Kucyk Wacław i Julia

Wacław – kucyk, z którym Julia ćwiczyła od ponad roku, urozmaicając mu czas, znalazł nowego właściciela i… odjechał. Wacław „współtworzył” przystajenne mini zoo. Wcześniej pracował w rekreacji, ale nie spełniał się w tej roli. Nie znałyśmy „tamtego” Wacława. Słyszałyśmy tylko, że potrafił być „niegrzeczny”. Stop! Raz miałyśmy okazję zobaczyć Wacława w akcji.  Ala wzięła Wacława na przechadzkę po ujeżdżalni. Wacław po 3 minutach odwrócić się na pięcie i…zwiał z ujeżdżalni przeskakując „zamykającą” ujeżdżalnie linkę. Podczas lonżowania potrafił strzelać z zadu do lonżującego. Na ujeżdżalni „wywoził” biednych adeptów i zrzucał… dość często.

Kiedy Julia powiedziała mi, że chciałaby ćwiczyć z Wacławem, wiedziałam, że będzie to wyzwanie. Wyzwanie dla Wacława i dla Julii. Wyzwanie, które mogło się nie udać. Wiedziałam, że Julia musi zmienić dużo w tym jak Wacław postrzega człowieka. Ta relacja człowiek-koń była do naprawy. Tak jak żaden jeździec nie powinien próbować „naprawić” konia batem, tak żaden koń nie powinien kopać w stronę człowieka. Jeśli tak się dzieje, to znaczy, że coś tu trzeba odpracować…z obu stron.

Dla Julii, czas z Wacławem, to był wspaniały czas. Czas ogromnej nauki – od niego, od Wacława. Czas nauki wrażliwości, wyczucia, „timingu” (reagowania na czas), relacji, ale i pewności siebie, stawiania granic. Julia zaczęła pracę z Wacławem od pracy z ziemi na kantarku, a skończyła na wyjazdach w teren na oklep. Okrągły rok… Długo? Nie. Przy koniach czas staje, przy koniach czas się nie liczy.Przy koniach czas procentuje.

Dla mnie – dla Mamy – było to bardzo ważne, by ta obopólna nauka, była bezpieczna. Było to możliwe, bo Julia dała Wacławowi ( „problematycznemu” zwierzęciu) dużo czasu, nie czekała na szybkie efekty,  satysfakcjonowały ją małe postępy.

Cieszyłyśmy się z każdego kroczka, z każdego małego sukcesu! Wspólnie. O tak! Wacław próbował „odpuścić” sobie lonże i zwiać, próbował kopać w stronę Julii, próbował wyrywać się i pójść własną drogą. Początki nie były różowe.

Julia nie używała bacika. Jeśli używała, to tylko by pokazać kierunek, pomóc w wyrażeniu o co jej chodzi. Pamiętam, jak pierwszy raz wzięłam Wacława na lonżę. Wzięłam carrot-sticka (długi bacik). Na sam jego widok Wacław zaczął biec szybkim kłusem, takim wręcz panicznym, a w oczach pojawiły się białka. Od tego momentu widziałam, że bacik kojarzy się Wacławowi ze zbyt silną presją. Jeśli Julia chciała odbudować pozytywną relację człowiek-koń musiała zrezygnować z bata lub pomalutku odczarować go. Nadać mu nowe znaczenie (wskazujące). Julia za to stosowała wiele, wiele pochwał, nagród na każdym kroku (pochwały były słowne :”Super”, „Tak”!!, „dotykowe” – głaskanie. Pochwałą było też zdjęcie presji – zakończenie zadania, nie wymaganie nowej rzeczy, puszczenie wolno).

Bez Szkoły Dla Prawdziwych Koniarzy na Zaczarowanym Wzgórzu, gdzie Julia uczy się już trzeci rok, ta przygoda nie byłaby możliwa. Julia nie byłaby gotowa na tą przygodę.

Lubiłam patrzeć na Julię i Wacława. Tak bardzo mnie cieszyło, że Julia odnajduje pasje nie tylko w skokach na metrowych przeszkodach, ale i w byciu z koniem, pracy z nim, czasami u podstaw.

Wacław – bardzo Ci dziękujemy! Niech Ci się wiedzie!

