Jeździectwo jest trudne – daj sobie czas

Ostatnio córka Julia, robiąc porządki w komputerze, natrafiła na filmiki z naszych pierwszych galopów. Szczerze mówiąc, nie wiedziałam, że te filmiki jeszcze istnieją! Śmiechu było co niemiara 🙂

Z Julą i Alą wspólnie zaczynałyśmy swoją przygodę z jeździectwem. Ala miała 6 lat, Jula 7, a ja 35. Pierwszy galop miał miejsce – o dziwo! – na wakacjach, w stadninie „Qń”, na północy Polski. Spędzaliśmy wtedy rodzinnie czas nad jeziorem i wygooglowaliśmy stadninę obok naszej kwatery. W stadninie „Qń” przedstawiłyśmy nasze umiejętności: umiałyśmy kłusować, nigdy jeszcze nie galopowałyśmy, jeździłyśmy raz w tygodniu od dwóch lat itp. Widocznie instruktorka, obserwując nas w kłusie (i znając swoje konie), uznała, że damy sobie radę, i dlatego zachęciła do galopów. Zatem, mając odpowiednio  8, 9 i 37 lat po raz pierwszy zagalopowałyśmy. Pierwszy galop, pierwszy kłus dobrze się pamięta! Co za emocje! Co za endorfiny!

Dobrze pamiętam, jak wiele razy na ujeżdżalni, obserwując innych galopujących jeźdźców, myślałam „Nigdy się tego nie nauczę! To takie trudne!”. Takich momentów zwątpienia było dużo w mojej końskiej karierze. Naprawdę wiele razy myślałam, że nie pójdę dalej w tej swojej nauce, że ugrzęznę na ujeżdżalni i nigdy nie pojadę np. w teren. Myślałam, że za późno zaczęłam naukę jazdy konnej, że to jednak nie dla mnie, że trzeba mieć talent. A jednak przychodził moment, że byłam gotowa na kolejny krok. W momentach zwątpienia wspominałam słowa jednej z naszych instruktorek – Zuzanny. Powiedziała nam kiedyś, że ona kłusowała 7 lat, zanim instruktorka pozwoliła jej zagalopować. 7 lat! Czym było moje oczekiwanie w porównaniu z jej siedmioma latami??

Na wyjazd na kilkudniowy rajd czekałam 6 lat. Wcześniej jeździłyśmy z córkami w tereny. Nie zdecydowałam się na wyjazd na rajd, dopóki nie poczułam się pewnie w każdym terenie* . Gdy w terenie w jednej stajni zaczynałyśmy czuć się bezpiecznie, zmieniałyśmy stajnię. Każda stajnia to inne konie, inne temperamenty, inne tereny i instruktorzy. Warto o tym pamiętać i testować siebie w różnych warunkach 🙂 (zauważ – „testować siebie” – a nie konie). „Super mi idzie! Nic mnie już nie zaskakuje!” w jednej stajni nie oznacza tego samego w drugiej!

Z pozoru, podczas tych pierwszych terenów, nic się nie działo. Przecież nie spadałam, dobrze trzymałam się w siodle, wracałam cała i zdrowa. Ale wiedziałam dobrze, co dzieje się wewnątrz mnie. Wiedziałam, że dalej pojawia się czasem strach, niepokój, czasem brak panowania nad koniem, niespokojne myśli. Nie – nie byłam psychicznie przygotowana na rajd. Czekałam zatem dalej. Czekałam na ten „luz” na koniu, pełny wewnętrzny spokój, zaufanie do siebie i do konia 🙂 Czego się bałam? Pewnie tego czego często i Ty:

  1. Prędkości,
  2. Poniesienia przez konia,
  3. Wyścigów konnych (czasem konie w terenie mają wielką ochotę na wyścigi),
  4. Nieopanowania konia (pozwolenia mu na poniesienie),
  5. Upadku.

A jak wiesz – jeśli jeździec się boi, to… koń też. Nasze emocje przenoszą się na konia. Nie jest to wtedy bezpieczna jazda, nie jest to wtedy przyjemność – ani dla nas, ani dla konia.

