zrobić??? Zastosować pady. Twoje napięte ręce wraz z otwartymi, napiętymi dłońmi mają za zadanie zamortyzować upadek. Super sprawa! Ćwiczyliśmy ciesząc się efektami jak dzieci!

Lecę i…
Amortyzuję upadek dłońmi, przedramieniami


A potem to samo, tylko z niego większej wysokości – nie z kucek, nie z przysiadu, nie z ugiętych nóg, tylko z małego rozpędu z pełnej wysokości. Ponieważ trudność ćwiczeń była stopniowana, żaden z uczestników nie miał problemu z ich wykonaniem. Ale jeśli, oglądając zdjęcia, myślisz: „to niebezpieczne!”, „ja bym się bała” to znaczy, że TY i TWOJE CIAŁO nie są na to jeszcze gotowe (a często to po prostu Twój umysł nie jest gotowy).

Przez półtora dnia mieliśmy różne ćwiczenia z ziemi i dopiero w ostatnich 2 godzinach szkolenia, wsiedliśmy na konia. Najpierw było ćwiczenie na zaufanie 🙂 Nie zdradzę szczegółów. Potem ćwiczenie w stępie: przełożyć nogę nad głową konia, zeskoczyć z konia i wykonać przewrót w przód. Proste! A jednak okazało się, że wielu uczestników miało obawy z zeskokiem z konia (gdy ten był w ruchu) i wykonaniem przewrotu. Przez lata uczą nas wsiadać i zsiadać w stój, i to przenosząc nogę do tyłu, nie do przodu. Jak się okazuje – proste złamanie schematu wywołuje niepewność i zwykłą obawę. To ćwiczenie więc miało WIELKI SENS. W tym temacie ja z moimi córami, byłam mocno do przodu, bo ten sposób zsiadania z konia praktykuję już od pewnego czasu. Gdy schodziłam z konia w standardowy sposób, moja kamizelka ochronna zahaczała się o strzemię, więc zaczęłam zsiadać właśnie przekładając nogę nad głową konia i zeskakując z niego. Poza tym miałyśmy duże szczęście, bo trafiłyśmy w naszym życiu do stajni, na szkolenia, gdzie nie raz miałyśmy okazję „powygłupiać” się na końskim grzbiecie 🙂 Tam już dawno przełamywałyśmy te „strachy”, strach przed zeskokiem, zejściem z konia, gdy ten jest w ruchu itp. Jak wiecie, jestem fanką woltyżerki, jazdy na oklep, jazdy bez strzemion, młynków, „pozycji „na Indianina” itp 🙂 Zarówno w Ranczo Pcim jak i w Akademii A.A Susłowcy miałyśmy okazję zeskakiwać z koni, robić „cyrki” na grzbietach koni, jeździć na oklep (to praktykowałam też często z Larmandem a Jula z Ariką). Zresztą więcej na Dosiad – nauka na całe życie 🙂 Myślę, że gdyby nauka jazdy konnej zaczynała się właśnie od tego, nie trzeba by było szkoleń z „Bezpiecznego spadania z konia”. Ale o tym też już się kiedyś wypowiadałam (Mam pomysł! Nauka spadania i woltyżerka dla początkujących oraz Rozważania z leżaka o Lorenzo)

Czy jest sens zeskakiwać z konia i potem „sztucznie” wykonywać przewrót? Jest! I to głęboki. Chodzi o wyćwiczenie pewnego odruchu, odruchu przekierowania siły wyrzutu w przewrót. Zapamiętania tego schematu.

I na koniec, po stępie przyszedł czas na kłus. To samo ćwiczenie tylko, że w kłusie. Daliśmy radę 🙂 A teraz wyobraź sobie galop. Spadasz i siła od razu pcha Cię do przodu. Zamiast wyciągać nadgarstki, ręce, by zahamować, zamiast lądować na łokciu, barku, masz złożyć swoje ciało i się przeturlać. To mieliśmy starać się sobie wdrukować podczas tego krótkiego szkolenia.

„Ale proszę Pani! Z reguły to się spada do przodu, na głowę, a nie na nogi!” Cóż – widząc nasze niezgrabne spadania na nogi i fikołki, myślę, że HorseKiDo wiedziało jak ustawić program, by wszyscy wyszli z tego cało 🙂

Generalnie – jeśli lecisz z konia do przodu głową, to łap się brachu wszystkiego: grzywy konia, łba konia, siodła. Rób wszystko, by wyhamować, by ostatecznie zdążyć przerzucić nogi i nie wylądować na głowie, lub wrócić w siodło (mi się to ostatnio udaje!!).

Nie – to szkolenie nie rozwiąże wszystkich naszych problemów. Nie zniweluje wszystkich naszych upadków. Ale nawet jeśli miałoby pomóc wyratować nas choćby z 30-50% z nich to uważam, że i tak super.

A w takich okolicznościach jedliśmy obiad 🙂 Obok stajni „Na Zielonej” jest „Zielona Farma” https://zielona-farma.com.pl/ z domkami do wynajęcia (tu mieszkali nasi uczestnicy).

Obiad z widokiem pasących się koni

Jeszcze raz widok z domków w Zielonej Farmie
HorseKiDo i Jazda konna naturalnie 🙂

PS Jeśli chciałabym pogłębić umiejętności spadania z konia to zapisałabym się na zajęcia z judo, aikido czy inne sztuki walki. Przewroty, pady to podstawy na tych zajęciach! Ale obiecałam sobie ćwiczyć, powtarzać w domu na macie!

PS To jest moja relacja, moje odczucie i mój osobisty odbiór. Piszę o tym co czuję i jak czuję. Każdy z nas odbiera świat przez pryzmat swoich doświadczeń. Pamiętaj 🙂

*do roli organizatora należało: ściągnięcie HorseKido w wyznaczonym terminie w nasze strony, pozbieranie zainteresowanych, dogranie miejsca, menu, zadbanie o dobrą kawę i wspaniałą, otwartą atmosferę 🙂

Ela Gródek