A teraz kilka zdjęć i filmików – na pamiątkę 🙂

Julia wiele miesięcy pracowała z ziemi. Na lonży i na wolności – w hali. Aby Wacław nie myślał o ucieczce 🙂 Wiecie – konie są bardzo mądre! Raz, drugi ucieknie, nie ma konsekwencji, nowa „umiejętność” zostaje utrwalona i można cieszyć się wolnością!

Praca na hali miała za zadanie przekonać Wacława do człowieka. Z człowiekiem może być miło, fajnie!

 

Potem przyszedł czas na jazdę pod jeźdźcem. Powooooli, spokojnie. Po kilka kroków. Pamiętając, że Wacław naprawdę długo nie miał nikogo na grzbiecie. A jak miał to może nie do końca mu się to dobrze kojarzyło?

Przyszedł czas na wędzidło i siodło.

I pierwszy galop. Ojjjj to były już większe emocje! Ale zaczynając od kilku kroczków, chwaląc szczodrze, wynagradzając, Wacław doszedł do wniosku, że nie ma po co się buntować 🙂

Na cordeo?  Dlaczego nie?

A potem przyszedł czas na pierwszy teren – z ręki, z ziemi. Jak Wacław będzie reagował? Czy będzie się płoszył? Wyrywał do stajni?

A potem teren na wędzidle i w siodle,

a potem na oklep.

A potem na oklep i ze skokami.

A potem miało być na kantarku, na cordeo…Ale historia się urwała.

Ale nie skoczyła. Wacław będzie miał spokojne życie – a my zawsze możemy go odwiedzić 🙂

PS Pamiętajcie – nie ma zły koni, niegrzecznych, wrednych koni. Są tylko konie z którymi człowiek się nie dogadał, którym nie dał wystarczająco czasu.

Dziękujemy Stajni Na Zielone za zaufanie

Ela Gródek

*uzupełnienie z dnia 16 czerwca 2020

Po moim wpisie o Wacławie (przypis autorki:  patrz wpis powyżej), kilka osób zadało mi pytanie: czy Wacław mógłby wrócić do rekreacji? Zacznijmy od tego, że Wacław czasem miał ataki kaszlu na ujeżdżalni (reakcja na pył, kurz) co dyskwalifikowało go jako kandydata do regularnych, codziennych, jazd w rekreacji (Julia bywała u Wacława raz w tygodniu i mogła dostosować ćwiczenia do formy kucyka).

Ale załóżmy, że Wacław byłby w pełni sił.

To ja postawię, w tym momencie, inne, bardziej generalne pytanie. Czy wszystkie konie nadają się do rekreacji, sportu?

Nie, nie wszystkie. Niektóre konie nie mają odpowiedniej psychiki, by znosić wszystko to, co człowiek (ucząc się jeździć) wyprawia. Tak! To sama prawda! Ty i ja – stawiając pierwsze kroki w jeździectwie (i może wiele kolejnych) robiliśmy straszny zamęt w głowie konia. Wysyłaliśmy tysiąc sprzecznych komunikatów i oczekiwaliśmy jednego – znanego tylko nam – rezultatu 🙂

Mówi się w jeździectwie „o koniu jednego jeźdźca”. Wg mnie Wacław był właśnie takim koniem. Ale to też temat na oddzielny wpis. Na pewno interesuje Was, czy koń rodzi się „koniem jednego jeźdźca”, czy się nim staje?

Szacunek dla tych stajni, które sprzedają takiego konia „jednemu jeźdźcowi” (znam wiele takich stajni) lub fundują dożywotnią emeryturę.

Teraz Wacław odpoczywa na takiej właśnie emeryturze …i mam nadzieję, ma same dobre wspomnienia z pracy z człowiekiem 🙂

PS A jak sprawdzić czy koń lubi z nami być? Czy udało nam się nawiązać z nim pozytywną relację? Najprościej? Iść po niego na padok i poczekać. Jeśli odwróci się do nas zadkiem i odejdzie żwawo, to znaczy, że musimy jeszcze trochę popracować 🙂 Myślę, że ten wątek rozwinę w kolejnym wpisie, bo chciałabym Wam jeszcze o czymś opowiedzieć.

Zapał młodego jeźdźca

Olga. Moja trzecia córa (7 lat). Na początku nie chciała jeździć konno. Konie ją przerażały. Ok. Nie ma sprawy. Jazda konna nie jest dla wszystkich. Chodziła ze mną czasem do stajni. Rozmawiała z daleka z Larmandem, z innymi końmi. Z dystansem. Dystans zmniejszał się. Zaczęła pomagać w czyszczeniu koni (najbardziej lubi czyścić kopyta) i pewnego dnia poprosiła o jazdę.