Piszę o tym, by powiedzieć Ci, jeźdźcu, że warto czekać, że masz czas i nie musisz się śpieszyć z nauką jazdy konnej. Jeździectwo jest trudne!

Mówię Ci o tym, by dodać Ci otuchy, byś nie rezygnował, miał cierpliwość, nie poddawał się, nie ulegał presji. Poznawaj instynkty końskie, język koni, ich zachowania, reakcje… ich duszę, a lęki, strachy, niepewność siebie odejdą.

Czerp przyjemność z każdej jazdy, z kontaktu z koniem, słuchaj własnego serca.

PS Polecam też Nigdy, przenigdy nie będę

PS Co konkretnie pomogło mi w postępach w jeździe konnej przeczytasz w książce „Jazda konna naturalnie! Co ten koń sobie myśli?” ( O książce )

A tu filmik z pierwszych galopów Ali! Videoblog

*nie ma czegoś takiego jak „pewnie w każdym terenie” – na pewno jeszcze wiele mnie zaskoczy 🙂 W jeździectwie nie ma też pojęć „zawsze”, „każdy”, „na pewno”.

A jakby to zrobić inaczej?

Dzisiaj coś o rutynie i szablonach

Jakiś czas temu miałam trening na klaczce o *pseudonimie Pani F. Pani F., jak wiecie z wpisu ( Dlaczego nielubiana klacz jest moją ulubioną? ) nie jest łatwym koniem. Nie jest łatwym koniem, bo jest bardzo myślącym koniem i szybko nauczyła się „instrukcji obsługi człowieka”. Konie szybko uczą się zachowań pozytywnych jak i negatywnych (to wiecie z kolei z Dobra pamięć koni a nauka )

Dla przypomnienia, schemat siodłania Pani F wygląda następująco:

  1. Wchodzimy do boksu, Pani F. odwraca się do nas zadem, ucieka łbem, by nie założyć jej kantara.
  2. Jeśli udało się i założyliśmy kantar, zaczynamy czyścić Panią F. Przy podnoszeniu przedniego kopyta Pani F zaczyna kopać, podgryzać i wierzgać.
  3. Jeśli przeżyliśmy i się nie poddaliśmy, zaczynamy siodłać. Przy zapinaniu popręgu Pani F. powtarza cały cyrk: gryzienie, wierzganie, wypychanie jeźdźca zadem z boksu.

Taki jest schemat 🙂

Zatem przyszłyśmy do stajni. Uzgodniłyśmy z instruktorką Basią, że ćwiczymy dzisiaj na oklep. Ja na Pani F.

Podeszłam do boksu Pani F. i myślę sobie tak: „Mam dużo czasu, nie muszę jej siodłać. Hmm…co by tu można porobić”. Myślę, myślę… „Wiem! Może dzisiaj zrobię wszystko inaczej”. Tu wtrącę mały komentarz – to niesamowite, jak wspaniale działa nasz mózg! Na najfajniejsze pomysły wpadamy właśnie wtedy, gdy mamy czas, gdy się nudzimy, gdy nic nie robimy. Praktykuję to od jakiegoś czasu i naprawdę działa.

Weszłam do boksu. Stanęłam z boku. Staram się zawsze to robić. To ja wchodzę w przestrzeń konia, do jego „domu”. Nie wchodzę zatem i nie biegnę do niego od razu z rękami. Czekam cierpliwie, aż on podejdzie do mnie i zacznie „dialog”. Pani F. podeszła, obwąchała mnie – wie dobrze, że ludzie często mają dla niej (na przekupstwo) coś dobrego. Pogłaskałam. Po chwili „przywitania” zaczęłam wyciągać kantar. Nie obyło się i tym razem bez małej „gonitwy”. Zdecydowanym ruchem nałożyłam kantar. I wtedy przy boksie pojawiła się Julia. „Mamo! Zdejmij jej teraz ten kantar”. „Super pomysł!” – odpowiedziałam. Julia od trzech lat uczęszcza do **Szkoły dla Prawdziwych Koniarzy i naprawdę nauka nie idzie w las. Zawsze słucham jej komentarzy z największą uwagą. Zdjęłam kantar. Pani F. stoi osłupiała. Powoli zakładam kantar. Pani F. nawet nie drgnie, nawet nie pomyśli o ucieczce, stoi i czeka. Ona ten „etap” miała już przecież za sobą. Przecież już uciekała od kantara…Tego nie było w planie, w schemacie Pani F. Pochwaliłam ją szczodrze, wygłaskałam. I jeszcze raz zdjęłam i założyłam kantar, chwaląc jej idealne zachowanie.

