Obiekty latające a natura końska

To się wydarzyło w sierpniu. W terenie. Na ścierniskach. To był pierwszy teren po tym, jak złamałam rękę w nadgarstku. Pierwsze ścierniska w tym roku. Razem z Alą i Julą cieszyłyśmy się na myśl o tym pędzie, tym wietrze we włosach. Na ten teren wybrałyśmy się ze Stadniną Koni Huculskich w Nielepicach, z hucułkami. Z końmi zaprawionymi w terenach, końmi żyjącymi 24 h/dobę na pastwiskach, końmi odważnymi, niepłochliwymi. A jednak…

Wjechałyśmy na łąkę. Przed nami długie, piękne ściernisko. Raz, dwa, trzy i ruszyłyśmy galopem. Nagle czuję, że hucułek, zamiast się rozpędzać, jakoś tak jedzie do przodu jakby z hamulcem, jakby chciał i nie chciał. Myślę: Co się dzieje? Co jest nie tak? Takie piękne ścierniska, a my „na hamulcu”. Łąka zaczęła się kończyć i wtedy nagle… hucuły tak wyrwały do przodu, że Ala aż krzyknęła. Patrzę, a nad nami dron. No i wszystko jasne. Łąka zaczęła się kończyć, a konie dalej chcą gnać. Spłoszone, włączyły bieg „ucieczka”. Krzyknęłam do Ali „na koło!” i powoli, wprowadzając konie na koło, uginając łby, wyhamowałyśmy. Konie były tak zestresowane, że czym prędzej, w stępie, opuściłyśmy łąkę. Wiedziałam, że poproszenie konia o wyższy chód (kłus, galop) po takim wyrzucie adrenaliny do krwi mogłoby skończyć się ponownym uruchomieniem biegu „ucieczka”.

Sytuacja numer dwa.

Był grudzień. Wybrałam się z Julą w całodzienny teren z Zaczarowanym Wzgórzem. Tym razem był to teren na arabkach, na bezwędzidłówkach. Jechałam na młodym koniu (Didi) – 5-letnim, ale już zaprawionym w terenach. Mój koń (podobnie jak Julii) miał wiele energii i chęci do szybkich galopów (jak to araby). Cieszyłam się cudownymi galopami po leśnych ścieżkach i aktywnym stępem przy podejściach, zejściach w tym urozmaiconym terenie na południu Krakowa. W pewnym momencie mój koń zatrzymał się. Poprosiłam o pójście dalej, koń stoi wryty. Po chwili usłyszałam to, co Didi usłyszała już wcześniej – helikopter nad głową. Nagle czuję, jak Didi próbuje zawracać do stajni. Nie pozwoliłam jej się obrócić. Zaważyły sekundy i moja szybka reakcja. Didi, zamiast do przodu, zaczęła iść do tyłu. W takich chwilach nasze emocje mają ogromne znaczenie. Albo spanikujemy razem z koniem, albo ze spokojem przekonamy konia, że nic się nie dzieje i należy iść dalej. Mówiąc do Didi cały czas spokojnym głosem, konsekwentnie i zdecydowanie prosiłam o pójście do przodu. Ruszyłyśmy. Za chwilę helikopter odleciał. Poruszenie Didi, wysoką energię czułam jeszcze przez jakiś czas.

Co łączy te dwie historie? Obiekt latający nad głową. Konie boją się czegoś, co lata, kołuje w powietrzu. Jest to niesamowicie mocny instynkt, który za nic nie chce wymazać się z ich genów. Mimo upływu setek lat. Konie mają zapisane głęboko w swojej psychice, w genach, że jeśli coś lata nad głową, to może to być wielki ptak, który zaatakuje z powietrza. Mimo upływu setek lat, odkąd ptaszyska przestały być groźne dla konia udomowionego, one cały czas pamiętają… Instynkt dalej podpowiada im, by uciekać, by kryć się – po to, by przeżyć.

Zanim ja zobaczyłam, usłyszałam i dron, i helikopter, koń już wcześniej wiedział o tym „niebezpieczeństwie”. Całym swoim ciałem, napięciem pokazał mi, że jest w stanie gotowości do obrony, do ucieczki. Mimo że mam za sobą wiele dni rajdów, wiele terenów, po raz pierwszy miałam okazję zaobserwować taką reakcję koni na obiekty latające. Czytać o tym to jedno, przeżyć to razem z koniem to dopiero nauka!