Od 2 miesięcy regularnie ćwiczy jazdę konną.  Zaczęłyśmy od jazd na lonży, bez siodła, na oklep. Na początku chodzi przede wszystkim o złapanie równowagi, „poczucie” konia, o kontakt z nim, oswojenie się z byciem na grzbiecie. Im mniej mamy do opanowania (strzemiona i wpadające tam nogi, wodze, prowadzenie itp.), tym lepiej. Wbrew pozorom, uwaga początkującego jeźdźca (zarówno dziecka jak i dorosłego!) nie jest podzielna. Sam fakt „bycia” na końskim grzbiecie, który się rusza, przyspiesza, zwalnia itp., pochłania niesamowicie dużo uwagi. Czasem instruktorzy o tym zapominają. Wydaje im się, że dziecko nie słucha (ich uwag, poleceń). Dziecko słucha, ale nie słyszy 🙂

Równocześnie wraz z praktyką weszła teoria – czyli wieczorne czytanie „Jazdy konnej naturalnie! Co ten koń sobie myśli?”- o koniu, jego instynktach, zachowaniach. Dla mnie to niesamowity moment. Książkę pisałam z myślą o Julii i Ali – a teraz czytam ją Oldze!

Po pewnym czasie, na ujeżdżalni, dodałam pracę w siodle – opanowanie strzemion i kłusa anglezowanego. Kłus anglezowany wcale nie jest taki prosty. Patrząc na Olgę,  zaśmiewałam się pod nosem! Olga- mały worek starający się wpaść w rytm konia. Jakie były moje pierwsze wrażenia z jazdy kłusem anglezowanym? Naprawdę było to aż tak trudne? 🙂

W siodle można ćwiczyć stójki i półsiady, dodawać skłony. To niezbędne ćwiczenia na równowagę. (więcej o ćwiczeniach na koniu przeczytasz w książce O książce). Zanim Olga dostanie w ręce wodze, z wędzidłem w pysku konia, musi popracować nad swoją równowagą, niestabilną ręką.

Ale przejdźmy do sedna. O czym chciałam Wam dzisiaj napisać? Olga, jak każde dziecko, po niedługim czasie, uznała, że ciągle robimy to samo. Chciała czegoś nowego! Od sióstr wiedziała, że one galopują. Już na drugiej lekcji chciała galopować 🙂 To brzmiało ekscytująco! Mając dość tłumaczeń, że jeszcze za wcześnie, że jeszcze nie jest gotowa, po jakimś czasie, pozwoliłam na krótki galop. I co? Teraz już nie prosi 🙂 Galop okazał się o wiele trudniejszy niż sobie wyobrażała. To naprawdę inna energia! Olga poczuła strach, poczuła brak kontroli, panowania. Dobrze znam ten strach.  Pokonywałam go stopniowo przez kawał mojego końskiego życia 🙂 Dobrze więc znam te uczucia i myśli.

Olga nie prosi już o galop i nie prosi też o samodzielną jazdę. Nie chce, bym odpięła lonżę (poczuła na własnej skórze również bryknięcie konia). Kupę czasu upłynie zanim będzie na to gotowa – gotowa nie fizycznie, ale  psychicznie. Jazda konna nie jest łatwa. Rodzicu – musisz o tym wiedzieć.  Gdybym sama tego etapu nie przeszła, nie wiedziałabym i nie dzieliłabym się tym z Tobą.

Na szczęście teraz wiem i nie będę niczego przyspieszać! A niech kłusuje jeszcze przez kilka lat!

PS Wspaniałym urozmaiceniem lekcji są elementy woltyżerki. Zadziornie zawsze pytam Olgę „Olga to jak? Galopujemy?” A ona na to „A może już woltyżerka?”. Ze śmiechem na ustach ściągamy siodło i przechodzimy do najfajniejszej części w treningu z koniem 🙂

 

Kto nie lubi jazdy do tyłu?

Lub „martwego Indianina”?

Na zdjęciach Felicja ze „Stajni na Zielonej”. Najcudowniejszy kucyk na ziemi!

Porady rajdowe – cześć III (co gdy temperatura waha się od 25 do -1?)