„No dobra – to co teraz?” – pomyślałam. „Właśnie, że nie! Nie przywiążę Cię do boksu! Będziesz luzem podczas czyszczenia”. Powoli, z dobrymi intencjami, z wielką sympatią dla Pani F. w sercu zaczęłam ją czyścić. Bardzo mi zależało, by „spuściła” powietrze, by odprężyła się, by sprawiło jej to choć trochę przyjemności! Często – gdy wysyłam komuś moją książkę z dedykacją – piszę: „Pamiętaj, że koń wie, o czym myślisz”. Jest to bardzo ważne zdanie. Zdanie, które ja ciągle sobie powtarzam. Od jakiegoś czasu o tym wiem, na początku nie wiedziałam. Jeśli w sercu mamy strach, jeśli w sercu mamy obawę czy – co gorsza – złe emocje, to koń nie odpręży się przy nas, nie zaufa nam. Na początku naszej znajomości z Panią F. miałam strach w sercu, ale stopniowo uczyłam się opanowywać te emocje i zamieniać je na szczerą sympatię, pewność siebie, zaufanie.

Czyszczenie sierści zaczęłam tym razem od innej strony niż zwykle. „Bawiłam” się tym czyszczeniem i zaskakiwaniem Pani F. Moje ruchy były zdecydowane, ale spokojne. I co najważniejsze – nie zawsze tam gdzie się ich spodziewała.

Przed nami był ostatni etap – czyszczenie kopyt. „Co by tu zmienić…?” – myślałam głośno. „Wiem! Wyprowadzę ją z boksu”. Pani F. grzecznie wyszła. Przywiązałam ją do boksu i podeszłam do innej nogi niż do tej, którą zwykle ma czyszczoną jako pierwszą. Pani F. bez najmniejszego wierzgnięcia, kręcenia się, podgryzania, dała wyczyścić sobie nogę za nogą. Za każdym razem wygłaskałam ją (nawet chyba miałam kawałek „wzmacniającej pozytywnie” marcheweczki), podkreślałam głosem, jak dobre było jej zachowanie, jak mi się podoba. Nie muszę dodawać, że włożenie ogłowia również obeszło się bez zbędnych emocji.

Ja zaskoczyłam Panią F., ona zaskoczyła mnie (sama nie wiedziałam, że aż tak dobrze te zmiany, złamanie schematów zadziała!).

Pani F. dokładnie nauczyła się procesu „obsługi jeźdźca”. Zapamiętała, co powinna robić w każdym punkcie, by pozbyć się go i zyskać kolejną godzinę wolności dla siebie 🙂 Ale gdy proces znikł i pojawiło się coś nowego – i to w atmosferze „bez spinki” – Pani F. została z niczym.

Tak sobie pomyślałam – czemu tak rzadko na to wpadamy? By deptać schematy, łamać zasady? Zdecydowanie częściej będę tak robić. Oczywiście tam, gdzie trzeba, tam, gdzie może przynieść to pożytek 🙂

Na Pani F. nie jeżdżę często. Skoki ćwiczymy raz w tygodniu. Czasem ćwiczę z klaczką Panią F., a czasem z innym koniem. Nie mam zatem dużego wpływu na jej zachowanie, na jej nawyki. Nie mam też szansy na głębokie relacje. Ale to nie oznacza, że mam przyjąć postawę „taka już jest, nic się nie da zmienić”. Czasem wystarczy włączyć myślenie, poeksperymentować, zmienić schematy. (ale uwaga! Wszystkie „nowości” muszą być na nasz poziom! Jeździec musisz czuć się dobrze i bezpiecznie! Jesteś niepewny? Nie rób!)