Gdybym miała drona, na 100% dodałabym go do mojego planu habituacyjnego z końmi 😊

Ela Gródek

A poniżej krótki filmik z jazdy na hucułkach nagrany przez naszą przewodniczkę.

A tu Didi Z Zaczarowanego Wzgórza i poniżej Esmona.

Konie arabsko-berberyjskie w Maroko

Od 24 października do 31 października 2021 byłam na wyprawie konnej nad Atlantykiem w Maroku. Już wkrótce będzie relacja z tej wyprawy. Ale już dzisiaj chciałam Wam przedstawić Prince’a – konia rasy arabsko-berberyjskiej, z którym spędziłam 5 dni. Ta rasa niesamowicie przypadła mi do gustu 🙂 Generalnie mało uwagi przykładam do ras koni, jeszcze mniej do wyglądu. Nigdy nie interesowały mnie książki „Rasy koni”. Dla mnie każdy koń jest piękny, mądry i kochany. I ten rasowy i ten „kundel”, i ten ze smukłą sylwetką, i ten, jak to my z Julą określamy, „ziemniak” 🙂 Ale rasa koni to nie tylko wygląd, cechy charakterystyczne budowy ciała. To też psychika, temperament, charakter. Im dłużej interesuję się końmi, im więcej o nich wiem, tym większą uwagę zwracam na rasę koni. Konie jednej rasy świetnie mogą sprawdzać się w warunkach x i pracy y, a kompletnie nie w warunkach z i pracy ź. Rasa ma znaczenie.

Koń arabsko-berberyjski – skrzyżowanie araba i konia berberyjskiego (zaczęto je krzyżować już w VIII w. Koń berberyjski pochodzi z Afryki północno-zachodniej, a więc Maroko to od zawsze jego dom). Przedstawiciel tej rasy jest niezwykle wytrzymały i szybki (szybkość zapewne ma po arabie, wytrzymałość po koniu berberyjskim (mój przypis)). Charakteryzuje się smukłą sylwetką. Jest nieduży – w kłębie maksymalnie 140-150 cm. Jego oczy są pełne wyrazu i są one już w typie orientalnym, skóra jest delikatna. Szyja konia jest muskularna, łagodnie wygięta, od wyraźnie zaznaczonego kłębu do karku. Nogi zwykle są smukłe, ale niezwykle silne, ogromnie wytrzymałe. Podobnie kopyta, które choć bywają wąskie i strome, są jednak bardzo twarde i rzadko bywają przyczyna kulawizny.

Nie wymagają wiele. Rasa ta potrafi sobie zwykle poradzić w każdych warunkach. Wspaniale wytrzymują skrajne temperatury i ubogie żywienie. Są mądre, inteligentne, odważne (gdy usłyszą nawet najgłośniejszy hałas nie zwracają na niego uwagi) i nie boją się podjąć ryzyka. Mają jednak duży i trudny do opanowania temperament.

źródło: Wikipedia

Prince jest jednym z 12 ogierów. Prawie wszystkie tej samej rasy – arabsko-berberyjskiej – należącym do Magdy i Brahima, którzy prowadzą rajdy konne w Maroku. Tak – nie mylę się! 12 ogierów razem w jednym zastępie wędrowały z nami każdego dnia rajdu. Nie było kopniaków, szczurzenia się na siebie, niebezpiecznych sytuacji. Oczywiście zachowywaliśmy odstępy – ale to tyle!

Prince i jego koledzy zdecydowanie mają pracę odpowiednią do swoich możliwości. Bez problemu chodziły po niesamowicie kamienistym terenie (takie jest Maroko…). Oczywiście wszystkie konie są podkute, ale uwierzcie mi gdyby nie ich niesamowicie wytrzymałe nogi i kopyta, nie byłoby to możliwe! Byłaby kulawizna za kulawizną, kontuzja za kontuzją.

Na szczęście – dla równowagi – duża część rajdu była po piaszczystej, idealnej plaży.

Tu na plaży, z kolei, doceniałam niesamowitą szybkość i wytrzymałość (w sensie kondycji) Prince’a.