O rajdach już trochę pisałam:

Pisałam o tym jak generalnie jest na rajdach, co mnie w nich urzekło (Rajd konny część I – Wrażenia) i o tym jak przygotować się do rajdu, czyli o rajdach od strony praktycznej (Rajd konny; część II – Porady rajdowe ). Pisałam też o tym, jak się jeździ, gdy temperatura dochodzi do 30 stopni, a komary nie dają żyć 🙂 (Rajd z komarami w plażową pogodę 🙂 Porady rajdowe) oraz o rajdzie z pławieniem koni (Rajd z pławieniem koni)

Dzisiaj krótko o rajdzie gdzie temperatura wahała się od 25 stopni do minus 1. Jak się ubrać? Jak przetrwać??

Generalnie unikałam rajdów w „niepewnym” pogodowo czasie – późna jesień, wczesna wiosna. Jestem z tych co marzną. Nienawidzę uczucia chłodu. Bałam się, że będę marznąć i że chłód odbierze mi całą przyjemność rajdowania. Najlepiej czuję się, gdy jest 30 stopni. Ale… w Polsce nie ma „pewnych” terminów, pewnej pogody. Niemiłe niespodzianki mogą zdarzyć się w każdym z 12 miesięcy. Zatem nie ma dobrych i złych miesięcy na rajdowanie.

Nadszedł czas. Odważyłam się podnieść rękawicę. Prognozy pogody pokazywały, że pierwszego dnia rajdu będzie 20 stopni (=czyli w słońcu 25), drugiego trochę chłodniej, trzeciego deszcz i 10 stopni, a czwartego -1 i śnieg. Szczerze? Miałam nadzieję, że prognozy się nie spełnią 🙂

Tak grzało słońce i takie było niebo pierwszego dnia.

Takie konie siodłaliśmy trzeciego dnia w tzw „luce” między jednym opadem deszczu a drugim. Jak widzicie, Jula ma minę nietęgą 🙂

A tak wyglądał dzień czwarty 🙂

Okazało się jednak, że NAPRAWDĘ, to co mówią starzy rajdowcy jest prawdą – grunt to odpowiednio się ubrać. I udało się nam! Duma tym większa, że udało się to osiągnąć, nie uszczuplając domowego budżetu na kupowanie specjalnych ubrań jeździeckich na niepogodę, i nie obciążając konia ładując dodatkowe tony ubrań.

W sakwach i torbie za siodłem miałyśmy zmieścić wszystkie ubrania na 4 dni, śpiwór, karimatę, wodę i posiłek na 1 dzień. Wszystko maksymalnie lekkie, by nie obciążać dodatkowo koni.

Oto osiodłany koń – dwie, nieduże sakwy po bokach (wypchane polarami, wodą, jedzeniem, kubkiem) i …

i tzw „banan” na tyle (nieprzemakalny worek 25 l – taki jaki kupuje się na kajaki, łódkę) wypchany śpiworem, karimatą, ubraniami.

Co ubrałyśmy, że nie zmokłyśmy, nie zmarzłyśmy i … nie ugotowałyśmy się?

Dzień pierwszy  – piękne słońce, temperatura 20 stopni, w słońcu 25. Jedziemy na krótki rękaw (lub w cienkiej bluzce z podwiniętymi rękawami) i w bryczesach. Na nogach buty górskie – skórzane, oddychające.

Dzień drugi – trochę wieje, chłodniej. Wyjmujemy pierwszy polar. Tyle wystarczy. Reszta bez zmian.

Dzień trzeci – leje! Leje od rana, temperatura spada do kilku stopni. Wyjmujemy drugi polar i nieprzemakalne spodnie (zwykłe, do górskich wycieczek). Spodnie zakładamy na bryczesy. Ważne, by na takich „podwójnych nogawkach” dało się zapiąć czapsy. Czapsy są naprawdę niezbędne na rajdach – między innymi nie nalewa się woda do butów 🙂 ).

Spodnie kupiłam kiedyś za 200 zł – firma Catmandoo. Bardzo polecam. Idealne w góry i na konie 🙂

Zakładamy deszczówkę. Tylko błagam nie taką !!!

Nie mogłam trafić gorzej – ponczo rozerwało się po drugim dniu… (mimo, że „made in Germany”)

Polecam to:

80 zł – Dekathlon – idealna deszczówka. Chroni bardzo dobrze przed wiatrem i deszczem. A momentami lało naprawdę solidnie!