Kochana Pani F. – czekaj na mnie! Będziemy utrwalać nowy schemat ! Tym razem ten fajniejszy 🙂

*pseudonim Pani F. nadałam osobiście, by uchronić klaczkę  od niedoli bycia sławną 🙂

**to 3 letnia szkoła weekendowa dla dzieci i młodzieży (od 12 lat) prowadzona na Zaczarowanym Wzgórzu: http://wzgorze.eco.pl/kafel_view.php?kafeloffer=16

zdjęcie: baśniowa Ewa Janicka. Julia i Bąbel ze Słonecznej Czechówki

Wyprawa konna do Gruzji – relacja

W październiku tego roku (dokładnie od 21 do 25) miałam ogromną przyjemność brać udział w wyprawie do Gruzji, do Parku Narodowego Waszlowanii z Nomadic Life, z Jackiem Jasińskim (http://nomadiclife.eu/pl/)

Jak było? Fantastycznie! Co to za region? Czym się charakteryzuje, jak wygląda? Możecie podejrzeć na moim Videoblog

Podsumuję tylko w  kilku słowach:

Były stepy, ogromne, niekończące się, płaskie przestrzenie,

 

były pagórki

były przepiękne góry

i długie wąwozy.

DCIM100GOPROGOPR4666.JPG

W tym poście skupiam się na informacjach praktycznych. Czyli jak się spało, myło, jadło i jeździło 🙂

Po pierwsze

Śpi się w namiotach, które sam rozkładasz i składasz. Jeśli zadźwigałeś sobie jedynkę, masz jedynkę, jeśli nie, dostaniesz od organizatora dwójkę lub trójkę i śpisz z kompanem w podróży (czasem wybranym losowo 🙂 Mi przypadła do namiotu świeżo poznana Marta i było nam bardzo dobrze 🙂

Po drugie

Myjesz się (rajd trwał 5 dni) w łyżce wody. Waszlowanii to teren ciągle dziewiczy (dzięki Bogu!). W ciągu 5 dni raz mieliśmy dostęp do bieżącej wody. Kran ustawiony był na otwartej przestrzeni , przy stołach, więc co najwyżej „nadawał” się do swobodnego umycia rąk, nóg.  W pozostałe dni korzystaliśmy z 10 l butli wiezionych za nami autem terenowym. Ta woda to była woda do picia, jedzenia , więc żadna rozrzutność w postaci użycia jej „na prysznic” nie była akceptowana. Mogłeś przemyć jedynie twarz i ręce.

Raz spaliśmy przy rzece. Jakie to było wspaniałe zanurzyć się w niej po 3 dniach jazdy w kurzu! Jak fajnie było umyć włosy, umyć ciało. Ale to rzeka tylko dla tych, których nie obrzydza mułowate dno wsysające nogi do kostek 🙂 Dla mnie nie było problemu. Nie było też problemu z tym, że woda nie jest krystaliczna (unoszący się muł „zanieczyszczał” rzekę).

Takie widoki wynagradzają wszystko. Taka miejscówka na nocleg zapiera dech w piersiach.

Na takiej wyprawie świetnie sprawdzają się mokre chusteczki (są już w sprzedaży ekologiczne, biodegradowalne, rozkładające się bardzo szybko). Podsumowując: nie wyjdziesz z domu w tłustych włosach? Nie wytrzymasz 4 dni bez prysznica? No to musisz przemyśleć wyjazd na tą wyprawę 🙂

Po trzecie

Kibelek. Czasem był. A jak był to taki 🙂

Czasem nie było. Więcej nie muszę dodawać 🙂

Po czwarte

Jesz to co wszyscy, i to co wspólnie ugotujecie. Przed wjazdem do Parku Narodowego, w ostatniej wiosce, zrobiliśmy wielkie zakupy: 10 kg pomidorów, 10 kg ziemniaków, 4 kg papryki, czosnki, cebule, 3 kg różnych gruzińskich serów, 40 jaj, miejscowe zioła (przecudowna kolendra!!), oliwy, przyprawy…końca nie było widać. Codziennie rano i pod wieczór (docieraliśmy na miejsce nocowania z reguły koło godziny 16-17.00) wszyscy razem zabieraliśmy się do robienia posiłku. Siadaliśmy, kroiliśmy, a potem wszystko siup do gara!