Potrafiliśmy gnać po niekończącej się plaży, minuta za minutą, i nie miałam uczucia, że to wykańczający wysiłek dla Prince’a – wręcz przeciwnie – fajna okazja do wyciągnięcia się w cwałach, do wybiegania się na wolnej przestrzeni.

Miałam też przyjemność wchodzić do morza z Prince’m. Fale były duże więc głęboko się nie dało (a wiem, że nieraz konie wchodzą całe!) Podziwiałam jego odwagę i spokój!

Miałam też ogromną przyjemność galopować na oklep po plaży (jednego dnia była taka opcja dla chętnych).

Grzywy mamy bardzo podobne 🙂 Gdyby nie kolor byłyby identyczne! 🙂

I miałam też okazję po prostu pobyć z Prince’m 🙂

Prince – dziękuję.

Magda i Brahim (organizatorom wyprawy,”Maroc a cheval” https://marocacheval.com/) – dziękuję.

UWAGA! Nie naśladuj! Nie wsiadaj na konia bez kasku! Ja zrobiłam to na własne ryzyko tylko do zdjęć i tylko na plaży (zawsze byłam w kasku oraz kamizelce ochronnej na plecach). Po 4 dniach przeżywania w trasie różnych sytuacji wiedziałam, że mam do czynienia z koniem spokojnym, opanowanym, niepłochliwym, kontrolowalnym, słuchającym jeźdźca, jego sygnałów. Ale koń to koń – zrobiłam to na własne ryzyko, które nie polecam Tobie!!

Do zobaczenia Prince!

Jak widzi koń?

Niedawno wstawiłam na funpage na facebooku symulację jak widzi koń, a jak człowiek. Wielu koniarzy było bardzo zdziwionych, że koń właśnie tak widzi! Postanowiłam więc przybliżyć Ci temat. To, że koń widzi wokół siebie prawie wszystko i ma tylko 2 „ślepe”strefy, wie prawie każdy. Ale jak już chodzi o dokładniejszy opis widzenia, to okazuje się, że mało kto wie co z:

  • kolorami,
  • ostrością,
  • z bliskim/dalekim widzeniem,
  • głebią itp
  • jasnością/ciemnością (akomodacją wzroku)

Poniżej fragment z książki „Jazda konna? Naturalnie! Co ten koń sobie myśli?” o wzroku. Książka przybliża WIELE też innych tematów związanych z naturą konia, jego budową, psychiką. Więcej o niej tu O książce

„…Zakres widzenia konia jest o wiele większy od zakresu widzenia człowieka. Koń widzi prawie wszystko wokół siebie (wyjątek stanowi tylko mała strefa z tyłu i z przodu konia), ale – co ważne – nie widzi wszystkiego dookoła wyraźnie, ostro. Dlatego też łatwo może się pomylić. Może na przykład nie rozpoznać nas i wziąć nas za intruza. Koń nie umie ogniskować wzroku. Aby zobaczyć coś „ostrzej” na ziemi, musi opuścić głowę. Wtedy widzi obraz wyraźniej. Na pewno zauważyłeś, że koń, „badając” jakąś rzecz na ziemi, zawsze pochyla do niej głowę. Należy mu na to pozwolić. Należy też dać mu na to czas. Koń nie analizuje i nie myśli tak szybko jak człowiek. Potrzebuje więcej czasu zarówno na poznanie nowej rzeczy, zebranie informacji, jak i na jej zapamiętanie. Koń, aby wyraźniej zobaczyć coś w oddali musi unieść głowę.

Konie nie widzą głębi. Cień czy kałuża mogą być dla nich równie dobrze dziurą w ziemi. Wiele razy możemy obserwować, jak konie boją się kałuż czy przeskakują cienie. Oko końskie „widzi” obrazy o 50% większe niż ludzie. To dlatego mała – dla człowieka – reklamówka wydaje się koniowi dużą plandeką.

Każde oko konia pobiera informacje z otoczenia niezależnie. Te informacje nie są „przekazywane” do przeciwnej półkuli. Dlatego to, czego koń nauczył się, patrząc jednym okiem, musi powtórzyć drugim. Tak więc to, że koń nie przestraszy się płachty, widząc ją lewym okiem, nie oznacza, że nie odskoczy, gdy zobaczy ją prawym. Jest to bardzo ważna informacja zarówno dla trenerów, jak i dla nas, jeźdźców.