Zakładamy rękawiczki – i w tym punkcie warto się zatrzymać. Julia wzięła grube, zimowe, jeździeckie rękawiczki (Dekathlon), ja zwykłe, narciarskie – ale nieprzemakalne.

W pewnym momencie zauważyłam, że Julia ucichła, jakby posmutniała. Pytam „Wszystko dobrze? Nie jest Ci zimno?” „Nie, tylko ręce mi zmarzły” – odpowiedziała.  Już wiedziałam, że „tylko ręce mi zmarzły” oznaczało „jest mi naprawdę zimno i źle”.

Nie macie pojęcia jak można zmarznąć „od rąk”!  Zimno od mokrych, przemarźniętych dłoni, rozchodzi się po całym ciele i zaczynasz czuć się fatalnie. Dzięki temu, że jedna z nas miała ciepłe, nieprzemoknięte rękawiczki (narciarskie), przeżyłyśmy 🙂 Wkładałyśmy je na zmianę, by się ocieplić.

Z reguły bardzo marzną mi nogi – górskie buty zdały egzamin idealnie. Nie założysz przecież termo-butów, gdy jest 25 stopni w pierwszym dniu!

Dzień czwarty – przymrozek, śnieg, deszcz ze śniegiem. Wkładamy drugie skarpety. Reszta bez zmian. Idealnie!

Kilka filmików rajdowych obejrzycie tu Videoblog

Słońce, deszcz, znowu słońce, wiatr, deszcz, śnieg. Co jeszcze ??? Wydawałoby się, że przy takiej pogodzie nie ma mowy o przyjemności z rajdowania. O jak bardzo się myliłam! Wręcz przeciwnie. Miałam wrażenie, że wszyscy rajdowicze, przeżywając razem pogodowe przygody, jeszcze bardziej zżyli się ze sobą i jeszcze bardziej cieszyli się z każdej chwili. Żarty nie miały końca. Ponadto, jak człowiek wtedy docenia ciepły posiłek wieczorem, ognisko, ciepło pieca w chacie, promyk słońca na postoju! Podobało mi się!  Naprawdę.

Już się nie boję pogody! Jak to mówili inni rajdowicze „Pogoda jest, i jest stabilna” 🙂 I w niczym nie przeszkadza.

Poniżej kilka fotek z pięknych plenerów – dla rozbudzenia Waszej tęsknoty za rajdowaniem 🙂

 

Zdjęcia – te najładniejsze autorstwa Natalii Sobockiej.

Dialog z koniem w boksie

Fama. Nie jeździłam na niej bardzo długo, ponad rok. Tym razem Julia wzięła Panią F., a ja Famę. O Famie pisałam już, jak mi „utarła nosa” (czytaj tu: Jak to Fama utarła mi nosa ) Teraz przyszła kolej na drugi post z Famą w roli głównej – tym razem z moimi wrażeniami nie z ujeżdżalni, ale z boksu. Generalnie koński boks to miejsce, gdzie można wiele dowiedzieć się o koniu. W boksie, na tej małej, zamkniętej przestrzeni, koń wysyła do nas wiele sygnałów, komunikatów. Mam wrażenie, że wyraźniej niż gdzie indziej. Nie jest to jego naturalne środowisko życia. Może dlatego…

Jak zwykle weszłam do boksu i stanęłam z boku (chcę, jak to już kiedyś pisałam, by to koń pierwszy podszedł do mnie, zaczął dialog). Fama podeszła, przywitałyśmy się. Była idealnie czysta. Pogładziłam więc ją trochę, podotykałam delikatnie, obserwując, gdzie lubi, a gdzie nie i jak mi to sygnalizuje. To naprawdę wspaniały czas dla nas z koniem  – czas przed jazdą, przed siodłaniem. Jeśli tylko masz więcej czasu (= rób tak, by go mieć 🙂 ), to bardzo Ci polecam, byś poświęcił chwilę na pobycie z koniem (przed jazdą czy po). To fajna nauka „czytania” koni, ich sygnałów. Im częściej będziesz to robić, tym więcej sygnałów będziesz umiał odczytywać.