Palce lizać! (a może nie…bo trochę niedomyte)

I jak …? I ktoś miał problemy z żołądkiem? Cóż – tak. Z 16 osób, 3 osoby  w czasie wyjazdu zanotowały rewolucje żołądkowe . Ale tu niespodzianka! Nie zdarzyło się to na terenie Parku, po zjedzeniu naszych dań jednogarnkowych, ale w Tbilisi, po restauracjach. Ja jadłam dużo, i wszystko, i nic mi nie było. I co ważne – nie zawsze się „odkażałam” łykając na pusty żołądek ciutkę „czaczy” (podobno pomaga).

We wspólnej integracji przy przygotowywaniu posiłków pomagał kompletny brak wifi i zasięgu. Telefon może Ci tu posłużyć tylko do robienia fotek (i to do momentu jak nie padnie Ci bateria pierwszego dnia). Nie możesz żyć bez telefonu? Będziesz mieć problem. Dla mnie to był raj. Taka cisza! Cały dzień. Nic i nikt nie odrywa Cię od podziwiania widoków, bycia z końmi, bycia z ludźmi.

Uwaga – masz kamerkę? Chcesz nagrywać? Weź powerbanka. Ja nie wzięłam, ale z opresji wyratował mnie przezorny Remek (ufff, dzięki Remku! – zwany na wyjeździe Rene, Renoir  🙂 ). Gdyby nie Remek nie było by ani zdjęć, ani filmików. Nie ma prądu, nie ma nic.

A jak komfort jazdy w gruzińskich siodłach? Wbrew pozorom siodła gruzińskie (czasem nie pierwszej młodości) są idealne do wypraw konnych. Są miękkie i po prostu wygodne. Mają też na przodzie metalowe „ucho”, za które można chwycić się, w razie chwilowej utraty równowagi.

Konie gruzińskie gabarytem przypominają nasze hucułki (są tylko chudsze). Wspaniale, że cały bagaż był wieziony za nami samochodem terenowych, a my braliśmy do sakw tylko wodę i coś na przekąskę. Każdy kilogram mniej do dźwigania był ulgą dla tych niedużych koni.

Waszlowanii to wymagający teren. Wymaga od jeźdźca dobrych umiejętności we wszystkich 3 chodach, a zatem umiejętności jazdy galopem (i bardzo szybkim, i pod górę, i z góry), kłusem (zarówno anglezowanym jak i ćwiczebnym), jazdy bez strzemion, jazdy w stój, półsiadzie. Tylko wtedy można naprawdę czerpać przyjemność z każdej chwili, z każdego momentu na koniu i docierać do obozowiska bez otarć, bólu różnych części ciała 🙂 Czasem jechałam w półsiadzie, czasem w ćwiczebnym, czasem prostowałam nogi w stój, czy rozluźniałam w jeździe bez strzemion. Dzięki temu, dzięki tej „żonglerce” , nic mnie nie bolało, nic nie otarłam. A nie jest to trudne przy 4-5 godzinach w siodle.

Swobodna, pewna jazda, brak lęku przed szybkością, czy poniesieniem zapewni czerpanie pełną piersią z uroków jazdy konnej w tej pięknej krainie.

Czy było bezpiecznie? Ależ tak! Oczywiście! Ale konie to konie. Zdarzyło się  zatem jedno kopnięcie konia w kolano jeźdźca, zdarzyły się 3 upadki z konia, zdarzyły się poniesienia. Warto zatem, po pierwsze: mieć kask (i wg mnie kamizelkę), a po drugie: nie bać się takich sytuacji, porajdować, pojeździć trochę w tereny po Polsce, przygotować się do takiej wyprawy.  Waszlowanii jest za piękne, by strach, lęk miał zepsuć czerpanie radości!

Oczywiście, jeśli nie masz wystarczających umiejętności, to organizator zawsze może ograniczyć jazdę do stępa i kłusa. Ale… osobiście, w takim wypadku, polecałabym wyprawę w góry Kaukaz. Waszlowanii jest po to, by poczuć wiatr we włosach, pościgać się, pognać przed siebie  🙂 (to moja subiektywna opinia).