Koń za to o wiele lepiej widzi w nocy. Jak można zauważyć, prawie całe oko konia pokryte jest rogówką (nie widać białka w oku). Dzięki temu oko pochłania więcej światła i przez to koń widzi w nocy o wiele lepiej niż człowiek.” Ale uwaga – nie oznacza to, że widzi świetnie!!

Oczy koni są OŚMIOKROTNIE większe niż oczy ludzi. Oko końskie tworzy obrazy widzianych obiektów o 50% większe niż oko ludzkie! Ale ostrość końskiego wzroku jest zdecydowanie słabsza. Nie dziw się więc, że koń reaguje na coś to „w ogóle przecież nie było straszne!”. Koń za to WYCZULONY jest na RUCH. Ty tego ruchu, gdzieś tam w krzakach, gdzieś na gałęziach, nie jesteś w stanie wychwycić, dla Ciebie nie ma powodu, by czegoś się obawiać. Ale koń to widzi i reaguje.

Bardzo dobrze na filmiku (poniżej) został przedstawiony problem adaptacji końskiego oka do zmiany natężenia światła (akomodacja wzroku w ciemności). Koń z „jasnej” przestrzeni (ostrego światła na zewnątrz) wchodzi do stajni. I okazuje się, że w tej stajni (czy hali gdzie jeździsz, czy konio-wozie) jest NIESAMOWICIE CIEMNO! Zobaczcie jak inaczej końskie oko „przyzwyczaja się” do zmiany natężenia światła. Oczy konia potrzebują 45 minut do pełnej adaptacji, człowieka 25 minut. Prawie dwukrotnie dłużej! O ile jest mu trudniej. Dlatego konie BOJĄ się takich sytuacji i często nie chcą wchodzić, lub robią to z wyraźnym spięciem – dla nich w tym pomieszczeniu na początku nic nie widać.

A poniżej link do symulacji : https://www.agdaily.com/video/simulation-shows-horse-eye-view

A co z kolorami? Jakie kolory konie widzą najlepiej? Jaskrawożółte (najlepiej z neonową poświatą), jasny turkus, odcienie zielononiebieskie, biały. Konie nie odróżniają koloru czerwonego od zielonego. Czerwony, fuksja, różowy, zielony – te kolory to dla nich wpadają w szarość. Na jaki kolor zatem powinny być pomalowane drążki do skakania? Oby nie na czerwono czy zielono!

Budowa oka konia-roślinożercy jest całkowicie różna od nas – drapieżcy. Tworzone obrazy są inne, zatem inny jest świat jaki postrzega koń i człowiek. Gerald Edelman określił to tak „każdy akt widzenia jest do pewnego stopnia aktem tworzenia”. Wzrok u człowieka jest zmysłem dominującym. Dlatego człowiek tak bardzo polega na tym co widzi. Niestety zakładamy, że podobnie jest z końmi. Wzrok to NIE dominujący zmysł u koni. Konie kompensują go słuchem, wspaniałym zmysłem powonienia, niesamowitą czułą skórą.

Mam nadzieję, że teraz będziesz w stanie patrzeć na świat bardziej końskim okiem 🙂

Ela Gródek

PS Jak komuś jest jeszcze mało to polecam książkę „Mózg konia, mózg człowieka” – sam wzrok opisany jest tu na kilkunastu stronach! Ale to tylko dla dorosłych 🙂 (język za trudny dla dzieci)

Cd. historii Wacława – kucyka „jednego jeźdźca”