Zabrałam się za kopyta. Poprosiłam Famę o lewą nogę, ale Fama obróciła się i odeszła. Podeszłam jeszcze raz, poprosiłam ponownie – to samo. Nie mam w zwyczaju szarpać się z koniem (szczególnie takim, którego nie dotykałam już rok! I szczególnie w boksie). Szarpanie się z koniem to zawsze ostateczność i zawsze musi być uzasadniona. Stwierdziłam: „OK. Nie chcesz mi teraz podać nogi, nie ma sprawy, uszanuję to. Może masz swój powód. Może o czymś nie wiem”. Zaczęłam siodłać. Spokojnie, w pełnym relaksie osiodłałam Famę, po czym ponownie podjęłam próbę wyczyszczenia kopyt. Znów podeszłam, tym razem do prawej nogi, poprosiłam o nią. Fama bez najmniejszego problemu podała nogę, potem drugą, trzecią, czwartą. Bez emocji, bez problemu. Byłyśmy gotowe na jazdę 🙂

Podobnie jak u Pani F. sprawdziła się metoda zmiany utartych szlaków, schematów, rutyny (więcej czytaj tu: A jakby to zrobić inaczej? )

Kiedyś zapewne starałabym się „zmusić” konia do zrobienia tego, co ja chcę i w takim momencie, który mi pasuje najbardziej. Bez dyskusji, bez sprzeciwu, bez względu na to, czy konia znam, czy nie, czy widziałam go raz w życiu, czy więcej. Teraz wolę inaczej. Słucham go, staram się podejść indywidualnie i wybieram metody porozumienia, nie wymuszenia. Koń, zachowując się tak czy inaczej, ma ku temu powód (ZAWSZE). Coś sprawiło, że tak robi. Każda „walka” z koniem utrwala w nim niemiłe skojarzenia z daną sytuacją (tu czyszczenie kopyt). Każda „walka” podnosi poziom adrenaliny we krwi. A poziom adrenaliny we krwi nie opada u koni tak szybko jak u człowieka. Zatem na starcie lekcji jazdy konnej mamy konia na „wyższych”, niepozytywnych emocjach. Taki koń, jak wiele razy pisałam, nie myśli o nauce, o pracy z jeźdźcem.

Wyszłyśmy z Famą z boksu w miłej atmosferze – miłej dla mnie, miłej dla niej. To bardzo dobry początek lekcji jazdy konnej 🙂

PS Więcej o tym, jak konie się uczą, oraz o ich systemach emocji przeczytasz tu: Nauka koni przez ciekawość i zabawę

PS UWAGA. Fama naprawdę nie chciała bym dotykała jej nogi. Masz rację często koń próbuje wyrwać nogę, czy opiera się przed jej podaniem. Czasem trzeba być zdecydowanym, pewnym siebie, przytrzymać ją, powiedzieć „Spokojnie, nic się nie stanie, wyczyścimy i będzie dobrze!” i kontynuować pracę. I nic się nie dzieje, koń uspakaja się i wszystko gra. Ale czasem koń pokazuje całym sobą, że naprawdę nie chce. To trudne czasem – czy utrzymać, czy odpuścić? Z czasem odróżnienie tych dwóch sytuacji już nie będzie sprawiać problemów. Tylko musimy więcej spędzać czasu z końmi 🙂

Zdjęcie autorstwa bajkowej Ewy Janickiej, miejsce Słoneczna Czechówka, model – ciekawski Bąbel. Zdjęcie nieco w kontraście z treścią postu 🙂

O terenach część II

Część I  o terenach przeczytasz tutaj : O terenach część I

Tereny pomagają w analizie nie tylko naszych emocji (o tym było więcej w części I), ale też naszego „fizycznego” zachowania w siodle. Oto, co ja „sprawdzam” wielokrotnie w terenie, co za każdym razem weryfikuję:

1. Czy mam spięte barki? Ramiona? Czy spinam uda? Uwierzcie mi! Trzeba ciągle się o to pytać. Ludzkie ciało ma tendencję do „napinki”. Naprawdę trudno to kontrolować. Cały czas się łapię, że jakąś część ciała niepotrzebnie trochę spinam. To rozluźnienie, o którym ciągle gdzieś słyszymy, to właśnie to! Teren to okazja do pracy nad rozluźnieniem! Obserwuj się, obserwuj swoje mięśnie.

Na ujeżdżalni najczęściej mamy „zadania”. Te zadania powodują, że nie poświęcamy tyle czasu, ile powinniśmy, na przyjrzenie się sobie samemu – swojemu ciału, każdej jej części.