Jakie jeszcze są konie w Gruzji? Są bardzo wytrwałe, mają świetną kondycję, są szybkie. Gruzin jak wsiada na konia to WIO!! I już go nie ma. Tego są nauczone. Kłus był zatem momentami bardzo szybki, niecierpliwy, konie naprawdę chciały już przejść do galopów. A gruziński styl jazdy konnej? Nie jest to mój styl. Dużo tu „pracy” na pysku, pociągnięć, gwałtownych ruchów. Nie jest to kraj „lekkiej ręki”. Ale nie mnie oceniać. Taki styl jazdy jest przekazywany z pokolenia na pokolenie od wielu, wielu lat. Gruzini uwielbiają wyścigi, prędkość. Koń służy do szybkiego przemieszczania się, pracy lub do dobrej zabawy (podczas wyścigów). Mam wielki szacunek do Gruzinów – żyją w skromnych warunkach, są pracowici i na pewno w sercu mają dobre intencje.

Tu, na tych terenach, konie po pracy mogą liczyć na bycie w stadzie, odpoczynek na łonie natury, w ich naturalnych warunkach, a nie w boksach.

Szkoda, że nasi przewodnicy nie mówili ani po angielsku, ani po rosyjsku.  Uniemożliwiło to wymianę zdań, opinii, doświadczeń.

Tu ja z naszym końskim przewodnikiem i przekochanym wałachem Karia (zdjęcie Kinga Karwacka)

Do zobaczenia na następnej wyprawie!

PS Zainteresowany innymi relacjami z rajdów, terenów w Polsce?

Kliknij tutaj Rajd konny część I Wrażenia

Rajd z komarami w plażową pogodę 🙂 Porady rajdowe

Rajd z pławieniem koni

Co nieco o wiosennych terenach

Kontrolowany galop w terenie i… zderzenie twarzą w twarz z drapieżcą dinozaurem

Lub poprostu w pole „Szukaj” wpisz „rajd”, „teren”

 

Książka „Jazda konna naturalnie! Co ten koń sobie myśli?” – spotkanie autorskie

10 października – wczoraj, po raz kolejny, miałam przyjemność opowiadać o swojej książce „Jazda konna naturalnie! Co tej koń sobie myśli?”(więcej tu: O książce ) o koniach, o pasji, na spotkaniu autorski. Tym razem w Bibliotece Publicznej w Krakowie.

Biblioteka to dla mnie szczególne miejsce. Uwielbiam czytać. Książki mają moc. Wielką MOC. Wiele zmian zachodziło w moim życiu po lekturze książek. Zmiana stylu życia, większa uważność w stosunku do przyrody, Matki Ziemi, do tego co kupuję, jak kupuję, co jem, co myślę, jak myślę… Przykłady mogę mnożyć w nieskończoność. Była też jedna książka, która spowodowała, że… napisałam książkę! Nie wiedziałam, że mogę napisać książkę (w końcu jestem ekonomistką, nie humanistką). Autor tej magicznej książki – Jakub Bączek – przekonał mnie, że jeśli mam coś ważnego do powiedzenia, że jeśli w coś bardzo mocno wierzę, że jeśli nie ma drugiej takiej książki, to mogę siąść i ją po prostu napisać 🙂

I miał rację.

Wiedza o koniach odwróciła moje jeździectwo o 180 stopni (wiedza wyczytana z książek i nabyta na szkoleniach). Zmieniła perspektywę patrzenia na konia, zmieniła mnie z jeźdźca w „Prawdziwego Koniarza”. Koń stał się ważny, jego samopoczucie stało się równie ważne jak moje. Wiedza o tym jak koń myśli, jak patrzy, jak słyszy, jak się komunikuje, jak może nas postrzegać (i DLACZEGO !) bardzo pomogła mi w postępach w jeździe konnej i w pracy nad samą sobą. Bez tego nie poszłabym dalej. Było to tak ważne, że postanowiłam „powiedzieć” o tym innym, w książce – szczególnie młodym jeźdźcom, by w przeciwieństwie do mnie (i moich córek) mogli o wiele lepiej zacząć swoją przygodę z jeździectwem (zacząć lub kontynuować! Czasem jeździec jeździ kilka lat i dalej nie ma pojęcia o tak wielu istotnych rzeczach).