Dzisiaj na blogu ciąg dalszy historii Wacława. Naprawdę nie spodziewałam się, że będzie ciąg dalszy! Tak bardzo się ucieszyłam, gdy Natalia (nowa właścicielka Wacka) napisała do mnie przez funpage’a jazda konna naturalnie na facebooku. Wacław to koń, z którym Julka (moja córka) ćwiczyła przez rok – informacje o tym znajdziecie tu: Kucyk Wacław i Julia Wacław został „odstawiony” z rekreacji, gdyż kompletnie nie spełniał się w tej roli kopiąc, ponosząc, nie słuchając jeźdźców… Zrobiło mi się ciepło na sercu słysząc, że Wacco (to jego obecne imię) nie przeszedł na emeryturę, tylko tworzy następną, udaną relację z nową właścicielką. Jak się okazuje (przeczytacie poniżej), nowa właścicielka SAMA musiała zapracować sobie na dobre traktowanie 🙂 Wacław – podobnie jak Julię, testował ją niemiłosiernie, próbując robić to co chciał ON. Wacco to koń „jednego jeźdźca”. Koń „jednego jeźdźca” to koń inteligentny, szybko się uczący, dominujący, mający własne zdanie, wykorzystujący swoją wiedzę o ludziach 🙂 Koń, który raz nauczywszy się, że jeźdźca można pognać stosując kilka sprawdzonych metod, będzie je stosował do końca życia.

Takie konie nie mają prawa bytu w rekreacji. Za to przecudownie mogą się sprawdzić w rękach JEDNEGO właściciela. Wacław jest szczęściarzem! Dobra decyzja stajni zaowocowała tym, że teraz jest w dobrej formie, ma co robić, rozwija się, NIE NUDZI SIĘ, ma kogoś kto go kocha i naprawdę o niego dba. Uwierzcie mi – za wczesna emerytura dla konia wcale nie jest fajna. Konie nie lubią nudy!

Posłuchajcie jak dalej potoczyła się historia Wacława:

„Witam wszystkich serdecznie! Jest mi niezmiernie miło, że mogę napisać parę słów na bloga prowadzonego przez Panią Elę 🙂

Jestem Natalia, mam 20 lat i wraz z moim kuzynem Konradem jesteśmy nowymi właścicielami kuca Wacco, wcześniej znanego w stajni „Na Zielonej” (i tu na blogu) jako Wacław.

Ale może od początku…

Po trudnych osobistych przeżyciach i dwóch latach przerwy w jeździe konnej wróciłam do jazdy w maju 2020 roku – do ośrodka jeździeckiego Progres w Proszowkach, gdzie od dawna mieszkała część mojego serca.

W tym właśnie czasie na Wacława natrafił Konrad i parę tygodni później skontaktował się ze mną.

Dowiedziawszy się o kucu, nie zastanawiałam się ani chwili i na drugi dzień po rozmowie z Konradem postanowiłam pojechać i obejrzeć Wacka.

Pamiętam jak dziś nasze pierwsze spotkanie – na przywitanie dałam mu jabłko, do którego zjedzenia przekonał się dopiero po chwili.

Na pierwszym spotkaniu sprawdzałam, jak będzie się zachowywał przy czyszczeniu, głaskaniu, a także na lonży.

Wtedy też pierwszy raz kuzyn oprowadził mnie na kucu – chciałam zobaczyć, jak będzie reagował na jeźdźca, wiedziałam wtedy tylko tyle, że dawno nie miał nikogo na sobie (*sprostowanie autorki: miał Julię – ale tylko raz w tygodniu, a czasem rzadziej, gdy pracowała z Wacławem z ziemi).

Potem zostaliśmy sami, zrobiłam mu lonżę, na której już zrobił mi pokaz swoich umiejętności, czyli wyrywania się, szarpania i ogólnie… było ciężko.

Po lonży wzięłam go na trawkę i głaskałam. Widziałam, że ten kuc ma charakter, a ja nie mam doświadczenia w pracy z ziemi, zdawałam sobie sprawę, że nie będzie łatwo. Ba! Będzie nawet ciężko!

Ale decyzja była tylko jedna i natychmiastowa – Wacław zostaje w moich rękach. I tak spełniło się moje marzenie o posiadaniu swojego konia. Ale czy było kolorowo? Nie, to był tylko zarys kolorowymi kredkami tego, co będzie nas czekać.

Już od następnego dnia zaczęliśmy po prostu ze sobą przebywać, chodziliśmy na spacery w piękne, malownicze miejsca, spędzaliśmy czas na soczystej koniczynie i zaczęliśmy pracować z ziemi, ale czy „pracować” to dobre słowo? Ja sama, z własną intuicją i tym, co pokazuje mi Wacław, uczyłam się lonżować konia, uczyłam się z jego zachowań, metodą prób i błędów, w ten sposób poznając go cały czas. Odwiedzały nas też moje koleżanki, które nie tylko pomagały w ogarnięciu podstawowych rzeczy, takich jak nałożenie siana, ale też podpowiadały, co robię źle i co można by zrobić inaczej.