2. Co z moimi rękoma? Jak pracują? Czy oddaję miękko wodze w kłusie, galopie? Co robię z wodzami?

Czy jeśli mój koń jest „szybki” i ciągle przyspiesza, wisi na ogonie drugiego, to czy czasem, instynktownie,  nie uwieszam się na wodzach, powodując, że i koń się na nich uwiesza? Bardzo łatwo uruchomić instynkt koński: „koń napiera na źródło nacisku” (szerzej o tym instynkcie w książce „Jazda konna naturalnie! Co ten koń sobie myśli?).

Podczas terenów zawsze mam to w głowie.

Jeśli koń pędzi do przodu, to próbuj puścić wodze, oddać wodze i obserwuj, czy koń zwolni. Wiem, że to trudne. Ale to jedna z najważniejszych umiejętności – puścić wodze pędzącego konia (oczywiście, nie całkiem!). Ile to razy obserwuję walkę między jeźdźcami i końmi, walkę na pysku. Błędne koło –  jeździec ciągnie konia, koń ciągnie jeźdźca. Jeśli wracasz z terenu i na drugi dzień masz zakwasy w rękach to znaczy, że „hamowałeś” rękami, wodzami, hamowałeś „na pysku”. Najgorszy z możliwych sposobów…

Jeśli zdarzy Ci się sytuacja, że koń wyrywa do przodu – ugnij jego łeb, wprowadź konia na koło, siądź głęboko w siodle, wypuść powietrze, rozluźnij ciało. I wodze luźno!

Piszę o tym, bo sama tak robiłam (i czasem dalej mi się to zdarza). Ale ważne, by zdawać sobie z tego sprawę i uczyć się kontrolować nasz odruch.

3. Jak zatrzymuję konia? Czy używam rąk? Czy pamiętam o tym, by zawsze używać własnego tyłka (dosiadu), a nie rąk? Usiądź ciężko w siodle, wysiedź, a ręce luźniutko. Pamiętaj – pysk konia to bardzo delikatna tkanka! Wyobraź sobie własne podniebienie.

4. Czy patrzę wzrokiem horyzontalnym – zarówno w stępie, jak i w pełnym galopie? To ważny temat, któremu poświęciłam cały wpis:  O wzroku „peryferyjnym” .

Nie patrz na łeb konia, na zad konia przed Tobą, pod nogi, na ścieżkę. Patrz daleko, patrz tam, gdzie chcesz jechać. To niesamowicie pomaga m.in. w balansie.

5. Czy jestem lekka na koniu? Czy mu nie przeszkadzam?

Najważniejsze zadanie jeźdźca to nie przeszkadzać koniowi! Koń naprawdę wie, jak ma jechać i gdzie ma stanąć 🙂

Podczas niedzielnej jazdy było mnóstwo galopów – i tych kontrolowanych, wolniejszych, i tych typu „dzida”.

Przyjrzyj się, jak się czujesz podczas wolniejszego galopu, w pełnym siadzie? Czy naprawdę masz przyklejony tyłek do siodła i nie obijasz nim konia? Nie przeszkadzasz?

A w półsiadzie podczas „dzid”? Czy utrzymujesz równowagę nie na wodzach, tylko na swoich nogach? Często balans próbujemy wyrównać, przytrzymując się wodzy. Masz problem z równowagą – lepiej przytrzymaj się samego konia (szyi, grzywy), ale nigdy wodzy.

Było też mnóstwo przeszkód – powalonych na drodze drzew, przez które skakaliśmy.

Widzisz przeszkodę? Zrób odpowiednio wcześnie półsiad, rozluźnij się (dosłownie pomyśl o swoich mięśniach w każdej części ciała!), oddaj wodze przy skoku. Nie przeszkadzaj! Uśmiechnij się!! To samo robisz przecież na ujeżdżalni.

6. A co robię jak koń się potyka? Czy jestem na to przygotowana? Czy pozwalam, by wodze wydłużyły się, a moje ciało nie „uwaliło się” na konia nie pomagając mu w pozbieraniu się?

Nie możesz zaciskać wodzy. Wodza w takim momencie ma się wysunąć – tym sposobem nie dasz koniowi „po zębach”, pozwolisz, by się pozbierał, odzyskał równowagę.

To moja „check” lista. To pytania, które stawiam sobie za każdym razem w terenie. Przyjemność czerpana z terenów jest naprawdę wielka. Dbajmy nie tylko o swoją przyjemność, ale przede wszystkim o przyjemność konia 🙂