Więcej na temat książki? Co ważnego miałam do powiedzenia? Dlaczego warto po nią sięgnąć przeczytacie tutaj : Historia książki po co to wszystko?

Lubię spotkania z dziećmi czy z młodzieżą. Wiesz dlaczego? Bo oni pytają? Dla nich nie ma głupich pytań. Chcą wiedzieć DLACZEGO? I dzielą się. Dzielą się swoimi doświadczeniami, przeżyciami. Lubię patrzeć na te zaangażowane twarze, na twarze, czasem pełne zdziwienia (kto by przypuścił, że ten koń…etc), czasem rozbawione, zasłuchane.

Fajna mnie przygoda w życiu spotkała 🙂

zdjęcie: Ula Waszkiewicz (instagram: truskawkowepole)

szkolenie z Adamem Susłowskim – czy dla Ciebie rekreancie?

Dzisiaj dzielę się z wami wrażeniami po 2-dniowym szkoleniu z Adamem Susłowskim (Akademia Jeździecka A.A Susłowscy). Adam to mistrz woltyżerki, mający za sobą wiele sukcesów na arenie międzynarodowej, oraz trener i sędzia (np. w jeździe bez ogłowia)  – info  dla tych, co nie są w temacie 🙂

Z Adamem pierwszy raz spotkałam się na prowadzonym przez niego szkoleniu dosiadowym (kliknij tu, by zobaczyć krótki filmik i moje wrażenia po szkoleniu Dosiad nauka na całe życie 🙂). Jednak szkolenie z poprzedniego weekendu było zupełnie inne. Polegało na obserwowaniu koni i jeźdźców oraz na wsłuchiwaniu się w rady, komentarze i wskazówki prowadzącego. Innymi słowy, było to studium przypadków.

Jak wiecie, bardzo zachęcam wszystkich, również osoby z rekreacji, które nie mają własnych koni, do szkolenia się. Wiedza na temat koni, pracy z nimi jest bardzo szeroka. Tak szeroka, że czasem przytłaczająca 🙂 I co ważne – zmienna. Warto się szkolić i poszerzać swoje horyzonty. W imię i dla dobra koni 🙂

Co działo się na szkoleniu? W czym takie szkolenie może przydać się Tobie czy mnie?

Jak wspomniałam, na szkoleniu byli jeźdźcy pracujący z końmi (własnymi lub stajennymi, szkółkowymi). Ku mojej wielkiej uciesze konie były różne. A cieszę się, bo jeżdżę na różnych koniach i obserwuję różne z nimi „problemy”. Był hucuł, konik polski, arab, ślązak, tinker i parę innych ras. Był koń 3-letni, 1,5-letni, 5-letni, 10-letni i 20-letni (był nawet 6-miesięczny źrebaczek 🙂 ). Mogłam więc obserwować pracę z końmi o różnym temperamencie i w różnym wieku, a zatem w różnym momencie rozwoju, wyszkolenia, ujeżdżenia. Adam pokazywał, jak można z nimi ćwiczyć, co wprowadzać do treningu, na co zwracać uwagę.

Oczywiście, wiele rzeczy wiedziałam, o wielu słyszałam „coś tam gdzieś tam” , w wielu miałam braki (np. w pracy na dwóch lonżach). Wiele informacji się usystematyzowało, „uklepało”, te „coś tam, gdzieś tam” się zakotwiczyło. Człowiek ma tendencję do wracania do starych wzorców, robienia tego co się kiedyś nauczył (szerzej o tym tu: Co jest motorem coraz lepszej jazdy konnej? ) dlatego warto ciągle weryfikować naszą „wiedzę”.