Miałam bardzo niewiele sprzętu, więc na takie rzeczy jak ogłowie, wędzidło, siodło trzeba było trochę poczekać.

Kiedy doszło do nas wędzidło z ogłowiem, zaczęłam lonżować na nim Wacka, licząc, że zmieni to coś w jego zachowaniu, czyli pomoże na wyrywanie się i szarpanie. Był to jedyny wtedy sposób, by sobie jakoś z nim poradzić, ponieważ nie mamy hali, a wtedy nie mieliśmy nawet ujeżdżalni, więc nie chciałam, by dla kuca świetną zabawą było ciągnięcie mnie po ziemi na lonży 🙂

Po systematycznej, codziennej pracy na lonży kucyk zaczął zrzucać brzuszek i zaczęłam robić pierwsze kroki, żeby móc na niego wsiadać. Czy było łatwo? Oczywiście, że nie. Zaczęłam od małych kroczków, takich jak przyzwyczajanie go do mojego ciężaru na tak zwanego  Indianina, czy przełożenie nogi – i za wszystko bardzo go chwaliłam.

Wtedy ja także się uczyłam – widząc konia, którego trzeba uczyć tak podstawowych rzeczy. Byłam bowiem przyzwyczajona do wsiadania na stojące nieruchomo, szkółkowe konie…

Ćwiczyłam swoją cierpliwość i poznawałam świat koni na nowo, świat ich psychiki, świat wykraczający poza 45-minutową jazdę w kółko.

Po tych ćwiczeniach – oczywiście z pomocą osób trzecich – udało mi się wsiąść na Wacława. Cholernie kręcił się przy wsiadaniu i niemożliwością było, by samemu z niego zsiąść.

Jak zaczęły się nasze jazdy wierzchem?

Po parę minut stępa, a później kłusa na oklep, czekając na siodło i popręg. Tylko po parę minut, żeby go nie przemęczać, stopniowo zwiększając czas przebywania na grzbiecie. Wtedy też zaczynał się proces spajania nas w jedno… tak jak mówię – zaczynał.

Zaczynały się też nasze pierwsze tereny, na których zawsze ktoś musiał iść obok nas, bo inaczej nie było możliwości gdziekolwiek bezpiecznie dotrzeć.

Czasem nawet z opresji ratowała mnie sąsiadka staruszka, kiedy Wacław miotał mi się na środku ulicy. Dla mnie – dla osoby bojącej się terenów – było to dodatkowo stresujące.

Dużo czasu spędzaliśmy na SPA, które robiłam mu regularnie. Dbanie o jego sierść, kopytka, ogon i grzywę było dla nas obu, mam nadzieję, relaksujące. I nadszedł w końcu przełomowy moment, czyli ścięcie grzywy na irokeza, w którym do dziś jest mu cudownie i odejmuje mu to 10 lat 🙂

Tak właśnie Wacław otrzymał nowe imię. Nadałam mu imię, które teraz symbolizuje także jego nowe życie u boku swoich nowych ludzi. Jego imię to Wacco. Od początku tak bardzo mi się spodobało, brzmi podobnie, ale moim zdaniem dużo lepiej!

Chwilę później mieliśmy już skompletowany cały sprzęt i przeszliśmy przez naukę spokojnego stania przy wsiadaniu. Uwierzcie – to, że mogłam na niego wsiąść sama, bez niczyjej pomocy, do dziś uważam za duży sukces.

Jeździliśmy 5 razy w tygodniu, robiąc małe, a czasem większe postępy. Pierwsze tygodnie skupialiśmy się na pracy, głównie nad kłusem, który był szybkim wożeniem mnie po placu.

Doczekaliśmy się także naszej ujeżdżalni, która była duża i bardzo usprawniła naszą pracę, bo po różnych upadkach przynajmniej nie musiałam szukać Wacco po wsi, co wcześniej nieraz się zdarzało 🙂

Pracując nad stepem i kłusem, borykaliśmy się także z wieloma buntami i ponoszeniami ze strony kucyka. Bardzo mnie testował, na szczęście z czasem coraz mniej.