Na szkoleniu jeźdźcy przedstawiali różne „problemy” z końmi, które chcieli wspólnie z Adamem rozpracować, poszukać na nie rozwiązania *(czytaj na końcu tekstu komentarz). I, oczywiście, jakżeż typowe to były „problemy”! Na przykład, jeden koń był za szybki, drugi i trzeci za wolny 🙂 Czyż nie są to problemy obecne niemalże w każdej stajni? Problemy Twoje i moje 🙂 ? W tym momencie muszę powiedzieć, że Adam odczarował bacik w moich oczach. Bacik to świetne narzędzie do aktywizowania konia (mówię teraz o przypadku konia-leniucha). Zamachania, świsty w powietrzu, dotykanie bacikiem z boku, z tyłu, za zadem – to wszystko jest lepsze niż „łyda, łyda, łyda”. Na łydkę łatwo konia znieczulić – a tego zawsze chcemy uniknąć. Niby o tym wiedziałam, ale… Mogliśmy obserwować, jak „uparte konie” nagle się ożywiały i zaczynały chodzić dobrym tempem. Oczywiście – zawsze będę to powtarzać – bacik to narzędzie dla osoby, która naprawdę umie go używać. Może dlatego wcześniej nie do końca dobrze się z nim czułam??? (hi, hi, hi!). Świetnie było poobserwować, jak baciki (różne baty – krótkie, długie, ujeżdżeniowe, do lonżowania) działają na różne konie, w różnych sytuacjach.

Adam zadawał też zadania dla jeźdźców. Na przykład, by odstawiali łydkę. Takie proste ćwiczenie a takie trudne! „Jedź z łydką odstawioną. Chcę to widzieć!”. Prawie wszyscy mamy tendencję do przesadzania z łydką, znieczulamy konia na łydkę.

Adam podkreślał jak ważne jest rozluźnienie na koniu. Wspaniale było obserwować jak jeźdźcy „zmieniają” się na koniu! My jeźdźcy myślimy, że jeździmy luźno, a tak naprawdę spinamy się jak nie tu, to tam. Lepiej jest jeździć „brzydko” ale w ROZLUŹNIENIU. „Zapomnijcie, że macie dobrze wyglądać na koniu!”. Ważniejsze jest, by jeździć lekko, z rozluźnieniem, z nogą może trochę za bardzo do przodu, z sylwetką może za bardzo zgarbioną, ale w przepuszczalnym dosiadzie (co to dosiad? Wróć do wpisu na blogu o dosiadzie). Podkreślam to, bo ja też ciągle nad tym pracuję i wiem, że jest to trudne. Mocno wiąże się to z naszą pewnością siebie na koniu i naszym zaufaniem do konia i siebie 🙂

Tak na zakończenie (bo nie sposób wypisać wszystkiego – ten wpis ma Ciebie tylko zachęcić do udziału w takim szkoleniu). Ważne było zdanie, a tak naprawdę cytat z rozmowy z Wojciechem Mickunasem, że najpierw człowiek wszystko robi, by zgasić konia, spowodować, by był grzeczny i potulny, a potem robimy wszystko, by go ożywić… Wielka to prawda 🙂 No nie?

PS * i tu ważny komentarz! Adam nie narzuca swoich rozwiązań. Jeźdźcy są przecież różni, w różnym stopniu zaawansowania, z rożnymi charakterami. Dla Adama – co  jest uważam genialne -ważne jest to, by nowe rozwiązanie było w pełni zaakceptowane przez jeźdźca, by jeździec po prostu dobrze się z nim czuł. Jeden lubi szybkie galopy, a inny się ich boi prawda? Rozwiązanie ma wspólnie wypłynąć.

PS I jeszcze dodam jedno – Adam to świetny nauczyciel. Wspaniale przekazuje swoją wiedzę. Do tego jest serdecznym, pełnym empatii człowiekiem, który chce bardzo pomóc nam – jeźdźcom. To się czuje! Do tego jest autentyczny i z poczuciem humoru 🙂

W waszej stajni też można zorganizować szkolenie z Akadamią A.A Susłowscy, lub można jechać na szkolenie organizowane u nich w Lutomii.

PS II A wszystko to działo się pod Krakowem, w Wiatowicach, w prześlicznym miejscu, w stajni z duszą, w „Stajni na Dębinie”.