Dla mnie jako osoby, która panicznie bała się skakać, było ogromnym przełomem, kiedy po pewnym czasie zaczęliśmy próbować razem hopsać. Zaczynaliśmy od małych drążków, potem stawialiśmy sobie poprzeczkę coraz wyżej i wyżej – i jestem mu za to wdzięczna całym sercem, bo to dzięki naszemu zaufaniu do siebie przełamałam się i już nie boję się skakać, a nawet to lubię!

Tak można by pisać godzinami… No dobra, ale co z nami teraz?

Teraz mamy trenera, który przyjeżdża do nas 2-3 razy w tygodniu. Odpuściliśmy sobie skoki na rzecz pracy ujeżdżeniowej. Bardzo fajnie opanowaliśmy stęp i kłus, a także figury w obu tych chodach. Teraz wzięliśmy się porządnie za galop, w którym również główną przeszkodą jest moja głowa, ale wiem, że razem damy radę. Nauczyliśmy się także zwrotów na przodzie i zaczęliśmy całkiem nową pracę z ziemi – bardziej, hmm, naturalną.

Naszą pracę ubarwiamy także o galopy interwałowe na łąkach oraz ćwiczenia zadu na różnych górkach 🙂

Reasumując cały mój wpis, Wacco to najlepszy kuc, na jakiego mogłam trafić – najlepszy i najbardziej wymagający nauczyciel, który uczy mnie nie tylko jazdy konnej, ale także cierpliwości, spokoju i tego, jak wspaniałe po prostu spędzać czas z koniem na spokojnych spacerach w teren czy na trawkę tylko we dwoje.

Czy udało nam się zespolić w jedność? Myślę, że w dużej części tak, teraz codziennie wita mnie radosnym rżeniem i to chyba najlepsza nagroda, na jaką mogłam liczyć po tylu miesiącach wspólnej ciężkiej pracy!

Dziękuję Ci, Wacco!

Wszystkich, którzy chcieliby zobaczyć „nowego” kuca Wacco, serdecznie zapraszamy! (kontakt do Natalii: 669 869 209, facebook Nati Augustynek)

Koń pędzi? Popuść wodze!

Koń pędzi? Popuść wodze!

Dużo, dużo, dużo czasu zajęło mi, by nauczyć się popuszczać wodze (a nie je ciągnąć!) w chwili gdy koń zaczyna ponosić.

Przeprogramowanie naszych (a więc i moich) wrodzonych odruchów jest bardzo trudne.

Chcę dzisiaj o tym napisać – o tym, jak trudno jest nam oddać wodze, nie zawieszać się na wędzidle, a jak ważne to jest, by się tego nauczyć.

Wiem. Też uważałam, że to nielogiczne, niemożliwe. „Jak to? Koń wyrywa się, chce gnać, a ja mam »oddać« wodze?? Przecież jedyna metoda to uwiesić mu się na pysku i nie pozwolić biec!”. Przecież tak się zatrzymuje konia…

Wyjaśniam zatem. Nie – nie jest to dobra metoda. Co więcej, to najgorsza metoda. Dla pyska konia, dla jego psychiki… i często bardzo niebezpieczna dla Ciebie, jeźdźcu.

Jeśli ćwiczymy na ujeżdżalni i chcemy zwolnić chód konia, to dajemy mu LEKKIE sygnały, IMPULSY na wędzidle (lub kantarku). I koń zatrzymuje się (dla uściślenia. Konia powinno zatrzymywać się dosiadem i energią  – ale to już wyższa szkoła jazdy i odrębny temat. Dla początkujących – abstrakcja). Ale gdy koń spanikuje, wpada w bardzo szybki galop, gna, to nasze zaciśnięcie się na jego pysku, ciągnięcie za wodze, tylko pogarsza sprawę. Ma to związek z wrodzonym instynktem koni: koń naciska na źródło bólu (ten instynkt opisałam dokładnie w książce „Jazda konna naturalnie! Co ten koń sobie myśli?”O książce – zapraszam do zgłębienia). Jeśli wędzidło mocno naciska na jego pysk, to pysk „chce” naciskać na wędzidło. W efekcie koń gna. Człowiek przez lata nauczył konie odpowiedniego reagowania na wędzidło, wyciszenia tego instynktu (odejście od źródła bólu, nienaciskanie na źródło bólu). Gdy dajemy impuls na wędzidło, koń rozumie (to znaczy – wyszkolony koń rozumie), że ma się zatrzymać i działa (tak naprawdę) wbrew instynktowi. Ale często w momencie stresu czy paniki wrodzony instynkt „odpala”, nie da się go opanować. Koń zapomina, że ciągnięcie za wodze oznacza „zatrzymaj się”. To bardzo ważne, byśmy o tym wiedzieli, rozumieli ten instynkt i NAUCZYLI się odpowiednio reagować.

Jest wiele koni, które nie są dobrze przygotowane do pracy na wędzidle. Na pewno wiele razy na ujeżdżalni spotkałeś się z „gnającymi” końmi, ponoszącymi. Koń, mimo że człowiek pociąga za wodze, nie chce zwolnić, przyspiesza. Tu działa to samo. Ten koń, mając w pysku wędzidło, które sprawia mu ból czy choćby dyskomfort, chce na nie naciskać i rwie się do przodu, „goniąc” wędzidło. Lub – pod wpływem emocji bądź stresu – zapomniał, jak reagować na wędzidło (dla wyjaśnienia – ciągnięcie za wędzidło nie jest jedynym powodem takiego zachowania konia).

Dłuuuugo musiałam odblokowywać swój wrodzony instynkt, by w takich chwilach – chwilach poniesienia (najczęściej w terenie) – oddać mu wodze. Długo zajęło mi przyjęcie innej strategii zatrzymania go: wprowadzanie konia na koło, uginanie łba, ROZLUŹNIENIE się, rozluźnienie w świadomy sposób swoich nóg (które z pewnością się zacisnęły!!), oddychanie.

Wiem, zanim będziesz w stanie to zrobić, upłynie wiele czasu. Ale nie martw się, przyjdzie moment, gdy będziesz gotowy. Będziesz wiedział, że koń – z zasady – nie chce biec, nie chce pędzić. To bardzo nieekonomiczne, nieopłacalne dla niego. Koń nie chce niepotrzebnie spalać swojej energii. Koń chce się zatrzymać jak najszybciej, gdy tylko poczuje, że nic mu nie grozi. Będziesz kiedyś gotowy, by mu tam, z siodła, z grzbietu, powiedzieć (przez rozluźnione nogi, spokojny oddech, ODDANIE WODZY), że wszystko jest OK i że to był tylko bażant 🙂

Tak, nie raz czułam na plecach i ramionach wszystkie mięśnie po jeździe. Czułam mięśnie, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Te zakwasy były po lekcjach czy terenach, gdy ciągnęłam wodze – w panice, gdy chciałam zatrzymać konia i instynktownie zawieszałam mu się na pysku. Wiecie, jaką siłą musiały działać moje ręce? Jakie ta siła miała przełożenie na pysk konia? Naukowcy zrobili badania potwierdzające, jak wiele bólu może sprawić wędzidło w dłoniach… nawet dziecka. O tych badaniach po raz pierwszy dowiedziałam się z kursu JNBT (Jazda Naturalna Bez Tajemnic) i naprawdę zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Ile bólu sprawiamy koniom z naszej niewiedzy, braku umiejętności… Bo nie ze złej woli. Głęboko w to wierzę!

Więcej o mojej pracy nad „humanitarnym” zatrzymywaniem konia, o tym jak zaczęłam reagować NIE  paniką na panikę konia, już za dwa tygodnie. Ciąg dalszy nastąpi (to znaczy więcej przykładów z życia wziętych 🙂

PS Myślę, że to najtrudniejsza umiejętność jaką każdy instruktor stara się nauczyć swoich podopiecznych. Chyba nie ma trudniejszej…

PS Zdjęcie zrobione podczas rajdu na Ukrainie (Część I – fotorelacja z rajdu konnego na Ukrainę (Bukowina Północna) – 17-24 października). Ponieważ nie ma zdjęcia siebie pędzącej na koniu, to wklejam zdjęcie poprzedzające pędzenie na koniu… 🙂

Ela Gródek